wtorek, 14 czerwca 2011

Hej przygodo


Jestem emocjonalnie niestabilnym, rozedrganym dupkiem. Melancholia, weltschmerz , bezsenność, reisefieber, to wszystko nawiedza mnie w tych dniach ostatnich. Kurwa, dosięgło mnie nawet tutaj, na równiku. Jak mnie odnalazła ta szemrana banda starych znajomych? Hej przygodo, to by było na tyle.

Tanie podróże

No dobra, sprzedam wam teraz pomysł jak podróżować za darmo po Ekwadorze.
90%, a może nawet i więcej całego transportu osobowego w Ekwadorze odbywa się za pośrednictwem autobusów. Kolej w zasadzie nie egzystuje, samoloty są zbyt drogie dla zwykłych ludzi. Autobusy. Jeżdzą wszędzie,  dojeżdzają do każdej niemalże, nawet najbardziej zapadłej wioski w górach. Jeżdżą prawie całą dobe i prawie o każdej porze dnia i nocy, bez względu na dzień tygodnia, są pełne. Do autobusów co chwile wsiadają handlarze żarciem, napojami, owocami, albo jakimiś duperelami. Ludzie znużeni i znudzeni podróżą chętnie od nich kupują, bez względu czy to akurat smażona skóra wieprzowa czy też krem na podagre. Handlarze przejadą w ten sposób pare kilometrów i wysiadają.
Na tym opiera się plan darmowych podróży. Wymyśl sobie handelek, lepiej jakiś lekki. Żadne smażone żarcie, bo wtedy musisz kursować co jakiś czas do swojej bazy matki po więcej jedzenia. Ci skurwiele naprawde kupują i żrą te paskudztwa! Autobusy cuchną starym olejem! Jeżeli więc tylko chcesz sobie pojeździć wahadłowo w te i we wte, spoko, inwestuj w garkuchnie, znajdź wspólnika, który będzie na niej przygotowywał potrawy, a ty, pognasz ku przygodzie. W te i we wte.
Z tego samego powodu odpadają napoje. Nikt nie kupi ciepłej wody albo Inca Coli. Potrzebny by ci był ciągły dostęp do lodówki. No i butelki zajmują miejsce, a jak się dowiesz później, jest to bardzo ważny czynnik w całym przedsięwzięciu!
Ale nam nie o to chodzi. Mowa o podróży z punktu A do punktu B i dalej, ku nieznanemu. Przedstawię wam teraz kilka pomysłów na to co, w takim przypadku będzie najlepszym wyborem do naszej akwizycyjnej kariery.

Po pierwsze, cukierki lub gumy do żucia. Kupujesz kilka opakowań różnych gum i/lub cukierków. No i jazda, reklamujesz jak wlezie. Najlepiej przygotuj sobie z grubsza za wczasu gadkę, wymieniaj smaki słodyczy, używaj dużo zdrobnień, podkreślaj jakie są pyszne i, że smakują jak domowe, albo, że  przypominają smak dzieciństwa. Skłam, że mają witaminę C i, że robią dobrze na zęby. Latynosi kochają słodycze Pozsotałe techniki sprzedaży są identyczne dla wszystkich produktów, więc zajmę się nimi później.

Po drugie, herbatki ziołowe. Latynosi wierzą ciągle w uzdrawiającą moc naparów ziołowych, w autobusach często zdarzają się wędrujący znachorzy sprzedający leki ziołowe na wszystko. Ty też możesz zostać jednym z nich. Ale w tym przypadku musisz się przygotować jeszcze przed przybyciem do Ekwadoru. Kup dużo różnego rodzaju herbatek w torebkach, niewazne jakich, byle miały napisy w nieznanych dla nich językach, im bardziej egzotyczny z lokalnego punktu widzenia tym lepiej. Języki wschodnio europejskie sa tu jak ulał, ale uważał bym z ruskim, bo to nigdy nie wiadomo, anóż ktoś stuidował okrętnictwo gdzieś w ZSSR i cię zdemaskuje. A wtedy lincz gotowy! Zatem na przykład kupujesz mięte, melise i szałwie w sklepie spożywczym w Warszawie, płacisz grosze, waży to to niewiele. A przecież możesz sprzedawać na sztuki, po torebeczce. No i znów jak w poprzednim przypadku musisz mieć gadane. Tym razem wspominasz, że o to tajemnicze zioło z odległego kraju, odkryte przez tamtejszych naukowców. Teraz przyjechałeś aż do dalekiego Ekwadoru, by w imię Jezusa Chrystusa, w imię miłości do bliźniego, pokazać je wszystkim w tym o to autobusie Cooperativy Ventanas. I dalej wciskasz kit. Opowiadasz na co pomaga ten tajemniczy preparat (najpopularniejsze sa te pomagające na wszystko!). Podkreślasz rolę naukowców, liczne badania naukowe. Tradycyjne preparaty też są popularne, ale te także warto podeprzeć wynikami badań klinicznych.

Kolejnym pomysłem mogą być szczoteczki do zębów. W te zaopatrzymy się na miejscu, w każdym supermarkecie. Kupuj lokalne marki, są beznadziejne ale tanie. Niewiem po co komu szczoteczka do zębów w autobusie, może żeby podłubać w zębach po żarciu, ale naprawdę widziałem ludzi handlującyh tym szajsem i widziałem też frajerów, którzy to kupują. Zatem kupujesz naręcze szczoteczek i dajesz przed siebie. Zakładam, że jesteś typowym gringo, nie koneicznie niebieskookim blondynem o jasnej karnacji, ale, że rzucasz się w oczy i wyróżniasz z tłumu latynosów. Jeśli tak, to jest duża szansa, że wykupią od ciebie towar na pniu. Lokalna mądrość ludowa mówi, że gringo wie co dobre. Jeżeli jesteś do tego dziewczyną, kupią od ciebie wszystko, dosłownie wszystko. Wtedy ten kraj jest twój, z tym, że będzie to męcząca podróż, połączona z ciągłym pogwizdywaniem i podszczypywaniem (w najlepszych przypadkach).

To tylko kilka pomysłów na towar, tak naprawdę możesz sprzedawać wszystko. Pirackie dvd, losy na loterie, długopisy, flamastry. Nieważne czy coś od ciebie kupią (chociaż to dobry dodatek do twojego budżetu). Ważne by przez chwile chociaż podjechać przed siebie!

Czas opowiedzieć jak powinna wyglądać prawidłowa sprzedaż.
Po wstępnej przemowie, która zawsze odbywa się na przedzie autobusu i która winna się zaczynać słowami Señores pasajeros! / Señores compañeros lub coś w ten deseń. Żeby było miło ale nie zbyt spouchwale. Rozumiesz. Mówiąc prezentujemy sprzedawany towar, unosimy go lekko do góry i wyciągamy trochę przed siebie. Obracamy nim w powietrzu, prezentujemy z każdej strony. Nie przestajemy mówić! Gdy skończymy gadkę rozpoczynamy przemarsz po autobusie. Wolnym krokiem idziemy wzdłuż wszystkich rzędów foteli, wyciągamy z plecaka/torby po jednej sztuce sprzedawanego przez nas fanta i wręczamy go każdemy pasażerowi.  Jeżeli nie reagują kładziemy im na nodze lub ręce. Jeżeli powiedzą Gracias, pokręcą głową, lub w inny sposób dadzą nam znać, że nie są zainteresowani, wtedy idziemy dalej. Rozkładając towar nie musimy dużo mówić, dajmy im czas na przemyślenia. Gdy dojdziemy do końca, wracamy na początek. Czekamy chwilę i znów zaczynamy gadać. Gadając rozpoczynamy kolejny przemarsz, tym razem zbierając nasze dobra. Wtedy też mogą nastąpić ewentualne tranzakcje. Jeżeli rozegramy to wszystko odpowiednio dobrze, możemy i zarobić i przejechać spory dystans. Im dłużej gadasz tym dłużej jedziesz. To aż tak proste!

Co oczywiste trzeba pamiętać, żeby łapać autobusy jadące z grubsza w naszym kierunku, lepiej takie między kantonalne, nie opłaca się wsiadać do tych operujących na krótkich trasach. Jest w nich za gorąco i ciasno. Może się zdarzyć tak, że do upragnionego celu przyjdzie ci dotrzeć bardzo okrężną drogą. No ale nie po to przyjechałeś na drugi koniec świata, żeby oglądać tylko utarte szlaki. Nie sądzisz?
100% operujących w Ekwadorze autobusowych handlarzy to ludność lokalna. Zwykle znają się z kierowcami i z innymi handlarzami. Może się zdarzyć tak, że szofer wyczuje twoje zamiary i przyjdzie ci trochę poczekać zanim ktoś cię zabierze. Czasami możesz się spotkać z nieprzychylnością innych członków tej kasty. Jednak to element tej gry! Kto nie handluje, nie jedzie.

Kolejną ważną rzeczą jest mały bagaż. Nie możesz podróżować z dużym plecakiem, walizka też nie jest wskazana. Po pierwsze w autobusach jest ciasno, kierowca nie wpuści cię do zatłoczonego pojazdu z wielkimi tobołami. Po drugie będzie to podejrzany widok, sprzedawcy mają co najwyżej mały plecaczek. I tobie też to poelcam.

Z pewnością nie jest to najszybszy sposób podróżowania, ale możesz zaoszczędzić trochę kasy, a nawet zarobić, możesz to potem przepić, a to zawsze miła perspektywa.
Z drugiej str ony widziałem handlarzy przemieszczających się szybciej niż autobus, którym sam podrożowałem. Widziałem go w Guayaquill, wysiadł po chwili, a półtorej godziny później ten sam człowiek biegał już między autobusami w Babahoyo. Wyprzedził nas, niewiem jak.
Aha, w większości miejscowości są hotele, więc jak się zmęczysz w nocy jazdą, możesz się przekimać. Są też motele, dużo tanśze, działające na godziny. Ale to takie bardziej burdele niż schronienia dla strudzonych wędrowców, zatem uważajcie.

Jeszcze jedno, jeżeli wam się powiedzie to dajcie mi koniecznie znać. Jest to tekst jedynie teoretyczny. Wymyśliłem to nudząc się w autobusach, ale myślę, że to wykonalne. Za podróż płacę zwykle dwa i pół dolara, a pozatym nie lubię publicznych wystąpień.

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Lucas 4:18


Na ulicy przyczepił się do mnie jeden dzieciak. Znam tego skurwysyna, rzuca mi w okno kamieniami i krzyczy że chce cukierki. Szczerbaty gnojek, może 8 letni. Idzie za mną i cały czas gada. Gada bardzo dużo, bardzo szybko. Chyba raczej do siebie niż do mnie, przynajmniej ja niespecjalnie cokolwiek rozumiałem. Wyłapałem tylko jedno, często powtarzane zdanie Lucas cuatro dies y ocho. Lucas cuatro dies y ocho.
-Que significa? Pytam się dzieciaka, zainteresowany bo wydaje mi się, że skoro mowi Lucas, to pewno chodzi o mnie.
-Que? Zadziera głowę w górę, patrzy na mnie tymi wielkimi oczami i szczerzy się w bezzębnym uśmiechu wyjadając brudnymi łapami marakuję.
-Que significa esto que dices todo tiempo, Lucas cuatro...
-Lucas cuatro dies y ocho! Lucas cuatro dies y ocho!!  Gnojek się szczerzy jeszcze bardziej i wykrzykuje niczym w ekstazie.
-Si y que significa?
-Lucas cuatro dies y ocho...  mały robią głupią mine i sie na mnie gapi.
Próbowałem myśleć. Nagle mnie tknęło.
-Es de La Bilbia? Si?
-Si! Lucas cuatro dies y ocho! Zaciął się i zaczyna mnie już wkurwiać.
-Vale, que significa? spytałem po raz kolejny, najspokojniej jak potrafiłem.
-Usted esta el diablo. Wymamrotał z przejęciem. El diablo! Usted!
-Que? Yo? Porque?... Diablo?
-Porque usted no tiene el espiritu. Aqui. Pokazuje na głowe y aqui teraz pokazał na serce. Usted no tiene espiritu...Dokończył wyżerać pestki marakuji, rzucił pustą skorupę gdzięś przed siebie i zaczął biec.
-Ey, espera! Próbowałem go zatrzymać, żeby mi wytlumaczył o co mu chodzi, ale szczerbaty chujek był już daleko. Odwrócił się jeszcze i krzyknął
-Lucas cuatro dies y ocho! Poczym szczerząc się pomachał entuzjastycznie. Tyle go widziałem.
Lucas cuatro dies y ocho. Powtarzałem sobie w myśli. Co to do cholery znaczy. Powiedział jeszcze, że jestem diabłem i nie mam ducha w sercu. Skurwysyn mnie rozgryzł. Ze stresu zacząłem się pocić i zapomniałem dokąd szedłem. Wstąpiłem więc na piwo.

On the road to nowhere

 Mam już kupiony bilet powrotny, niedługo zacznę się pakować. Czasami czułem jakby czas stał w miejscu ale w sumie, to szybko minęło. Pół roku w Ekwadorze, brzmi absurdalnie. Pół roku w zapadłej dziurze w której psy nigdy nie merdają ogonami a zimne piwo kosztuje dolara. Przez te pół roku wypiłem dużo tego piwa. Zwiedziłem prawie cały kraj, widziałem większość tego co powinien zobaczyć każdy turysta. Ale po takim czasie nie jest się już turystą. Z drugiej strony nie jestem niczym więcej. Wszyscy mnie tu znają, ale nadal jestem przecież obcy, wołają za mną z imienia na ulicy, jestem udomowionym, oswojonym obcym. Za tydzień wrócę do Warszawy i też będę czuł się obco przez moment. Pobędę tam dłuższą chwilę, to uczucie minie i zachce się rzygać.
Poznałem wiele osób, ale z nikim nie nawiązałem bliższych relacji, nie zaprzyjaźniłem się, to nie w moim stylu. Jestem jednoosobowym podziemiem. I’m a loner Dottie. A rebel. Buntownikiem bez powodu i bez żadnego celu.
Lubię siedzieć z boku i obserwować. Tak jak wczoraj w dyskotece El Kapitan, piłem piwo i się gapiłem na te wszystkie durne dziewczyny, na ich dupy i na cycki w zasadzie tylko. Na ich jeszcze durniejszych facetów starałem sie nie gapić, nic nie warte gnojki. Piłem piwo i się pociłem. Nie tańczę. Obserwuję. Z głośników leciala ta wstrętna latynoska muzyka, tańczące pary stoją przed lustrami wiszącymi na ścianach dyskoteki El Kapitan i udają że się pierdolą. Atmosfera przepełniona sexem, odświeżaczem powietrza i potem skraplającym się z sufitu, bo klimatyzacja wysiadła. Plamy pod pachami. Dopiłem siódme piwo, kupiłem papierosa i wyszedłem. Starczy obserwacji na jeden wieczór. Niech się pierdolą.
Przez te pół roku starałem się codziennie rano robić gimnastykę, co nie było zawsze proste, bo kac w tropiku bywa kurewsko męczący. Jednak walczyłem ze słabościami, robiłem pompki i przysiady. Miałem plan codziennie pisać, codziennie minimum trzy tysiące znaków. Nie zawsze się udawało, czasem brakowało słów a czasem wychodziło bez sensu. Najczęściej brakowało piwa. Dlaczego do kurwy nędzy zawsze brakuje piwa? Chciałem dużo czytać, zabrałem Hłaske i Bukowskiego, Marka Twaina i coś tam jeszcze. Przeczytałem niewiele.
Przez większość czasu leżałem na łóżku w małym pokoiku, pocąc się i zastanawiając co jest na zewnątrz.
Jasio Kapela powiedział kiedyś, że inteligentni ludzie podrużują tylko w wyobraźni. Jasio Kapela napisał raz za mnie klasówkę z filozofi w liceum, ale to nieważne. Z pewnością nie nazwał bym siebie inteligentem. Lubię podróżować. Nienawidzę plaży, nie chodzę po górach, nudzą mnie muzea, nie fascynują zabytki ale na prawdę lubię podróżować. Lubię obserwować ludzi, takich zwykłych, ich zwykłe życie i ich zwykłe, nudne zajęcia. Nie jestem turystą, chociaż ciężko mi do końca odpowiedzieć na pytanie, kim jestem i co robię w Ekwadorze. Żyję, chwilowo to jest mój dom. Trochę pracuję. Takie tam.
Nikogo nie nauczam, sam się uczę, bo podróże podobno kształcą. Nie opanowałem zbyt dobrze hiszpańskiego, ale zdobyłem kilka nowych umiejętności, trochę się dowiedziałem o sobie i o ludziach. Nie wpiszę tego do cv, ale może się przyda.
Wędrowny umysł pcha mnie w nieznane, nie pozwala się odnaleźć, usiedzieć na miejscu. Tata czytał mi przed snem książki przygodowe gdy byłem małym dzieckiem. Widocznie zadziałały jak zaraza, zainfekowały mi duszę i serce, opanowały myśli. I teraz cierpię na ten piekielny weltszmerc. Tata jest wszystkiemu winien, że mi się tak nie układa. Jestem mu za to wdzięczny.
Nie mogę zasnąć. Mam kaca, piję piwo, słucham tang Fogga i oglądam mapy. Chciałbym znów pojechać do San Francisco (zawsze fascynowały mnie te hiszpańskie nazwy miast w Californi, są najpiękniejsze na świecie). Chciałbym znów pojeździć tymi tramwajami, pospacerować na haju z butelką bourbona zawiniętą w papierową torebkę.  Chciałbym zobaczyć Machu Picchu. To prawda, niby nie lubię oglądać zabytków ale fascynują mnie upadłe cywilizacje. Chciałbym zobaczyć pola śmierci w Kambodży. Chciałbym kupić wódkę w arabskim kraju. Znów palić papierosy leżąc na barce w Kopenhadze. Obserwować.
Już za długo jestem w Ekwadorze.
Już mam dosyć.
Już mi znowu źle.
Piszę to więc i znów się upijam.
Zwięźle.





sobota, 4 czerwca 2011

Tropikalna zgnilizna



 Pisuary na dworcu autobusowym w Guayaquil emanują swoistym ludzkim ciepłem. Parująca uryna unosi się wprost do nozdrzy i wnika w głąb ciała, do wszystkich organów. Gdyby to tylko parowała nasza własna uryna, to jeszcze dałoby się to znieść, owszem, to nic przyjemnego, ale można to jakoś przeboleć. Jednakże z tego pisuaru korzystało przed nami w przeciągu samej tylko ostatniej godziny, no prawdopodobnie jakieś kilkaset osób. Kilkuset wstrętnych facetów, którym chciało się szczać. Tak jak i mnie. I teraz zmuszony jestem wdychać cząsteczki ich moczu nosem. Potem jacyś inny facecie równie ciepło będą myśleć o mnie zaciągając się oparami. O bandzie facetów, którzy nażarli się w autobusie i hałasują teraz za pobazgranymi flamastrami i ufajdanymi kałem drzwiach nie będę wspominał. Kończę. Zapinam spodnie i wybiegam starając się już więcej nie oddychać. Rezygnuję z obiadu w Taco Bell. Odechcieło mi się jeść.  Z obrzydzeniem patrzę na ludzi wokół. Odechciewa się bliskości gdy w powietrzu czuć urynę i gówno.
Wsiadam do rozgrzanego autobusu. Tu z kolei czuć mocny, kwaśny zapach człowieka. Wszystkie fotele są lepkie, przepełnione ludzkimi wydzielinami. Atmosfera jest gęsta. Pierdolone tropiki.
Jadąc z Guayaquil na północ, w stronę równika najpierw za oknami widać głównie uprawy ryżu. Kończą się one jednak dosyć szybko, mniejwięcej w momencie gdy opuszczamy prowincje Guayas i wjeżdżamy do Los Rios i przez kolejne kilkaset kilometrów oglądamy tylko i wyłącznie plantacje bananów. Wiesz jak strasznie śmierdzi na plantacji bananów? Jadąc autobusem, szczególnie wieczorem to robi wrażenie. Jest koło siódmej, słońce już prawie zaszło, za parę minut będzie całkiem ciemno. Na razie jednak horyzont ma  jeszcze przez chwilę kolor krwisto czerwony, wokół nic poza bananowcami a w powietrzu czuć taki słodkawy smród zgnilizny. To gniją codziennie tysiące dolarów.  Nie zebrane i  nie wysłane na czas do USA albo Europy. Strasznie nieznośny, wkurwiający i nieprzyjemny zapach, a najgorsze w nim jest to, że ciągnie się kilometrami, w nieskończonośc. Gdzieś tam jednak, na samym jego końcu, jak już spenetruje całe drogi oddechowe, da się wyczuć lekką nutkę owocową. Przez ułamek sekundy smród staje się przyjemny. Skupy kakao też śmierdzą w dziwaczny sposób, czuć je jakąś taką dziwną kwaśno-gorzką mieszaniną, zapach tego co później stanie się czekoladą jest bardzo zakamuflowany. Jak w wypadku bananów dominuje smród… Jednak człowiek może się do tego przyzwyczaić. Po dwóch godzinach wysiadam z autobusu. Śmierdzący, mokry i lepki od potu. Do tego też można przywyknąć. A prowincja Los Rios to najbrzydsze miejsce w całym Ekwadorze. Zwykly turysta zwabiony folderem turystycznym nie odwiedzi jej nigdy, chyba, że przemknie klimatyzowanym autokarem, w nocy, podróżując z Guayaquil do Quito. I będzie się zachwycał, że znalazł się w prawdziwej republice bananowej. Albo będzie spał i nie zobaczy zupełnie nic. Bo nic tu nie ma, i do tego tylko ciężko jest się przyzwyczaić.
  Jednak chyba można przywyknąć do życia w tym zaścianku piekła. Pamiętam jak na początku szokował mnie widok na wpół żywych-na wpół martwych psów snujących się po ulicach, pokaleczonych, zawszonych, wyliniałych i wygłodzonych, bezpańskich kundli wyżerająych śmieci albo zagryzających siebie na wzajem. Pamiętam jak mi było źle gdy kiedyś jednego takiego zdechłego psa musialem wyrzucić do śmieci, bo nie wiedziałem co innego z nim mogę zrobić. Nie bylo mi źle tylko z powodu straszliwego smrodu i robactwa, było mi źle bo wiedziałem, że nie tak powinienem był postąpić. Z czasem nauczyłem się, że tu się właśnie tak robi. To smutna nauka, ale prawdziwa. Duszna atmosfera tropikalnej dziczy, zgnilizny  i postępującego rozkładu, to jest jedno z oblicz tego miejsca, może najokrutniejsze, ale być może najprawdziwsze. Z każdym dniem uczę się obojętności na takie rzeczy, tak jak wtedy, gdy szedłem gdzieś przez miasto, nie wiem dokąd, nie pamiętam po co, pamiętam tylko jak w pewnym momencie zorientowałem się, że stoję w kałuży krwi. Zrobiłem krok, coś zachrzęściło pod stopą. Spojrzałem w dół, wokół nóg leżały ludzkie zęby, obklejone juchą. Zrobiłem kolejny krok, uważając tym razem by na nic i w nic nie wdepnąć. Poszedłem dalej. Nie robią już na mnie wrażenia ordynarnie poćwiartowane ochłapy mięsa, sprzedawane na obskurnych, ulicznych straganach, przez znudzonych rzeźników. Nawet te cielęce głowy z martwymi oczami bez wyrazu i wywalonymi jęzorami, leżące na ulicach, pełne toczących je okrutnie czerwi, nawet na to już nie zwracam uwagi. Ten nieprzyjemny słodkawy zapach zastygłej krwi, też już nie odrzuca. Nadal u nich nie kupuję, wolę produkty ze sklepu z koszulami i majtkami na Las Palmeiras. Mają tam najlepsze mięso w mieście. Dziś kupiłem chuletas de chancho, jutro mają mieć rybę. Koszule mają drogie. I brzydkie.
Przywykłem do lokalnej muzyki, pewno będzie mi brakowało tych smętnych i żewnych sals i bachat, które słychać zewsząd niemal 24 godziny na dobę. Będzie mi też brakowało faceta, który codziennie w nocy jeździ na rowerze w kominiarce z maczetą, do dziś nie wiem czym się ów gość zajmuje, chyba wolę nie wiedzieć, z początku sie go bałem, dziś mówimy sobie Buenas noches! Polubiłem też dziwnych 12 letnich otyłych bliźniaków, niezmiennie w tych samych białych, poplamionych koszulkach na ramiączkach, u których zawsze kupuję piwo, którzy byli tak bardzo rozemocjonowani gdy dowiedzieli sie, że w Polsce mówi się po polsku… Dziwek z pod sklepu bliźniaków też będzie mi brakowało, kiedyś wołaly za mną pogardliwie Oye gringo! a teraz witamy się niemal czule. Hola papi! krzyczą za mną gdy przebiegam o północy szosę Quito-Guayaquil, próbując nie dać się przejechać przez pędzący autobus albo tira, pobrzękując pustymi butelkami po piwie. Como te va, guapas? Odkrzykuję i macham ręką, wracając z siatką pełną alkoholu.
To jest tropikalna zgnilizna. Na swój sposób polubiłem ją. Zafascynowała mnie. Jest wciągająca. Chcę więcej. 
Więcej!

piątek, 27 maja 2011

Pijackie zen

 Siedzieliśmy na balkonie. Było ciepłe majowe popołudnie. Pora deszczowa się już skończyła, pora sucha jeszcze nie zaczęła. Było przyjemnie. Pochmurno, ale nareszcie nie wilgotno. I nie było tego przeklętego słońca. Piliśmy rum. Ja czysty, ty z limonką i colą. Nie lubisz czuć smaku alkoholu, ale lubisz jego działanie.
Piętro niżej na ulicy biegały kury, dzieci jeździły na zdezelowanych rowerach, kobiety w triciclo wracały z targu z kiścmi platanos. Odgłosy przejeżdzających pojazdów uwolniły nas od krępującego milczenia.
-Stałeś się cyniczny. W końcu wypaliłaś.
Wziąłem szklankę. Upiłem duży łyk. Nie odstawiając jej spojrzałem na ciebie.
-To co nabyłem w Ekwadorze to odporność na te wszytskie głupoty. Cudowny dystans do świata.
Chwyciłaś mnie za kolano i spytałaś z tym głupim niewinnym, dziecięcym wyrazem twarzy.
-Ty mnie wogóle słuchasz?
-Jestem jak mistrz zen. Kontynuowałem niewzruszony. Dryfujacy po bezwietrznym oceanie na tonącej szalupie
-Ja zauważyłam, że stałeś się cyniczny. Martwi mnie to…
-Wiem, że zmierzam ku zagładzie, ale dobrze mi z tym. I nic więcej nie zaprząta mi głowy. Osiągnąłem wewnętrzny spokój
-Słuchasz co do ciebie mówię? Spytałaś lekko zdenerwowana.
-Spokój...
-Hej, słyszysz co mówię?
-Tak, oczywiście. Skłamałem. Słyszałem, że do mnie mówiłaś, ale cię nie słuchałem.
Wziąłem kolejny łyk. Ktoś przystanął, wysikał się pod murkiem na przeciwko balkonu. Zawsze tam sikają, murek poczerniał w tym miejscu.
-A inni?
-Co z nimi?
-Już cię nie obchodzą?
-Aha…nie, nie za bardzo. To znaczy… nie, chyba nie. Już nie.
-To smutne. Westchnęłaś.
-Nie bardzo. Dopiłem rum i nalałem kolejną szklankę. Ty jeszcze sączyłaś swojego słodkiego drinka. Zawsze piłaś wolno, ja tak nie potrafię. Dlatego piję za dużo. Znów chwilę milczeliśmy. Latały takie te wielkie owady, które do dziś niewiem jak się nazywaja. Te których pełno na plantacjach bananów albo na straganach z ananasami koło kościoła w centrum. Wyglądają na niebezpieczne.
-A coś wogóle jeszcze czujesz, czy już zupełnie nic?
-Napijmy się w spokoju. Dobrze? Ten spokój jest bezcenny.
-Ale cujesz coś czy już nie? Nie dawałaś za wygraną. Chcę wiedzieć jaka jest cena tego spokoju.
Chwilę milczałem. Upijałem rum ze szklanki. Ty uporczywie wpatrywałaś się we mnie.
-Alkoholu, czasami brakuje mi alkoholu… Wtedy czuję aż za dużo.
-Czyli ceną sa spokój jest alkoholizm? Jesteś alkoholikiem?
-Biorę to pod uwagę.
W międzyczasie ściemniło się. Na równiku szybko robi się ciemno. Zapaliły sie latarnie. Gdyby nie ta rozmowa zanosiło by się na całkiem miły wieczór.
-To smutne.
-Co takiego znowu jest smutne? Spytałem lekko zirytowany tym przesłuchaniem i wziąłem kolejny łyk.
-No twój alkoholizm, twój cynizm. Ale jeśli ci tak lepiej, to się cieszę. Trudno…
- Smutno by było jakbym był nikim… Ale kurwa, co to za gadanie wogóle, po prostu lubie się napić. Nie jestem żadnym alkoholikiem. Starałem się mówić opanowanym, spokojnym głosem, chociaż coraz bardziej zaczynałem się denerwować.
-Ciągle pijesz...
-Bo zadajesz te  pytania. Co mam robić.
-Stałeś się cynicznym mistrzem pijackiego zen.
-Tak, i teraz mistrz potrzebuje napić się piwa.
-Masz rum, po co ci piwo. Pokręciłaś z dezaprobatą głową.
-Piwo mnie usypia i uspokaja. I lepiej mi się myśli po piwie albo dwóch.
-Podobno jesteś spokojny. Po co ci więcej alkoholu?
Nie odpowiedziałem.
Wziąłem kolejny łyk. Dolałem do pełna. Wypiłem wszystko na raz.
-Dobrze mi z tym.
-Ale...           
-Żadne ale! Nie dałem ci dokończyć. Wstawaj, idziemy po papierosy i piwo. Jest taka ładna pogoda. Będzie się lepiej myślało jak się jeszcze napijemy. No chodźmy!
Wstałem z plastikowego krzesełka i wyszedłem. Zostałaś sama ze swoim niedopitym cuba libre. Po balustradzie biegła przestraszona jaszczurka, taka z tych małych, trupio bladych, których najbardziej się brzydzisz. Jasny księżyc wisiał nisko nad horyzontem. Ciepły wiatr przyjemnie szumiał wśród palm i drzew mango. Moja jednoosobowa szalupa dryfowała w kierunku sklepu z alkoholem wysyłając sygnał S.O.S., szukając zbawienia za 1.50$. 

czwartek, 26 maja 2011

La luna llena


   Nie mając nic lepszego do roboty popołudniami chadzam na boisko szkolne Colegio Seis de Octubre i obserwuję przygotowania do parady z okazji Batalla de Pichincha czyli 24 de mayo, lokalnego święta niepodległości, w tym roku przeniesionego na piątek 27 maja, żeby łatwiej było zorganizować sobie dlugi weekend. Siadam na murku i obserwuję maszerującą w miejscu szkolną orkiestrę, składającą się z dużej ilości instrumentów perkusyjnych, cymbałków i fletów, których wogóle nie słychać. Najwięcej przyjemności sprawia jednak obserwowanie dziewcząt ćwiczących układ taneczny na niepodległościową paradę, oczywiście w takt muzyki wygrywanej przez orkiestrę. Nastoletnie dziewczyny w obcisłych dżinsach. Ruszające się w upalne popołudnie w rytm muzyki. Taniec polega głównie na kręceniu tyłkiem i wymachiwaniu cyckami. Ja leniwie rozpływam się gapiąc się i paląc kolejne papierosy, panienki cichoczą skrępowane faktem, że podgląda je gringo a ich chłopcy grający na bębnach patrzą na mnie z nienawiścią przemieszaną z pogardą i zazdrością, spluwając raz po raz i szepcząc sobie coś na ucho.
  Z błogiego nieróbstwa w tych uroczych oklicznościach przyrody wyrwały mnie donośne odgłosy muzyki, zagłuszające fałszująca orkiestrę. Podniosłem się z betonowego siedziska i podszedłem do ogrodzenia. Ulicą szedl kondukt żałobny.
Przodem jechała camioneta z trumną na pace i głośnikami na dachu, z których dobiegała jakaś żewna, głośna bachata. Za samochodem szła spora grupa żałobników, a za nimi jak hieny, banda ciekawskich gapiów, rozsianych po całej szerokości jezdni, blokując ruch samochodowy. To już czwarty pogrzeb w tym tygodniu. Dzień wcześniej widziałem identyczne widowisko jak grałem w piłkę na cancha sintetica pod kościołem Divinio Niño. Bohaterowie wszystkich tych ceromonii zginęli w ten sam sposób. Zostali zastrzeleni. Wszyscy czterej w przeciągu ostatniego tygodnia. Jeden z nich był gringo, skupujący w okolicy drewno tekowe. Pozostali to jacyś zwyczajni bananeros. Żadna wojna gangów, przypadkowe osoby, może jakieś małe miłosno finansowe porachunki. Wszystkie ofiary łączy jedno. Strzelano do nich podczas pełni księżyca, która zdawała się trwać w nieskończoność i była wyjątkowo męcząca. Nie mogłem spać, wierciłem się, pociłem. Dostawałem duszności. Za oknem ujadały stada psów. Oszalałe watachy snuły się po całym mieście wyjąc. Gdy skończyły swoją arję do księżyca, zaczynały piać koguty. Przez kilka nocy z rzędu byłem bliski szaleństwa. Jak już udało mi się zasnąć to nękały mnie koszmary, śnił mi się Bob z Twin Peaks, co za podły typ! Budziłem się przerażony. Raz obudził mnie całkiem bliski odgłos strzału. Padła kolejna ofiara dla Mama Quilla, inkaskiej bogini księżyca, córki wielkiego Wirakoczy. Od tysiącleci pełnia wzmaga w ludziach ataki szaleństwa, nie da się nad tym zapanować. Hay la luna llena, la gente fue loco! Powiedziała stara indianka sprzedająca warzywa pod domem, gdy poskarżyłem się jej, że spać nie mogę. Unos días y se van. Księżyc jak każde potężne bóstwo potrzebuje ofiar ze słodkiej, ludzkiej krwi. Miejscowa ludność jest wyjątkowo mało odporna na nadmiar alkoholu i silny wpływ księżyca, jest to dla nich zabójcza mieszanka, łatwo znajdzie oddanych kapłanów. Na szczęście już po, cztery trupy na jakiś czas starczą. Teraz spokój miasteczka zakłucać tylko chwilowo będą maszerujące kondukty żałobne, ale i to szybko minie i wszystko wróci do normy, znów najgłośniejsi będą pozdrawiający mnie Hola Polaco! śmieciarze i handlarze piñi.
  Odprowadziłem niewyspanym, leniwym wzrokiem cały ten ofiarny pochód. Zapaliłem kolejnego papierosa i wróciłem do obserwowania fascynujących wirujących pośladków. Dziewczęta znów zachichotały. Uwielbiam to. Cieszę się, że parada 24 de mayo jest przełożona na dwudziestego siódmego. Mam zajęcie na jeszcze kilka dni. Zobaczymy co potem. Chyba też oszalalem.

 Księżyc w pełni na równiku jest piękny, na długo go zapamiętam.



poniedziałek, 23 maja 2011

Najtrudniej jest napisać list do samobójcy

Dowiedziałem się niedawno, że mój przyjaciel z Warszawy podciął sobie żyły. Żyje, znaczy chyba żyje. Nie jestem pewny.
Próbuję napisać do niego list, ale nie potrafię. Jestem gdzieś tak absurdalnie daleko, a on jest jeszcze dalej.
Wszystko, co napiszę brzmi tak straszliwie głupio, każde słowo to pierdolony banał, w który sam nie wierzę i z pewnością nie uwierzył bym będąc na jego miejscu i wyśmiał bym i wysłał do czorta każdego kto by się tak do mnie zwrócił. Nigdy nie przypuszczałem, że będę musiał kiedyś taki list napisać. Serdeczne pozdrowienia z Ekwadoru przesyła Łukasz. Pogoda dopisuje, dużo zwiedzam i dobrze się bawię. Takie listy wysyła się znajomym z tropikalnych wojaży.
Chciałbym mu powiedzieć prosto w twarz jakim jest kretynem, że to zrobił. Chciałbym pierdolnąć go w pysk. A potem usiąść i napić się z nim wódki.
Warszawa jest toksyczna i pełna zła, które się w niej gromadziło przez wieki. Co jakiś czas potrzebuje ofiar. Ja jej uciekłem i boję się wracać. Potrafi doprowadzić do szaleństwa, bardziej niż bezsenne gorące, tropikalne noce.
Musisz wyjechać, bo oszalejesz! Miejski rozkład trwa.

środa, 18 maja 2011

Hłasko




Brakowało mi czegoś, co pozwoliłoby mi zrozumieć jasno i czysto nasze łzy. Bo dziś wiem już, że często najbardziej kochamy tych ludzi, te sprawy i te rzeczy, od których bieg życia każe nam odchodzić- nieraz na zawsze.

A więc tak.

Widziałem odległe porty, tropikalne lasy, południowe wiatry owiewały mi twarz, znam obce języki, piłem piwa smakujące jak ciepłe szczyny. Jednak, czuję jakąś pustkę. Brakuje mi atmosfery warszawskiej ulicy, knajpy i draki. Brakuje mi poranków w nocnym autobusie, brakuje mi blondynek na ulicach, warszawskich brunetek też mi brakuje. Dopiero na obczyźnie to z człowieka wychodzi. Dopiero z dala od domu czuję się polakiem, bez wiadomości i gazet. Jak sie budzę nad Pacyfikiem i mi smutno bez powodu i wódki się chce. Wódki mi brakuje, żołądkowej albo luksusowej, smaku destylowanej ojczyzny. Brakuje mi tego pijaństwa i codziennych świeżych towarzyskich informacji w Bajce, nocnych libacji i zasypiania na barze w Planie. Spacerów mi brakuje nad Wisłą albo Mokotowską od Placu Zbawiciela w strone Nowego Światu. Brakuje mi tego, tak jak kiedyś z Rabanem i Kapelą biegaliśmy pijani po zajezdni kolejowej na Olszynce Grochowskiej, a potem sekundowałem im w bójce na śmierć i życie, z której obaj wyszli bez uszczerbku na zdrowiu. Brakuje mi nóżek w galarecie z octem i nerwów po przegranym kolejnym meczu. Pogapił bym się na samoloty lądujące na Okęciu, chociaż w Quito czy Guayaquil akurat na to narzekać nie można, ale też mi tego brakuje, tutaj to nie to samo. Brakuje mi awantur pod sklepami nocnymi i zapachu miasta po deszczu w maju, gdy późnym wieczorem pijemy wygazowane piwo z puszki w jakimś ciemnym parku. Stępając po kolonialnych uliczkach starówek upadłych imperiów brakuje mi warszawskiego bruku.
Brakowało mi zimy i narzekania na to, że ciągle pada, żeby nie zwariować narzekam, że jest za gorąco. Brakuje mi paru osób, z nie obecności kilku innych akurat się cieszę, ale staram się o nich zbyt wiele nie myśleć, bo nawet na to nie zasługują. Brakuje mi koncertów, Ozzy Osbourne grał miesiąc temu w Quito, ale chyba szkoda na to czasu i pieniędzy pozatym akurat byłem na południu, na wsi, w górach, było pięknie, sielsko. Nauczyłem się zabijać kury, byłem jurorem w regionalnym konkursie teatrów szkolnych, poznałem miłą i uroczą wiejską pielęgniarkę.

Niedługo pewno wrócę do Warszawy i po dwóch tygodniach znów okaże się, że to okrutnie nudne miasto. Okaże się, że to wszystko czego mi teraz brakuje, nie jest tak fascynujące jak we wspomnieniach.

Brakuje mi Warszawy. Kocham ją i nienawidzę. Nienawidzę, gdy w niej jestem, nienawidzę ludzi mijanych na ulicach, nienawidzę tych wszystkich znanych, nudnych tak, że aż się rzygać chce miejsc, knajp, ulic. Gdy jednak jestem daleko, kocham ją szalenie, brakuje mi jej strasznie, chciałbym w niej być, poczuć jej zapach, dotknąć.

Warszawa w której mieszkam jest nudna. Warszawa we wspomnieniach jest najlepszym miejscem na świecie. Odkryłem, że lubię za nia tęsknić. To o wiele milsze niż życie w niej. Wspomnienia.

Niedługo pewno wrócę i znów będę wkurwiony na wszystko i wszystkich, ogarnięty szałem. Będę dostawał ataku histerii w metrze albo w zatłoczonym barze. Znów będe upijał się do nieprzytomności.

Może znów będę musiał wyjechać, tak, to chyba lepiej działa w ten sposób. Lepiej nam się układa na odległość kochanie. Być może jesteśmy skazani na wieczną rozłąkę.

Wciąż brakuje mi czegoś, co pozwoliło by mi jasno i czysto to wszystko zrozumieć.




piątek, 13 maja 2011

Na pokuszenie

Mleczno biale szklane drzwi kusiły mnie już od paru dni. Ilekroć przechodziłem obok, próbowałem dojrzeć co się dzieje wewnątrz. Zapuszczona witryna nie pozwalała dojrzeć wnętrza. Parę razy przystawałem przy drzwiach wstrzymując oddech, wytężając wzrok i słuch. Na daremno, ze środka nie dochodziły żadne odgłosy, żadne obrazki. Kilkakrotnie widziałem mężczyzn wchodzących do środka, zwykle w podłych humorach, poddenerwowanych. Wychodząc byli uśmiechnięci i zrelaksowani, jakby młodsi.
-Muszę tam pójść, chcę zobaczyć jak to jest! Podekscytowany zwierzałem się pijąc zimną już kawę.
-No ale co w tym takiego niezwykłego, pozatym, że będziesz musiał zapłacić. Co to za przyjemność...
-To jedno z tych prawdziwie męskich przeżyc, których ty nigdy nie zrozumiesz, a ja chciałbym doświadczyć.
-A co jak złapiesz jakąś chorobę? To też będzie takie męskie?
-Po to się szczepiłem, żeby niczego nie złapać. Pozatym to część tej gry!
-Dobra, to idź i nie denerwuj mnie tym gadaniem.
-No bo jednak trochę się stresuję, ja nigdy...
-Idź! Krzyknęła Barbara. Idź!
Dopiłem kawę, wstałem. Wziąłem głęboki oddech i wyszedłem. Po chwili stanąłem przy mlecznych drzwiach. Zajrzałem do kieszeni, przeliczyłem dolary. Powinno starczyć. Drżącą ręką szarpnąlem za klamkę, odezwał sie drzwięk dzwonka oznajmiający pojawienie się klienta. Zebrawszy się na odwagę wszedłem do środka.
Wewnątrz było kilku starszych mężczyzn, siedzieli pod ścianą, czytali gazety. Byłem jedynym białym, więc zwracałem na siebie uwagę. Niewiedziałem co mam powiedzieć. Buenos dias wymamrotałem. Yo quiero...Hmm puedo tener? nie bardzo wiedziałem jak po hiszpańsku będzie to czego chcę, więc pokazałem na migi o co mi z grubsza chodzi. Najstarszy mężczyzna, z cieniutkim, czarnym wąsikiem nad wargą, palacy cygaro, popatrzył na mnie dobrotliwie, uśmiechnął się i ze zrozumieniem pokiwał głową. Skinięciem głowy wskazał mi fotel. Usiadłem. W lokalu byla tylko jedna kobieta, aktualnie zajęta klientem. Sprawnie się uwijała. Wyglądała na profesjonalistkę.
Chwilę pogadałem z facetem z wąsikiem, okazało się, że zarządzał tym przybytkiem już od kilkudziesięciu lat. Twierdził, że jego rodzina przybyla do Cuenci przed kilkuset latami, wraz z pierwszymi hiszpańskimi konkwistadorami. Sądząc po wyglądzie, mógł mówić prawdę. Na indianina zdecydowanie nie wyglądał. Mówiąc ani na chwilę nie wyjął cygara z ust.

Nadeszła moja kolej. Teraz już nie było odwrotu. Podszedłem do dziewczyny, która sprzątała stanowisko pracy po poprzednim kliencie. Grzecznie sie przywitałem, spojrzała na mnie chłodno. Posadziła mnie na fotelu. Zawołał ją facet z wąsikiem. Coś powiedział na ucho, poklepał  po tyłku. Gdy znów stała obok mnie, krzyknął jeszcze Sabes guapa, el es gringo. Ellos no tienen estos servicios poczym głośno się roześmiał. Po chwili śmiech zamienił się w obrzydliwe charczenie. Stary wyjął cygaro i splunął na podłogę.

Siedziałem nieruchomo na fotelu czekając aż dziewczyna się mną zajmie. Czułem się nie swojo podczas gdy ona krzątała się dookoła przygotowywując wszystko. Co jakiś czas z zawodowym znastwem dotykała mojej twarzy. W końcu uśmiechnęła się, zdjęła mi okulary i odchyliła fotel do pozycji prawie leżącej. Serce zaczęło bić mocniej, oddech zrobił się nie równy. Na twarzy położyła mi gorący, wilgotny ręcznik, który kiedyś był biały, a obecnie bliżej mu było do ciemnego odcienia szarości. Pomyślałem, że ostatnią rzeczą na świecie jakiej porządam jest ta brudna ściera dotykająca mojej twarzy. Jednak nie mialem wyjścia. Sam się na to dobrowolnie zgodziłem. 

Leżełem tak chwilę, nic niewidząc, z ciepłym okładem na twarzy. Niepokój ustępował. Oddech się wyrównywał. Zaczynało być naprawdę błogo.

W końcu zdjęła ręcznik, spojrzała na mnie i  uśmiechając się odezwała się po raz pierwszy Hacemos todo? Spytała.
Przełknąłem ślinę. A więc, zaraz się zacznie... muszę jej tylko odpowiedzieć na to ostatnie pytanie...
No, no todo. Solo barba, sin bigotes. Quiero tener los bigotes. Wybełkotałem zdławionym głosem, starając się mówić tak by nie slychać było, że jestem poddenerwowany.
Claro. Odpowiedziała i zabrała się do roboty.

Wzięła pędzel, zamoczyła go w białej pianie. I obficie namydliła mi twarz. Po kolei, policzki, podbródek, aż po gardło. Zostawiła mnie tak by mydło zmiękczyło zarost a sama chwyciła za brzytwę. Sprawnie ją naostrzyła. I, co prawda nie widziałem tego, bo stała za moimi plecami, ale chcę w to wierzyć, że tak właśnie było, następnie ją zdezyfekowała. Podeszła do mnie. Lewą ręką chwyciła mnie za czaszke. Delikatnie, ale jednocześnie mocno i bardzo zdecydowanie odchyliła moją głowę do tyłu, odsłaniając bezbronne gardło. Gdy pierwszy raz poczułem na szyi zimno stali przez ciało przeszedł potworny dreszcz przereażenia połączony jednocześnie z lekkim podnieceniem. Jeszcze nigdy w całym swoim życiu nie czułem się tak pierwotnie, jak wtedy gdy wprawnymi ruchami ręki zaczęła przesuwać chłodne ostrze brzytwy po mojej szyji. Stres minął. Co jakiś czas tylko mięśnie całego ciała napinały mi się, gdy poczułem, że gdzieś mnie zacięła. Ostra krawędź wrzynająca się na kilka zaledwie milimetrów, może ledwo na pół, sprawiała ból i powodowała krwawienie, zdawała się być niemalże morderczą gilotyną. Było to jednak na swój dziwaczny sposób całkiem przyjemne.

Po chwili było po wszystkim. Odłożyła brzytwę. Zatamowała i przemyła skaleczenia. Całą twarz zasypała talkiem. Malutkimi nożyczkami przystrzygła i wystylizowała wąsy. Podała okulary i lusterko. Spojrzałem. Zacięcia okazały się być ledwo widoczne. Po pół roku bez golenia dziwnie się teraz czułem perfekcyjnie gładki. Facet z wąsikiem cieszył się. Paląc kolejne cygaro spytał się czy teraz chcę ogolić nogi. Gracias, la próxima vez odpowiedziałem. Starzec się roześmiał. Ile płacę? Spytałem dziewczyny. Tres cincuenta. Wręczyłem jej 4 jedno dolarówki. Gracias guapa podziękowałem i wyszedłem. Byłem zadowolony jak jasna cholera. Trzy i pół dolara to nie wielka cena za przybliżenie mnie do celu, stania się wreszcie mężczyzną.

Wyglądasz teraz jak niemowlak. Powiedziała Barbara przeżuwając kolejne przesłodzone ciasto.  Duży niemowlak z wąsami. Poprawiła nabierając na widelec kolejny kęs. To ta twoja męska przygoda?

niedziela, 8 maja 2011

Curvas Peligrosas pt.1 - I'll meet you in my dreams

   Niepamiętam dokładnie kiedy to było, dokąd jechałem, chyba do Guayaquil. Spotkałem ją w jakimś autobusie. Siedziała na fotelu przy przejściu. Mijałem ją szukając miejsca. Moją uwagę przykuła najpierw denerwująca bardzo silna woń jej perfum, ciężkich, słodkich, takich burdelowych, raczej tanich. Spojrzałem na nią i się zakochałem na zabój. Absolutnie wmurowany, stałem niewiem, dwie minuty wpatrując się w nią z pożądaniem. Ona nawet na mnie nie spojrzała, bawiła się swoim blackberry w różowym silikonowym opakowaniu. Brązowa, ciemnowłosa paisana. Cudownie jowialnie puszysta lafirynda w przeładowanym białym staniku, zdobionym delikatną koronkową tasiemką, wystającym z pod szeroko rozpiętej koszuli. Ktoś boleśnie pchnął mnie w plecy, żebym szedł do przodu. Autobus ruszył. Usiadłem rząd za nią, po skosie. Zapach perfum był przytłaczający. Ona także.


Znajomy powiedział mi kiedyś jak leżeliśmy na plaży, piliśmy i gapiliśmy się na dziewczyny Sabes, chicas latinas, tienen estas curvas peligrosas. To było to, to były te latynoskie curvas peligrosas, śmiertelnie niebezpieczne, te które nawiedzają potem człowieka po nocach, szczególnie tych samotnych, jak najgorszy koszmar. Kruczo czarne włosy, czerwone wargi, pucułowate policzki pomalowane różem. Obfite, potężne, brązowe nogi, lepkie i lśniące od potu zakończone u góry kuszącym trójkątnym, pagórkiem u zbiegu ud i brzucha, odziane w obcisłe, dopasowane szorty koloru khaki czy oliwkowego. Wylewające się, bujne bogactwo jej piersi. Przytłaczające bogactwo. Niemalże barokowy przepych.

Przez dłuższą chwilę gapiłem się na nią bezczelnie maślanym wzrokiem i pożerałem od  czubka głowy aż do malowanych, finezyjnie, ale dosysyć w złym guście, paznokci u stóp , gdy nagle naszedł mnie straszliwy smutek i lęk. Zdałem sobie sprawę, że nigdy nie skosztuję tych krągłości. Nigdy jej nie dotknę i sam nie poznam dotyku jej palców. Tak bardzo ją w jednej chwili pokochałem, zapałałem dzikim pożądaniem, by teraz nagle zostać brutalnie obezwładnionym przez przepełniający żal, że już nigdy jej nie zobaczę. A ona nawet nigdy nie dowie, się że istnieję. A wieczorem rozbierze się dla jakiegoś śmierdzącego potem macho, jeżdzącego rozklekotanym chińskim motorem, pracującego na plantacji bananów, który wlezie na nią  po pijaku, sturla się po chwili. Ona czule szepnie mu do ucha by nie szedł. On strzeli ją w pysk, bo to przecież zwykła lafirynda. Ona się rozpłacze swoimi wielkimi cielęcymi oczami. A on odjedzie na swoim rozklekotanym chińskim motorze do swojej żony i dzieci.

Nagle wstała. Serce mi zadrżało. Z trudem przełknąłem ślinę. Poprawiła szorty, z pod których wystawały pomarańczowe majtki. Obciągneła trochę pofałdowaną koszulę. Dłonią zagarnęła włosy do tyłu, założyła ciemne okulary. Króciutkie spodenki cudownie opinały jej krągły tyłek, eksponując te potężne, ale zgrabne uda. Było mi słabo, czułem nieprzyzwoite napięcie, pociłem się, spalałem na tym zawszonym fotelu. Odwróciła się do tyłu. Przerażony spóściłem wzrok. Autobus stanął. Usłyszałem kroki. Wiedziałem, że już jej nigdy nie ujrzę.


W powietrzu unosił się coraz słabszy zapach jej perfum. Pozostanie dla mnie na wieki nie zdobyta jak mityczne El Dorado z całym swoim majestatycznym złotem. Z pewnością będzie mnie nawiedzać we snach, i jak każdy sen o bogactwie doprowadzać do szaleństwa.

Gdy znów spojrzałem przed siebie, na jej miejscu siedział stary pomarszczony indianin w wypłowiałej czapeczce NY z żywymi kurami na kolanach. Gwar i upał był nie do wytrzymania.  Zamknąłem oczy.

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Iggy Pop, Burzum & The Chills

Chciałbym opisać wycieczkę do Cajas, parku narodowego niedaleko Cuenci, ale zupełnie nie potrafię. Tak samo jak nie potrafiłem pokonać najprostszego szlaku tam, wokół Laguna Toreadora. Na moje usprawiedliwienie działa jedynie fakt, że trafiłem na fatalne warunki pogodowe, ale i tak nie jestem z siebie dumny. Pokonała mnie surowa moc, niewiem czy ta o której myślał Iggy Pop, ale miał rację śpiewając Raw power can destroy a man.
 Zniszczyła mnie pogoda, przemokłem doszczętnie, zmarzłem i nawet odmroziłem sobie wskazujący palec u prawej dłoni, co niezdarzyło mi się nawet podczas najcięższej zimy w Polsce.
Zniszczyła mnie wysokość, przeszło 4 tysiące metrów nad poziomem morza, ja wiem, że można wyżej, ale dla moich płóc to wystarczająco. Po godzinie marszu ledwo mogłem oddychać, kręciło mi się w głowie, chciało żygać i czułem się jakbym miał za chwilę zemdleć. Gdy parę razy w gęstwinie mgły gubiłem szlak i bałem się, że się zagubię, próbowałem sobie przypomnieć co w takich momentach zwykł robić Bear Grylls. Na darmeno. W głowie miałem pustkę, mój umysł skupiał się na najważniejszych czynnościach życiowych, nie pozwalając na takie marnotrastwo energii jak myślenie.
Wreszcie zostałem totalnie, zniszczony przez brutalne, pierwotne piękno tego miejsca. Miejsca gdzie człowiek może poczuć swoją marność i nicość. Miejsca gdzie samotność jest fizycznie, boleśnie namacalna. Z każdym krokiem czułem się coraz mniejszy, z każdym krokiem czułem jak otaczający mnie świat zdobywa nademną coraz większą przewagę, gotów mnie zniszczyć przez nokaut już w pierwszej rundzie.
Nie potrafię opisać piękna Cajas, tych mrocznych jezior, wrogich, pogrążonych we mgle szczytów w kolorze zgniłej zieleni, pasących się lam. Nigdy nie byłem jeszcze w tak niegościnnym miejscu. W tak poruszająco pięknym miejscu zarazem. Z wysiłku i ze wzruszenia odebrało mi mowę wtedy, teraz też chcąc to opisać nie jestem w stanie. Znów czuję swoją marność względem potęgi surowej siły Cajas. Mój język jest zbyt ubogi.
Mate, all you can find here is just pneumonia powiedział spotkany gdzieś po drodze szkot. Ja poza przeziębieniem, znalazlem gdzieś nad jakimś strumyczkiem podkowę. Niewidziałem tam koni, być może więc zgubił ją tam jakiś Andyjski demon, bo to miejsce zdecydowanie wygląda jak przedsionek piekła, bezludne, posępne, mroczne. Jak sceneria z baśni Braci Grimm albo black metalowego teledysku Burzum lub Darkthrone. Schowałem podkowę do kieszeni, bez względu na jej pochodzenie, to na szczęście przecież, a tego przecież wszyscy szukamy.
Raw power can destroy a man. Nie jestem pewny czy udało mi się pokonać chociaż połowę trasy. W którymś momencie wycieńczony padłem na kolana prosto w błoto i zacząłem łapczywie łapać powietrze. Coraz bardziej padało, widoczność była prawie zerowa, temperatura jakieś 10 stopni celcjusza. Niemoglem oddychać, odmroziłem sobie palec i czubek nosa.  Wiedziałem, że dalej nie pójdę. Zostałem doszczętnie pokonany. Musiałem zawrócić. Nokaut. K.O.
Wracając autobusem do Cuenci byłem jednak najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Totalnie zauroczyło mnie to brutalne piękno. Cajas jest niczym piękna, ale niedostępna dziewczyna. Dająca sygnały, ale trzymająca na dystans, zwodząca. Chociaż to logice wbrew, lubię takie komplikacje.
Jednak nie, to nie zauroczenie, to miłość od pierwszego wejrzenia. Zakochałem się. Teraz obserwowałem te szczyty bezpieczny, z za szyby, z ciepłego autobusu. Słuchalem The Chills, kawałka Pink Frost (jakbym chciał zrobić soundtrack dla tego miejsca to była by to druga, po Burzum pozycja)  i po policzkach zaczęły mi ciec łzy wzruszenia. Po 30 minutach byliśmy z powrotem na terminalu autobusowym. Na pamiątkę mam tylko tę diabelską podkowę, odmrożony palec i mgliste wspomnienia. Raw power I can feel it. Bardzo chciałbym móc to wszystko opisać, ale naprawdę nie potrafię. Nie jestem w stanie.

sobota, 23 kwietnia 2011

I'm going to the country of thieves and ghosts...

  Jadąc do Ekwadoru liczyłem się z tym, że mnie okradną albo napadną. Jestem biały, więc jestem gringo. Każdy gringo jest nadziany. Każdy gringo jest głupi. Przyznaję, jestem łatwym celem. Z pewnością rzucam się w oczy.
Mama ostrzegała. Nie bierz tych tiszertów z pistoletami i tych z czaszkami. Tak na wszelki wypadek, żeby nie kusić losu. Niech ci będzie, nie wziąłem. Nie daj się okraść. Powtarzał tata. Znajomi mówili Nie daj się zabić. Kupiłem nóż sprężynowy, do obrony, ale zapomniałem go zabrać. Nie jedź, będę się martwiła. Mówiła któraś tam (może to była babcia?), a ja tylko zawadiacko odpowiedziałem cytatem Słońce, jadę do krainy złodziei i duchów. Czy to nie cudowne? Wręcz wspaniałe kurwa. Zamień tylko duchy na dziwki.
Szło mi całkiem dobrze, może i pare razy zrobili mnie w konia jak kupowałem szlugi czy puro sklepie, może nacieli mnie na kase przy wydawaniu reszty w jakiejś knajpie. Poza tym radziłem sobie całkiem nieźle. Zwiedzałem różne podłe zakamarki, w dzień i w nocy. Byłem na Sur Oscura,owianej złą sławą trybunie chuliganów Barcelony z Guayaquil podczas derbowego spotkania z Emeleciem.  Chodziłem po obskurnych barach, gadałem z alfonsami, poznawałem handlarzy kokainy. I jak każdy durny gringo robiłem zdjęcia. Dużo zdjęć. W Quito próbowali mnie okraść 3 krotnie, za każdym razem w coraz bardziej wyrafinowany sposób. Nie dałem się, byłem czujny. Byłem cwańszy, no bo w końcu Nie masz cwaniaka nad warszawiaka. Urodziłem się na Grochowie, mnie okraść się nie da. Tak sobie myślałem. I dalej, hulaj dusza, pstrykałem mase głupich zdjęć, jedno gorsze od drugiego, wierząc, że jestem nietykalny.
Jednak to było jak wyrok, jak orzeczenie lekarskie o śmiertelnej chorobie. Wisiało nademną tak jak krzyż południa wisi nad tym zdziczałym krajem. Musiało dojść do zbrodni na mojej osobie.

To było tak.

 Nóż przystawiony do gardła w małej uliczce w Guasmo, slumsie Guayakill. Trafiłem tam przez brawurę, własną głupotę, zupełnie bez celu. Jebana ułańska fantazja.  Ich było dwóch albo trzech. Nie pamiętam. Pamiętam tylko bardzo szybko i mocno bijące serce i ciężkie krople potu spływające po twarzy. Koniuszek noża wbijający się boleśnie w skórę.  Miękkie nogi uginały się pode mną. Ze stresu chciało mi się rzygać. Kropla potu spłynęła z karku po plecach aż do tyłka. Krótka szarpanina. Zabrali wszystko co miałem. Gdy poszli, wycieńczony nerwami upadłem na ziemię. Zwymiotowałem. Dobrze, że zostawili chociaż tiszert Jaya Reatarda (To jedyny tiszert z czaszką jaki zabrałem. Mama miała rację…).

Albo nie, to było inaczej.

Południowe Quito, La Mariscal. Piątkowy wieczór, na plaza Foch tłumy bawiących się turystów. Szukając undergroundowych rozrywek zawędrowałem w sam środek nielegalnej tranzakcji, liczyłem, że będąc gringo, mogę zrobić zdjęcie. Przeliczyłem się. Nie zdązyłem się wycofać. Ktoś mnie chwycił za ramię, wcisnął w ciemny obszczany kąt. Bełkotałem coś w spanglish, bez skutku. Ciężka lufa przystawiona do czoła, albo nie, tak po chamsku bardziej, ordynarnie, wciśnięta boleśnie między żebra, tak, że samo to sprawiało już dostateczny ból. Znów to łomoczące serce i pot. Odgłos odbezpieczanej broni sprawił, że się zeszczałem ze strachu. Nigdy niezapomnę tych przekrwionych, wytrzeszczonych, naćpanych oczu i przerażającego uśmiechu człowieka który wydeklamował Estás muerto! Gdy się ocknąłem leżałem doszczętnie okradziony w kałuży składającej się z mieszaniny wymiocin, moczu i krwi. Widocznie jeszcze mnie pobili gdy straciłem przytomność. Szkoda, że nie miałem tego sprężynowca!

No dobra, to było tak.
Jechałem autobusem do Guayaquil. Pokonywałem tą trasę już wiele razy, znam ją na pamięć. Jak zawsze siedziałem przy oknie. W autobusach jest bardzo gorąco, więc lubie otworzyć szeroko okno i poczuć na sobie pęd powietrza, ten wiatr we włosach, wywołujący od zawsze w człowieku te szalone myśli o wolności. Jadąc przez Babahoyo, którego brzydota jest ciężka do opisania (sądzę, że jest to najbrzydsze miasto na świecie. I najpodlejsze za razem!), postanowiłem je sfilmować aparatem z perspektywy pasażera autobusu. Jakaś pani siedząca obok mnie szturchnęła mnie i mówi, żebym uważał, bo to niebezpieczne, że mogą mi go ukraść. Wzruszyłem ramionami udając, że jej nie rozumiem i kontynuowałem swój projekt. Mijalismy kolejne gnijące budynki, kolejne osiedla z zardzewiałej blachy falistej, przed obiektywem przebiegały kolejne wyliniałe i śmiertelnie wychudzone pół-dzikie psy. Ja niezmordowanie trzymałem aparat za oknem, robiąc swój autorski film drogi o wędrówce przez gówniane piekło na ziemi. Co chwile wsiadali kolejni handlarze napojami, jakimś smażonym, niezdrowym jedzeniem. Podobno któryś z nich wsiadał i wysiadał kilkakrotnie. Siedząc za mną obserwował mnie. Wyjeżdżając z Babah(u)oyo autobus stanął na światłach. Nagle poczułem szarpnięcie za aparat. Autobus ruszył. Wyjrzałem zszokowany za okno. Nikogo wokół nie było. Na przegubie dłoni dyndał mi tylko szary sznureczek od aparatu. Musiałem mieć wyraz twarzy jak prawdziwy idiota, którym chyba okazałem się być. Kurwa mać! Zakląłem na cały autobus. Nikt nie zareagował. Zagłuszała mnie salsa lecąca z głośników. Agua fria! Colita! Krzyczeli kolejni wsiadający handlarze. Kolejny głupi gringo dostał nauczkę. Nawet nie czułem złości, raczej wstyd. I żal, że chociaż nie spojrzał mi w oczy, nie postraszył nożem, nie pomachał pistoletem, żebym mógł potem opowiadać niestworzone historie przy piwie. A tak, nie ma się czym chwalić. Nie zrobię już więcej zdjęć.