wtorek, 14 czerwca 2011

Hej przygodo


Jestem emocjonalnie niestabilnym, rozedrganym dupkiem. Melancholia, weltschmerz , bezsenność, reisefieber, to wszystko nawiedza mnie w tych dniach ostatnich. Kurwa, dosięgło mnie nawet tutaj, na równiku. Jak mnie odnalazła ta szemrana banda starych znajomych? Hej przygodo, to by było na tyle.

Tanie podróże

No dobra, sprzedam wam teraz pomysł jak podróżować za darmo po Ekwadorze.
90%, a może nawet i więcej całego transportu osobowego w Ekwadorze odbywa się za pośrednictwem autobusów. Kolej w zasadzie nie egzystuje, samoloty są zbyt drogie dla zwykłych ludzi. Autobusy. Jeżdzą wszędzie,  dojeżdzają do każdej niemalże, nawet najbardziej zapadłej wioski w górach. Jeżdżą prawie całą dobe i prawie o każdej porze dnia i nocy, bez względu na dzień tygodnia, są pełne. Do autobusów co chwile wsiadają handlarze żarciem, napojami, owocami, albo jakimiś duperelami. Ludzie znużeni i znudzeni podróżą chętnie od nich kupują, bez względu czy to akurat smażona skóra wieprzowa czy też krem na podagre. Handlarze przejadą w ten sposób pare kilometrów i wysiadają.
Na tym opiera się plan darmowych podróży. Wymyśl sobie handelek, lepiej jakiś lekki. Żadne smażone żarcie, bo wtedy musisz kursować co jakiś czas do swojej bazy matki po więcej jedzenia. Ci skurwiele naprawde kupują i żrą te paskudztwa! Autobusy cuchną starym olejem! Jeżeli więc tylko chcesz sobie pojeździć wahadłowo w te i we wte, spoko, inwestuj w garkuchnie, znajdź wspólnika, który będzie na niej przygotowywał potrawy, a ty, pognasz ku przygodzie. W te i we wte.
Z tego samego powodu odpadają napoje. Nikt nie kupi ciepłej wody albo Inca Coli. Potrzebny by ci był ciągły dostęp do lodówki. No i butelki zajmują miejsce, a jak się dowiesz później, jest to bardzo ważny czynnik w całym przedsięwzięciu!
Ale nam nie o to chodzi. Mowa o podróży z punktu A do punktu B i dalej, ku nieznanemu. Przedstawię wam teraz kilka pomysłów na to co, w takim przypadku będzie najlepszym wyborem do naszej akwizycyjnej kariery.

Po pierwsze, cukierki lub gumy do żucia. Kupujesz kilka opakowań różnych gum i/lub cukierków. No i jazda, reklamujesz jak wlezie. Najlepiej przygotuj sobie z grubsza za wczasu gadkę, wymieniaj smaki słodyczy, używaj dużo zdrobnień, podkreślaj jakie są pyszne i, że smakują jak domowe, albo, że  przypominają smak dzieciństwa. Skłam, że mają witaminę C i, że robią dobrze na zęby. Latynosi kochają słodycze Pozsotałe techniki sprzedaży są identyczne dla wszystkich produktów, więc zajmę się nimi później.

Po drugie, herbatki ziołowe. Latynosi wierzą ciągle w uzdrawiającą moc naparów ziołowych, w autobusach często zdarzają się wędrujący znachorzy sprzedający leki ziołowe na wszystko. Ty też możesz zostać jednym z nich. Ale w tym przypadku musisz się przygotować jeszcze przed przybyciem do Ekwadoru. Kup dużo różnego rodzaju herbatek w torebkach, niewazne jakich, byle miały napisy w nieznanych dla nich językach, im bardziej egzotyczny z lokalnego punktu widzenia tym lepiej. Języki wschodnio europejskie sa tu jak ulał, ale uważał bym z ruskim, bo to nigdy nie wiadomo, anóż ktoś stuidował okrętnictwo gdzieś w ZSSR i cię zdemaskuje. A wtedy lincz gotowy! Zatem na przykład kupujesz mięte, melise i szałwie w sklepie spożywczym w Warszawie, płacisz grosze, waży to to niewiele. A przecież możesz sprzedawać na sztuki, po torebeczce. No i znów jak w poprzednim przypadku musisz mieć gadane. Tym razem wspominasz, że o to tajemnicze zioło z odległego kraju, odkryte przez tamtejszych naukowców. Teraz przyjechałeś aż do dalekiego Ekwadoru, by w imię Jezusa Chrystusa, w imię miłości do bliźniego, pokazać je wszystkim w tym o to autobusie Cooperativy Ventanas. I dalej wciskasz kit. Opowiadasz na co pomaga ten tajemniczy preparat (najpopularniejsze sa te pomagające na wszystko!). Podkreślasz rolę naukowców, liczne badania naukowe. Tradycyjne preparaty też są popularne, ale te także warto podeprzeć wynikami badań klinicznych.

Kolejnym pomysłem mogą być szczoteczki do zębów. W te zaopatrzymy się na miejscu, w każdym supermarkecie. Kupuj lokalne marki, są beznadziejne ale tanie. Niewiem po co komu szczoteczka do zębów w autobusie, może żeby podłubać w zębach po żarciu, ale naprawdę widziałem ludzi handlującyh tym szajsem i widziałem też frajerów, którzy to kupują. Zatem kupujesz naręcze szczoteczek i dajesz przed siebie. Zakładam, że jesteś typowym gringo, nie koneicznie niebieskookim blondynem o jasnej karnacji, ale, że rzucasz się w oczy i wyróżniasz z tłumu latynosów. Jeśli tak, to jest duża szansa, że wykupią od ciebie towar na pniu. Lokalna mądrość ludowa mówi, że gringo wie co dobre. Jeżeli jesteś do tego dziewczyną, kupią od ciebie wszystko, dosłownie wszystko. Wtedy ten kraj jest twój, z tym, że będzie to męcząca podróż, połączona z ciągłym pogwizdywaniem i podszczypywaniem (w najlepszych przypadkach).

To tylko kilka pomysłów na towar, tak naprawdę możesz sprzedawać wszystko. Pirackie dvd, losy na loterie, długopisy, flamastry. Nieważne czy coś od ciebie kupią (chociaż to dobry dodatek do twojego budżetu). Ważne by przez chwile chociaż podjechać przed siebie!

Czas opowiedzieć jak powinna wyglądać prawidłowa sprzedaż.
Po wstępnej przemowie, która zawsze odbywa się na przedzie autobusu i która winna się zaczynać słowami Señores pasajeros! / Señores compañeros lub coś w ten deseń. Żeby było miło ale nie zbyt spouchwale. Rozumiesz. Mówiąc prezentujemy sprzedawany towar, unosimy go lekko do góry i wyciągamy trochę przed siebie. Obracamy nim w powietrzu, prezentujemy z każdej strony. Nie przestajemy mówić! Gdy skończymy gadkę rozpoczynamy przemarsz po autobusie. Wolnym krokiem idziemy wzdłuż wszystkich rzędów foteli, wyciągamy z plecaka/torby po jednej sztuce sprzedawanego przez nas fanta i wręczamy go każdemy pasażerowi.  Jeżeli nie reagują kładziemy im na nodze lub ręce. Jeżeli powiedzą Gracias, pokręcą głową, lub w inny sposób dadzą nam znać, że nie są zainteresowani, wtedy idziemy dalej. Rozkładając towar nie musimy dużo mówić, dajmy im czas na przemyślenia. Gdy dojdziemy do końca, wracamy na początek. Czekamy chwilę i znów zaczynamy gadać. Gadając rozpoczynamy kolejny przemarsz, tym razem zbierając nasze dobra. Wtedy też mogą nastąpić ewentualne tranzakcje. Jeżeli rozegramy to wszystko odpowiednio dobrze, możemy i zarobić i przejechać spory dystans. Im dłużej gadasz tym dłużej jedziesz. To aż tak proste!

Co oczywiste trzeba pamiętać, żeby łapać autobusy jadące z grubsza w naszym kierunku, lepiej takie między kantonalne, nie opłaca się wsiadać do tych operujących na krótkich trasach. Jest w nich za gorąco i ciasno. Może się zdarzyć tak, że do upragnionego celu przyjdzie ci dotrzeć bardzo okrężną drogą. No ale nie po to przyjechałeś na drugi koniec świata, żeby oglądać tylko utarte szlaki. Nie sądzisz?
100% operujących w Ekwadorze autobusowych handlarzy to ludność lokalna. Zwykle znają się z kierowcami i z innymi handlarzami. Może się zdarzyć tak, że szofer wyczuje twoje zamiary i przyjdzie ci trochę poczekać zanim ktoś cię zabierze. Czasami możesz się spotkać z nieprzychylnością innych członków tej kasty. Jednak to element tej gry! Kto nie handluje, nie jedzie.

Kolejną ważną rzeczą jest mały bagaż. Nie możesz podróżować z dużym plecakiem, walizka też nie jest wskazana. Po pierwsze w autobusach jest ciasno, kierowca nie wpuści cię do zatłoczonego pojazdu z wielkimi tobołami. Po drugie będzie to podejrzany widok, sprzedawcy mają co najwyżej mały plecaczek. I tobie też to poelcam.

Z pewnością nie jest to najszybszy sposób podróżowania, ale możesz zaoszczędzić trochę kasy, a nawet zarobić, możesz to potem przepić, a to zawsze miła perspektywa.
Z drugiej str ony widziałem handlarzy przemieszczających się szybciej niż autobus, którym sam podrożowałem. Widziałem go w Guayaquill, wysiadł po chwili, a półtorej godziny później ten sam człowiek biegał już między autobusami w Babahoyo. Wyprzedził nas, niewiem jak.
Aha, w większości miejscowości są hotele, więc jak się zmęczysz w nocy jazdą, możesz się przekimać. Są też motele, dużo tanśze, działające na godziny. Ale to takie bardziej burdele niż schronienia dla strudzonych wędrowców, zatem uważajcie.

Jeszcze jedno, jeżeli wam się powiedzie to dajcie mi koniecznie znać. Jest to tekst jedynie teoretyczny. Wymyśliłem to nudząc się w autobusach, ale myślę, że to wykonalne. Za podróż płacę zwykle dwa i pół dolara, a pozatym nie lubię publicznych wystąpień.

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Lucas 4:18


Na ulicy przyczepił się do mnie jeden dzieciak. Znam tego skurwysyna, rzuca mi w okno kamieniami i krzyczy że chce cukierki. Szczerbaty gnojek, może 8 letni. Idzie za mną i cały czas gada. Gada bardzo dużo, bardzo szybko. Chyba raczej do siebie niż do mnie, przynajmniej ja niespecjalnie cokolwiek rozumiałem. Wyłapałem tylko jedno, często powtarzane zdanie Lucas cuatro dies y ocho. Lucas cuatro dies y ocho.
-Que significa? Pytam się dzieciaka, zainteresowany bo wydaje mi się, że skoro mowi Lucas, to pewno chodzi o mnie.
-Que? Zadziera głowę w górę, patrzy na mnie tymi wielkimi oczami i szczerzy się w bezzębnym uśmiechu wyjadając brudnymi łapami marakuję.
-Que significa esto que dices todo tiempo, Lucas cuatro...
-Lucas cuatro dies y ocho! Lucas cuatro dies y ocho!!  Gnojek się szczerzy jeszcze bardziej i wykrzykuje niczym w ekstazie.
-Si y que significa?
-Lucas cuatro dies y ocho...  mały robią głupią mine i sie na mnie gapi.
Próbowałem myśleć. Nagle mnie tknęło.
-Es de La Bilbia? Si?
-Si! Lucas cuatro dies y ocho! Zaciął się i zaczyna mnie już wkurwiać.
-Vale, que significa? spytałem po raz kolejny, najspokojniej jak potrafiłem.
-Usted esta el diablo. Wymamrotał z przejęciem. El diablo! Usted!
-Que? Yo? Porque?... Diablo?
-Porque usted no tiene el espiritu. Aqui. Pokazuje na głowe y aqui teraz pokazał na serce. Usted no tiene espiritu...Dokończył wyżerać pestki marakuji, rzucił pustą skorupę gdzięś przed siebie i zaczął biec.
-Ey, espera! Próbowałem go zatrzymać, żeby mi wytlumaczył o co mu chodzi, ale szczerbaty chujek był już daleko. Odwrócił się jeszcze i krzyknął
-Lucas cuatro dies y ocho! Poczym szczerząc się pomachał entuzjastycznie. Tyle go widziałem.
Lucas cuatro dies y ocho. Powtarzałem sobie w myśli. Co to do cholery znaczy. Powiedział jeszcze, że jestem diabłem i nie mam ducha w sercu. Skurwysyn mnie rozgryzł. Ze stresu zacząłem się pocić i zapomniałem dokąd szedłem. Wstąpiłem więc na piwo.

On the road to nowhere

 Mam już kupiony bilet powrotny, niedługo zacznę się pakować. Czasami czułem jakby czas stał w miejscu ale w sumie, to szybko minęło. Pół roku w Ekwadorze, brzmi absurdalnie. Pół roku w zapadłej dziurze w której psy nigdy nie merdają ogonami a zimne piwo kosztuje dolara. Przez te pół roku wypiłem dużo tego piwa. Zwiedziłem prawie cały kraj, widziałem większość tego co powinien zobaczyć każdy turysta. Ale po takim czasie nie jest się już turystą. Z drugiej strony nie jestem niczym więcej. Wszyscy mnie tu znają, ale nadal jestem przecież obcy, wołają za mną z imienia na ulicy, jestem udomowionym, oswojonym obcym. Za tydzień wrócę do Warszawy i też będę czuł się obco przez moment. Pobędę tam dłuższą chwilę, to uczucie minie i zachce się rzygać.
Poznałem wiele osób, ale z nikim nie nawiązałem bliższych relacji, nie zaprzyjaźniłem się, to nie w moim stylu. Jestem jednoosobowym podziemiem. I’m a loner Dottie. A rebel. Buntownikiem bez powodu i bez żadnego celu.
Lubię siedzieć z boku i obserwować. Tak jak wczoraj w dyskotece El Kapitan, piłem piwo i się gapiłem na te wszystkie durne dziewczyny, na ich dupy i na cycki w zasadzie tylko. Na ich jeszcze durniejszych facetów starałem sie nie gapić, nic nie warte gnojki. Piłem piwo i się pociłem. Nie tańczę. Obserwuję. Z głośników leciala ta wstrętna latynoska muzyka, tańczące pary stoją przed lustrami wiszącymi na ścianach dyskoteki El Kapitan i udają że się pierdolą. Atmosfera przepełniona sexem, odświeżaczem powietrza i potem skraplającym się z sufitu, bo klimatyzacja wysiadła. Plamy pod pachami. Dopiłem siódme piwo, kupiłem papierosa i wyszedłem. Starczy obserwacji na jeden wieczór. Niech się pierdolą.
Przez te pół roku starałem się codziennie rano robić gimnastykę, co nie było zawsze proste, bo kac w tropiku bywa kurewsko męczący. Jednak walczyłem ze słabościami, robiłem pompki i przysiady. Miałem plan codziennie pisać, codziennie minimum trzy tysiące znaków. Nie zawsze się udawało, czasem brakowało słów a czasem wychodziło bez sensu. Najczęściej brakowało piwa. Dlaczego do kurwy nędzy zawsze brakuje piwa? Chciałem dużo czytać, zabrałem Hłaske i Bukowskiego, Marka Twaina i coś tam jeszcze. Przeczytałem niewiele.
Przez większość czasu leżałem na łóżku w małym pokoiku, pocąc się i zastanawiając co jest na zewnątrz.
Jasio Kapela powiedział kiedyś, że inteligentni ludzie podrużują tylko w wyobraźni. Jasio Kapela napisał raz za mnie klasówkę z filozofi w liceum, ale to nieważne. Z pewnością nie nazwał bym siebie inteligentem. Lubię podróżować. Nienawidzę plaży, nie chodzę po górach, nudzą mnie muzea, nie fascynują zabytki ale na prawdę lubię podróżować. Lubię obserwować ludzi, takich zwykłych, ich zwykłe życie i ich zwykłe, nudne zajęcia. Nie jestem turystą, chociaż ciężko mi do końca odpowiedzieć na pytanie, kim jestem i co robię w Ekwadorze. Żyję, chwilowo to jest mój dom. Trochę pracuję. Takie tam.
Nikogo nie nauczam, sam się uczę, bo podróże podobno kształcą. Nie opanowałem zbyt dobrze hiszpańskiego, ale zdobyłem kilka nowych umiejętności, trochę się dowiedziałem o sobie i o ludziach. Nie wpiszę tego do cv, ale może się przyda.
Wędrowny umysł pcha mnie w nieznane, nie pozwala się odnaleźć, usiedzieć na miejscu. Tata czytał mi przed snem książki przygodowe gdy byłem małym dzieckiem. Widocznie zadziałały jak zaraza, zainfekowały mi duszę i serce, opanowały myśli. I teraz cierpię na ten piekielny weltszmerc. Tata jest wszystkiemu winien, że mi się tak nie układa. Jestem mu za to wdzięczny.
Nie mogę zasnąć. Mam kaca, piję piwo, słucham tang Fogga i oglądam mapy. Chciałbym znów pojechać do San Francisco (zawsze fascynowały mnie te hiszpańskie nazwy miast w Californi, są najpiękniejsze na świecie). Chciałbym znów pojeździć tymi tramwajami, pospacerować na haju z butelką bourbona zawiniętą w papierową torebkę.  Chciałbym zobaczyć Machu Picchu. To prawda, niby nie lubię oglądać zabytków ale fascynują mnie upadłe cywilizacje. Chciałbym zobaczyć pola śmierci w Kambodży. Chciałbym kupić wódkę w arabskim kraju. Znów palić papierosy leżąc na barce w Kopenhadze. Obserwować.
Już za długo jestem w Ekwadorze.
Już mam dosyć.
Już mi znowu źle.
Piszę to więc i znów się upijam.
Zwięźle.





sobota, 4 czerwca 2011

Tropikalna zgnilizna



 Pisuary na dworcu autobusowym w Guayaquil emanują swoistym ludzkim ciepłem. Parująca uryna unosi się wprost do nozdrzy i wnika w głąb ciała, do wszystkich organów. Gdyby to tylko parowała nasza własna uryna, to jeszcze dałoby się to znieść, owszem, to nic przyjemnego, ale można to jakoś przeboleć. Jednakże z tego pisuaru korzystało przed nami w przeciągu samej tylko ostatniej godziny, no prawdopodobnie jakieś kilkaset osób. Kilkuset wstrętnych facetów, którym chciało się szczać. Tak jak i mnie. I teraz zmuszony jestem wdychać cząsteczki ich moczu nosem. Potem jacyś inny facecie równie ciepło będą myśleć o mnie zaciągając się oparami. O bandzie facetów, którzy nażarli się w autobusie i hałasują teraz za pobazgranymi flamastrami i ufajdanymi kałem drzwiach nie będę wspominał. Kończę. Zapinam spodnie i wybiegam starając się już więcej nie oddychać. Rezygnuję z obiadu w Taco Bell. Odechcieło mi się jeść.  Z obrzydzeniem patrzę na ludzi wokół. Odechciewa się bliskości gdy w powietrzu czuć urynę i gówno.
Wsiadam do rozgrzanego autobusu. Tu z kolei czuć mocny, kwaśny zapach człowieka. Wszystkie fotele są lepkie, przepełnione ludzkimi wydzielinami. Atmosfera jest gęsta. Pierdolone tropiki.
Jadąc z Guayaquil na północ, w stronę równika najpierw za oknami widać głównie uprawy ryżu. Kończą się one jednak dosyć szybko, mniejwięcej w momencie gdy opuszczamy prowincje Guayas i wjeżdżamy do Los Rios i przez kolejne kilkaset kilometrów oglądamy tylko i wyłącznie plantacje bananów. Wiesz jak strasznie śmierdzi na plantacji bananów? Jadąc autobusem, szczególnie wieczorem to robi wrażenie. Jest koło siódmej, słońce już prawie zaszło, za parę minut będzie całkiem ciemno. Na razie jednak horyzont ma  jeszcze przez chwilę kolor krwisto czerwony, wokół nic poza bananowcami a w powietrzu czuć taki słodkawy smród zgnilizny. To gniją codziennie tysiące dolarów.  Nie zebrane i  nie wysłane na czas do USA albo Europy. Strasznie nieznośny, wkurwiający i nieprzyjemny zapach, a najgorsze w nim jest to, że ciągnie się kilometrami, w nieskończonośc. Gdzieś tam jednak, na samym jego końcu, jak już spenetruje całe drogi oddechowe, da się wyczuć lekką nutkę owocową. Przez ułamek sekundy smród staje się przyjemny. Skupy kakao też śmierdzą w dziwaczny sposób, czuć je jakąś taką dziwną kwaśno-gorzką mieszaniną, zapach tego co później stanie się czekoladą jest bardzo zakamuflowany. Jak w wypadku bananów dominuje smród… Jednak człowiek może się do tego przyzwyczaić. Po dwóch godzinach wysiadam z autobusu. Śmierdzący, mokry i lepki od potu. Do tego też można przywyknąć. A prowincja Los Rios to najbrzydsze miejsce w całym Ekwadorze. Zwykly turysta zwabiony folderem turystycznym nie odwiedzi jej nigdy, chyba, że przemknie klimatyzowanym autokarem, w nocy, podróżując z Guayaquil do Quito. I będzie się zachwycał, że znalazł się w prawdziwej republice bananowej. Albo będzie spał i nie zobaczy zupełnie nic. Bo nic tu nie ma, i do tego tylko ciężko jest się przyzwyczaić.
  Jednak chyba można przywyknąć do życia w tym zaścianku piekła. Pamiętam jak na początku szokował mnie widok na wpół żywych-na wpół martwych psów snujących się po ulicach, pokaleczonych, zawszonych, wyliniałych i wygłodzonych, bezpańskich kundli wyżerająych śmieci albo zagryzających siebie na wzajem. Pamiętam jak mi było źle gdy kiedyś jednego takiego zdechłego psa musialem wyrzucić do śmieci, bo nie wiedziałem co innego z nim mogę zrobić. Nie bylo mi źle tylko z powodu straszliwego smrodu i robactwa, było mi źle bo wiedziałem, że nie tak powinienem był postąpić. Z czasem nauczyłem się, że tu się właśnie tak robi. To smutna nauka, ale prawdziwa. Duszna atmosfera tropikalnej dziczy, zgnilizny  i postępującego rozkładu, to jest jedno z oblicz tego miejsca, może najokrutniejsze, ale być może najprawdziwsze. Z każdym dniem uczę się obojętności na takie rzeczy, tak jak wtedy, gdy szedłem gdzieś przez miasto, nie wiem dokąd, nie pamiętam po co, pamiętam tylko jak w pewnym momencie zorientowałem się, że stoję w kałuży krwi. Zrobiłem krok, coś zachrzęściło pod stopą. Spojrzałem w dół, wokół nóg leżały ludzkie zęby, obklejone juchą. Zrobiłem kolejny krok, uważając tym razem by na nic i w nic nie wdepnąć. Poszedłem dalej. Nie robią już na mnie wrażenia ordynarnie poćwiartowane ochłapy mięsa, sprzedawane na obskurnych, ulicznych straganach, przez znudzonych rzeźników. Nawet te cielęce głowy z martwymi oczami bez wyrazu i wywalonymi jęzorami, leżące na ulicach, pełne toczących je okrutnie czerwi, nawet na to już nie zwracam uwagi. Ten nieprzyjemny słodkawy zapach zastygłej krwi, też już nie odrzuca. Nadal u nich nie kupuję, wolę produkty ze sklepu z koszulami i majtkami na Las Palmeiras. Mają tam najlepsze mięso w mieście. Dziś kupiłem chuletas de chancho, jutro mają mieć rybę. Koszule mają drogie. I brzydkie.
Przywykłem do lokalnej muzyki, pewno będzie mi brakowało tych smętnych i żewnych sals i bachat, które słychać zewsząd niemal 24 godziny na dobę. Będzie mi też brakowało faceta, który codziennie w nocy jeździ na rowerze w kominiarce z maczetą, do dziś nie wiem czym się ów gość zajmuje, chyba wolę nie wiedzieć, z początku sie go bałem, dziś mówimy sobie Buenas noches! Polubiłem też dziwnych 12 letnich otyłych bliźniaków, niezmiennie w tych samych białych, poplamionych koszulkach na ramiączkach, u których zawsze kupuję piwo, którzy byli tak bardzo rozemocjonowani gdy dowiedzieli sie, że w Polsce mówi się po polsku… Dziwek z pod sklepu bliźniaków też będzie mi brakowało, kiedyś wołaly za mną pogardliwie Oye gringo! a teraz witamy się niemal czule. Hola papi! krzyczą za mną gdy przebiegam o północy szosę Quito-Guayaquil, próbując nie dać się przejechać przez pędzący autobus albo tira, pobrzękując pustymi butelkami po piwie. Como te va, guapas? Odkrzykuję i macham ręką, wracając z siatką pełną alkoholu.
To jest tropikalna zgnilizna. Na swój sposób polubiłem ją. Zafascynowała mnie. Jest wciągająca. Chcę więcej. 
Więcej!