sobota, 23 kwietnia 2011

I'm going to the country of thieves and ghosts...

  Jadąc do Ekwadoru liczyłem się z tym, że mnie okradną albo napadną. Jestem biały, więc jestem gringo. Każdy gringo jest nadziany. Każdy gringo jest głupi. Przyznaję, jestem łatwym celem. Z pewnością rzucam się w oczy.
Mama ostrzegała. Nie bierz tych tiszertów z pistoletami i tych z czaszkami. Tak na wszelki wypadek, żeby nie kusić losu. Niech ci będzie, nie wziąłem. Nie daj się okraść. Powtarzał tata. Znajomi mówili Nie daj się zabić. Kupiłem nóż sprężynowy, do obrony, ale zapomniałem go zabrać. Nie jedź, będę się martwiła. Mówiła któraś tam (może to była babcia?), a ja tylko zawadiacko odpowiedziałem cytatem Słońce, jadę do krainy złodziei i duchów. Czy to nie cudowne? Wręcz wspaniałe kurwa. Zamień tylko duchy na dziwki.
Szło mi całkiem dobrze, może i pare razy zrobili mnie w konia jak kupowałem szlugi czy puro sklepie, może nacieli mnie na kase przy wydawaniu reszty w jakiejś knajpie. Poza tym radziłem sobie całkiem nieźle. Zwiedzałem różne podłe zakamarki, w dzień i w nocy. Byłem na Sur Oscura,owianej złą sławą trybunie chuliganów Barcelony z Guayaquil podczas derbowego spotkania z Emeleciem.  Chodziłem po obskurnych barach, gadałem z alfonsami, poznawałem handlarzy kokainy. I jak każdy durny gringo robiłem zdjęcia. Dużo zdjęć. W Quito próbowali mnie okraść 3 krotnie, za każdym razem w coraz bardziej wyrafinowany sposób. Nie dałem się, byłem czujny. Byłem cwańszy, no bo w końcu Nie masz cwaniaka nad warszawiaka. Urodziłem się na Grochowie, mnie okraść się nie da. Tak sobie myślałem. I dalej, hulaj dusza, pstrykałem mase głupich zdjęć, jedno gorsze od drugiego, wierząc, że jestem nietykalny.
Jednak to było jak wyrok, jak orzeczenie lekarskie o śmiertelnej chorobie. Wisiało nademną tak jak krzyż południa wisi nad tym zdziczałym krajem. Musiało dojść do zbrodni na mojej osobie.

To było tak.

 Nóż przystawiony do gardła w małej uliczce w Guasmo, slumsie Guayakill. Trafiłem tam przez brawurę, własną głupotę, zupełnie bez celu. Jebana ułańska fantazja.  Ich było dwóch albo trzech. Nie pamiętam. Pamiętam tylko bardzo szybko i mocno bijące serce i ciężkie krople potu spływające po twarzy. Koniuszek noża wbijający się boleśnie w skórę.  Miękkie nogi uginały się pode mną. Ze stresu chciało mi się rzygać. Kropla potu spłynęła z karku po plecach aż do tyłka. Krótka szarpanina. Zabrali wszystko co miałem. Gdy poszli, wycieńczony nerwami upadłem na ziemię. Zwymiotowałem. Dobrze, że zostawili chociaż tiszert Jaya Reatarda (To jedyny tiszert z czaszką jaki zabrałem. Mama miała rację…).

Albo nie, to było inaczej.

Południowe Quito, La Mariscal. Piątkowy wieczór, na plaza Foch tłumy bawiących się turystów. Szukając undergroundowych rozrywek zawędrowałem w sam środek nielegalnej tranzakcji, liczyłem, że będąc gringo, mogę zrobić zdjęcie. Przeliczyłem się. Nie zdązyłem się wycofać. Ktoś mnie chwycił za ramię, wcisnął w ciemny obszczany kąt. Bełkotałem coś w spanglish, bez skutku. Ciężka lufa przystawiona do czoła, albo nie, tak po chamsku bardziej, ordynarnie, wciśnięta boleśnie między żebra, tak, że samo to sprawiało już dostateczny ból. Znów to łomoczące serce i pot. Odgłos odbezpieczanej broni sprawił, że się zeszczałem ze strachu. Nigdy niezapomnę tych przekrwionych, wytrzeszczonych, naćpanych oczu i przerażającego uśmiechu człowieka który wydeklamował Estás muerto! Gdy się ocknąłem leżałem doszczętnie okradziony w kałuży składającej się z mieszaniny wymiocin, moczu i krwi. Widocznie jeszcze mnie pobili gdy straciłem przytomność. Szkoda, że nie miałem tego sprężynowca!

No dobra, to było tak.
Jechałem autobusem do Guayaquil. Pokonywałem tą trasę już wiele razy, znam ją na pamięć. Jak zawsze siedziałem przy oknie. W autobusach jest bardzo gorąco, więc lubie otworzyć szeroko okno i poczuć na sobie pęd powietrza, ten wiatr we włosach, wywołujący od zawsze w człowieku te szalone myśli o wolności. Jadąc przez Babahoyo, którego brzydota jest ciężka do opisania (sądzę, że jest to najbrzydsze miasto na świecie. I najpodlejsze za razem!), postanowiłem je sfilmować aparatem z perspektywy pasażera autobusu. Jakaś pani siedząca obok mnie szturchnęła mnie i mówi, żebym uważał, bo to niebezpieczne, że mogą mi go ukraść. Wzruszyłem ramionami udając, że jej nie rozumiem i kontynuowałem swój projekt. Mijalismy kolejne gnijące budynki, kolejne osiedla z zardzewiałej blachy falistej, przed obiektywem przebiegały kolejne wyliniałe i śmiertelnie wychudzone pół-dzikie psy. Ja niezmordowanie trzymałem aparat za oknem, robiąc swój autorski film drogi o wędrówce przez gówniane piekło na ziemi. Co chwile wsiadali kolejni handlarze napojami, jakimś smażonym, niezdrowym jedzeniem. Podobno któryś z nich wsiadał i wysiadał kilkakrotnie. Siedząc za mną obserwował mnie. Wyjeżdżając z Babah(u)oyo autobus stanął na światłach. Nagle poczułem szarpnięcie za aparat. Autobus ruszył. Wyjrzałem zszokowany za okno. Nikogo wokół nie było. Na przegubie dłoni dyndał mi tylko szary sznureczek od aparatu. Musiałem mieć wyraz twarzy jak prawdziwy idiota, którym chyba okazałem się być. Kurwa mać! Zakląłem na cały autobus. Nikt nie zareagował. Zagłuszała mnie salsa lecąca z głośników. Agua fria! Colita! Krzyczeli kolejni wsiadający handlarze. Kolejny głupi gringo dostał nauczkę. Nawet nie czułem złości, raczej wstyd. I żal, że chociaż nie spojrzał mi w oczy, nie postraszył nożem, nie pomachał pistoletem, żebym mógł potem opowiadać niestworzone historie przy piwie. A tak, nie ma się czym chwalić. Nie zrobię już więcej zdjęć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz