Chciałbym opisać wycieczkę do Cajas, parku narodowego niedaleko Cuenci, ale zupełnie nie potrafię. Tak samo jak nie potrafiłem pokonać najprostszego szlaku tam, wokół Laguna Toreadora. Na moje usprawiedliwienie działa jedynie fakt, że trafiłem na fatalne warunki pogodowe, ale i tak nie jestem z siebie dumny. Pokonała mnie surowa moc, niewiem czy ta o której myślał Iggy Pop, ale miał rację śpiewając Raw power can destroy a man.
Zniszczyła mnie pogoda, przemokłem doszczętnie, zmarzłem i nawet odmroziłem sobie wskazujący palec u prawej dłoni, co niezdarzyło mi się nawet podczas najcięższej zimy w Polsce.
Zniszczyła mnie wysokość, przeszło 4 tysiące metrów nad poziomem morza, ja wiem, że można wyżej, ale dla moich płóc to wystarczająco. Po godzinie marszu ledwo mogłem oddychać, kręciło mi się w głowie, chciało żygać i czułem się jakbym miał za chwilę zemdleć. Gdy parę razy w gęstwinie mgły gubiłem szlak i bałem się, że się zagubię, próbowałem sobie przypomnieć co w takich momentach zwykł robić Bear Grylls. Na darmeno. W głowie miałem pustkę, mój umysł skupiał się na najważniejszych czynnościach życiowych, nie pozwalając na takie marnotrastwo energii jak myślenie.
Wreszcie zostałem totalnie, zniszczony przez brutalne, pierwotne piękno tego miejsca. Miejsca gdzie człowiek może poczuć swoją marność i nicość. Miejsca gdzie samotność jest fizycznie, boleśnie namacalna. Z każdym krokiem czułem się coraz mniejszy, z każdym krokiem czułem jak otaczający mnie świat zdobywa nademną coraz większą przewagę, gotów mnie zniszczyć przez nokaut już w pierwszej rundzie.
Nie potrafię opisać piękna Cajas, tych mrocznych jezior, wrogich, pogrążonych we mgle szczytów w kolorze zgniłej zieleni, pasących się lam. Nigdy nie byłem jeszcze w tak niegościnnym miejscu. W tak poruszająco pięknym miejscu zarazem. Z wysiłku i ze wzruszenia odebrało mi mowę wtedy, teraz też chcąc to opisać nie jestem w stanie. Znów czuję swoją marność względem potęgi surowej siły Cajas. Mój język jest zbyt ubogi.
Mate, all you can find here is just pneumonia powiedział spotkany gdzieś po drodze szkot. Ja poza przeziębieniem, znalazlem gdzieś nad jakimś strumyczkiem podkowę. Niewidziałem tam koni, być może więc zgubił ją tam jakiś Andyjski demon, bo to miejsce zdecydowanie wygląda jak przedsionek piekła, bezludne, posępne, mroczne. Jak sceneria z baśni Braci Grimm albo black metalowego teledysku Burzum lub Darkthrone. Schowałem podkowę do kieszeni, bez względu na jej pochodzenie, to na szczęście przecież, a tego przecież wszyscy szukamy.
Raw power can destroy a man. Nie jestem pewny czy udało mi się pokonać chociaż połowę trasy. W którymś momencie wycieńczony padłem na kolana prosto w błoto i zacząłem łapczywie łapać powietrze. Coraz bardziej padało, widoczność była prawie zerowa, temperatura jakieś 10 stopni celcjusza. Niemoglem oddychać, odmroziłem sobie palec i czubek nosa. Wiedziałem, że dalej nie pójdę. Zostałem doszczętnie pokonany. Musiałem zawrócić. Nokaut. K.O.
Wracając autobusem do Cuenci byłem jednak najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Totalnie zauroczyło mnie to brutalne piękno. Cajas jest niczym piękna, ale niedostępna dziewczyna. Dająca sygnały, ale trzymająca na dystans, zwodząca. Chociaż to logice wbrew, lubię takie komplikacje.
Jednak nie, to nie zauroczenie, to miłość od pierwszego wejrzenia. Zakochałem się. Teraz obserwowałem te szczyty bezpieczny, z za szyby, z ciepłego autobusu. Słuchalem The Chills, kawałka Pink Frost (jakbym chciał zrobić soundtrack dla tego miejsca to była by to druga, po Burzum pozycja) i po policzkach zaczęły mi ciec łzy wzruszenia. Po 30 minutach byliśmy z powrotem na terminalu autobusowym. Na pamiątkę mam tylko tę diabelską podkowę, odmrożony palec i mgliste wspomnienia. Raw power I can feel it. Bardzo chciałbym móc to wszystko opisać, ale naprawdę nie potrafię. Nie jestem w stanie.