poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Iggy Pop, Burzum & The Chills

Chciałbym opisać wycieczkę do Cajas, parku narodowego niedaleko Cuenci, ale zupełnie nie potrafię. Tak samo jak nie potrafiłem pokonać najprostszego szlaku tam, wokół Laguna Toreadora. Na moje usprawiedliwienie działa jedynie fakt, że trafiłem na fatalne warunki pogodowe, ale i tak nie jestem z siebie dumny. Pokonała mnie surowa moc, niewiem czy ta o której myślał Iggy Pop, ale miał rację śpiewając Raw power can destroy a man.
 Zniszczyła mnie pogoda, przemokłem doszczętnie, zmarzłem i nawet odmroziłem sobie wskazujący palec u prawej dłoni, co niezdarzyło mi się nawet podczas najcięższej zimy w Polsce.
Zniszczyła mnie wysokość, przeszło 4 tysiące metrów nad poziomem morza, ja wiem, że można wyżej, ale dla moich płóc to wystarczająco. Po godzinie marszu ledwo mogłem oddychać, kręciło mi się w głowie, chciało żygać i czułem się jakbym miał za chwilę zemdleć. Gdy parę razy w gęstwinie mgły gubiłem szlak i bałem się, że się zagubię, próbowałem sobie przypomnieć co w takich momentach zwykł robić Bear Grylls. Na darmeno. W głowie miałem pustkę, mój umysł skupiał się na najważniejszych czynnościach życiowych, nie pozwalając na takie marnotrastwo energii jak myślenie.
Wreszcie zostałem totalnie, zniszczony przez brutalne, pierwotne piękno tego miejsca. Miejsca gdzie człowiek może poczuć swoją marność i nicość. Miejsca gdzie samotność jest fizycznie, boleśnie namacalna. Z każdym krokiem czułem się coraz mniejszy, z każdym krokiem czułem jak otaczający mnie świat zdobywa nademną coraz większą przewagę, gotów mnie zniszczyć przez nokaut już w pierwszej rundzie.
Nie potrafię opisać piękna Cajas, tych mrocznych jezior, wrogich, pogrążonych we mgle szczytów w kolorze zgniłej zieleni, pasących się lam. Nigdy nie byłem jeszcze w tak niegościnnym miejscu. W tak poruszająco pięknym miejscu zarazem. Z wysiłku i ze wzruszenia odebrało mi mowę wtedy, teraz też chcąc to opisać nie jestem w stanie. Znów czuję swoją marność względem potęgi surowej siły Cajas. Mój język jest zbyt ubogi.
Mate, all you can find here is just pneumonia powiedział spotkany gdzieś po drodze szkot. Ja poza przeziębieniem, znalazlem gdzieś nad jakimś strumyczkiem podkowę. Niewidziałem tam koni, być może więc zgubił ją tam jakiś Andyjski demon, bo to miejsce zdecydowanie wygląda jak przedsionek piekła, bezludne, posępne, mroczne. Jak sceneria z baśni Braci Grimm albo black metalowego teledysku Burzum lub Darkthrone. Schowałem podkowę do kieszeni, bez względu na jej pochodzenie, to na szczęście przecież, a tego przecież wszyscy szukamy.
Raw power can destroy a man. Nie jestem pewny czy udało mi się pokonać chociaż połowę trasy. W którymś momencie wycieńczony padłem na kolana prosto w błoto i zacząłem łapczywie łapać powietrze. Coraz bardziej padało, widoczność była prawie zerowa, temperatura jakieś 10 stopni celcjusza. Niemoglem oddychać, odmroziłem sobie palec i czubek nosa.  Wiedziałem, że dalej nie pójdę. Zostałem doszczętnie pokonany. Musiałem zawrócić. Nokaut. K.O.
Wracając autobusem do Cuenci byłem jednak najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Totalnie zauroczyło mnie to brutalne piękno. Cajas jest niczym piękna, ale niedostępna dziewczyna. Dająca sygnały, ale trzymająca na dystans, zwodząca. Chociaż to logice wbrew, lubię takie komplikacje.
Jednak nie, to nie zauroczenie, to miłość od pierwszego wejrzenia. Zakochałem się. Teraz obserwowałem te szczyty bezpieczny, z za szyby, z ciepłego autobusu. Słuchalem The Chills, kawałka Pink Frost (jakbym chciał zrobić soundtrack dla tego miejsca to była by to druga, po Burzum pozycja)  i po policzkach zaczęły mi ciec łzy wzruszenia. Po 30 minutach byliśmy z powrotem na terminalu autobusowym. Na pamiątkę mam tylko tę diabelską podkowę, odmrożony palec i mgliste wspomnienia. Raw power I can feel it. Bardzo chciałbym móc to wszystko opisać, ale naprawdę nie potrafię. Nie jestem w stanie.

sobota, 23 kwietnia 2011

I'm going to the country of thieves and ghosts...

  Jadąc do Ekwadoru liczyłem się z tym, że mnie okradną albo napadną. Jestem biały, więc jestem gringo. Każdy gringo jest nadziany. Każdy gringo jest głupi. Przyznaję, jestem łatwym celem. Z pewnością rzucam się w oczy.
Mama ostrzegała. Nie bierz tych tiszertów z pistoletami i tych z czaszkami. Tak na wszelki wypadek, żeby nie kusić losu. Niech ci będzie, nie wziąłem. Nie daj się okraść. Powtarzał tata. Znajomi mówili Nie daj się zabić. Kupiłem nóż sprężynowy, do obrony, ale zapomniałem go zabrać. Nie jedź, będę się martwiła. Mówiła któraś tam (może to była babcia?), a ja tylko zawadiacko odpowiedziałem cytatem Słońce, jadę do krainy złodziei i duchów. Czy to nie cudowne? Wręcz wspaniałe kurwa. Zamień tylko duchy na dziwki.
Szło mi całkiem dobrze, może i pare razy zrobili mnie w konia jak kupowałem szlugi czy puro sklepie, może nacieli mnie na kase przy wydawaniu reszty w jakiejś knajpie. Poza tym radziłem sobie całkiem nieźle. Zwiedzałem różne podłe zakamarki, w dzień i w nocy. Byłem na Sur Oscura,owianej złą sławą trybunie chuliganów Barcelony z Guayaquil podczas derbowego spotkania z Emeleciem.  Chodziłem po obskurnych barach, gadałem z alfonsami, poznawałem handlarzy kokainy. I jak każdy durny gringo robiłem zdjęcia. Dużo zdjęć. W Quito próbowali mnie okraść 3 krotnie, za każdym razem w coraz bardziej wyrafinowany sposób. Nie dałem się, byłem czujny. Byłem cwańszy, no bo w końcu Nie masz cwaniaka nad warszawiaka. Urodziłem się na Grochowie, mnie okraść się nie da. Tak sobie myślałem. I dalej, hulaj dusza, pstrykałem mase głupich zdjęć, jedno gorsze od drugiego, wierząc, że jestem nietykalny.
Jednak to było jak wyrok, jak orzeczenie lekarskie o śmiertelnej chorobie. Wisiało nademną tak jak krzyż południa wisi nad tym zdziczałym krajem. Musiało dojść do zbrodni na mojej osobie.

To było tak.

 Nóż przystawiony do gardła w małej uliczce w Guasmo, slumsie Guayakill. Trafiłem tam przez brawurę, własną głupotę, zupełnie bez celu. Jebana ułańska fantazja.  Ich było dwóch albo trzech. Nie pamiętam. Pamiętam tylko bardzo szybko i mocno bijące serce i ciężkie krople potu spływające po twarzy. Koniuszek noża wbijający się boleśnie w skórę.  Miękkie nogi uginały się pode mną. Ze stresu chciało mi się rzygać. Kropla potu spłynęła z karku po plecach aż do tyłka. Krótka szarpanina. Zabrali wszystko co miałem. Gdy poszli, wycieńczony nerwami upadłem na ziemię. Zwymiotowałem. Dobrze, że zostawili chociaż tiszert Jaya Reatarda (To jedyny tiszert z czaszką jaki zabrałem. Mama miała rację…).

Albo nie, to było inaczej.

Południowe Quito, La Mariscal. Piątkowy wieczór, na plaza Foch tłumy bawiących się turystów. Szukając undergroundowych rozrywek zawędrowałem w sam środek nielegalnej tranzakcji, liczyłem, że będąc gringo, mogę zrobić zdjęcie. Przeliczyłem się. Nie zdązyłem się wycofać. Ktoś mnie chwycił za ramię, wcisnął w ciemny obszczany kąt. Bełkotałem coś w spanglish, bez skutku. Ciężka lufa przystawiona do czoła, albo nie, tak po chamsku bardziej, ordynarnie, wciśnięta boleśnie między żebra, tak, że samo to sprawiało już dostateczny ból. Znów to łomoczące serce i pot. Odgłos odbezpieczanej broni sprawił, że się zeszczałem ze strachu. Nigdy niezapomnę tych przekrwionych, wytrzeszczonych, naćpanych oczu i przerażającego uśmiechu człowieka który wydeklamował Estás muerto! Gdy się ocknąłem leżałem doszczętnie okradziony w kałuży składającej się z mieszaniny wymiocin, moczu i krwi. Widocznie jeszcze mnie pobili gdy straciłem przytomność. Szkoda, że nie miałem tego sprężynowca!

No dobra, to było tak.
Jechałem autobusem do Guayaquil. Pokonywałem tą trasę już wiele razy, znam ją na pamięć. Jak zawsze siedziałem przy oknie. W autobusach jest bardzo gorąco, więc lubie otworzyć szeroko okno i poczuć na sobie pęd powietrza, ten wiatr we włosach, wywołujący od zawsze w człowieku te szalone myśli o wolności. Jadąc przez Babahoyo, którego brzydota jest ciężka do opisania (sądzę, że jest to najbrzydsze miasto na świecie. I najpodlejsze za razem!), postanowiłem je sfilmować aparatem z perspektywy pasażera autobusu. Jakaś pani siedząca obok mnie szturchnęła mnie i mówi, żebym uważał, bo to niebezpieczne, że mogą mi go ukraść. Wzruszyłem ramionami udając, że jej nie rozumiem i kontynuowałem swój projekt. Mijalismy kolejne gnijące budynki, kolejne osiedla z zardzewiałej blachy falistej, przed obiektywem przebiegały kolejne wyliniałe i śmiertelnie wychudzone pół-dzikie psy. Ja niezmordowanie trzymałem aparat za oknem, robiąc swój autorski film drogi o wędrówce przez gówniane piekło na ziemi. Co chwile wsiadali kolejni handlarze napojami, jakimś smażonym, niezdrowym jedzeniem. Podobno któryś z nich wsiadał i wysiadał kilkakrotnie. Siedząc za mną obserwował mnie. Wyjeżdżając z Babah(u)oyo autobus stanął na światłach. Nagle poczułem szarpnięcie za aparat. Autobus ruszył. Wyjrzałem zszokowany za okno. Nikogo wokół nie było. Na przegubie dłoni dyndał mi tylko szary sznureczek od aparatu. Musiałem mieć wyraz twarzy jak prawdziwy idiota, którym chyba okazałem się być. Kurwa mać! Zakląłem na cały autobus. Nikt nie zareagował. Zagłuszała mnie salsa lecąca z głośników. Agua fria! Colita! Krzyczeli kolejni wsiadający handlarze. Kolejny głupi gringo dostał nauczkę. Nawet nie czułem złości, raczej wstyd. I żal, że chociaż nie spojrzał mi w oczy, nie postraszył nożem, nie pomachał pistoletem, żebym mógł potem opowiadać niestworzone historie przy piwie. A tak, nie ma się czym chwalić. Nie zrobię już więcej zdjęć.

środa, 20 kwietnia 2011

Ma pan problem.

Kupowałem piwa w sklepie. Stałem już przy kasie, gdy zaczepiła mnie jakaś kobieta.
-Usted tiene un problema.
-Que? Słucham? Spytałem troche zaskoczony.
-Dużo pan pije, ma pan problem z alkoholem. Odpowiedziała cichym, ale pewnym siebie głosem.
-Que? Spytałem jeszcze bardziej zaskoczony. Nie byłem pewny czy dobrze zrozumiałem.
-Mówię, że dużo pan pije alkoholu. Widzę codziennie jak pan kupuje alkohol.  Znów ten sam cichy,  dosyć wredny głos. Czułem jej ciepły, nieprzyjemny i niezbyt świeży oddech. Widziałem ją po raz pierwszy w życiu.
-To tylko piwo... powiedziałem,  sam niewiem czy speszony czy bardziej zdziwiony nieoczekiwaną konwersacją.
Zdecydowanie, ale nadal nie podnosząc głosu odrzekła bez namysłu
-Piwo to też alkohol, Pan Bóg potępia alkohol y borrachos.
-No soy borracho! Na sen, potrzebuje przed snem się napić. Tłumaczyłem się jak dzieciak kupujący pornosa w kiosku.
Pokręciła z dezaprobatą głową
-To choroba, będę się za pana modlić. Ripostowała niestrudzenie niczym hiszpański konkwistador nawracający niewiernych, który kilka wieków temu zgwałcił jej pra, pra, pra, pra babkęi tym samym dał początek tej bękarciej dynastii. W jej głosie słychać było swego rodzaju wyższość i pogardę.
-No te preocupes, to nie pani sprawa.  Odpowiedziałem zirytowany.
-Słucham?
-To nie pani sprawa! Krzyknąłem.
-Eh głupi gringo...Kompletne zepsucie. Będę się za pana modliła, a pan niech się zastanowi nad tym co robi. Może przyjdzie pan w niedzielę na msze świętą do kościoła, do nas do Świątyni Mormona...
Nie musiałem się dlugo zastanawiać. Powiedziałem do znudzonego chłopaka za kasą.
Sabes que, no tres, cinco cervezas por favor. Y marlboro blanco. Grande. 
Zapłaciłem, piwa schowałem do siatki i wyszedłem.
-Chico malo, chico malo... gadała sama do siebie gdy się oddalałem.
Odwróciłem się i krzyknąłem na pożegnanie
-Chao!
Westchnęła ciężko i z wyrazem dezaprobaty po raz pierwszy podniosła głos.
-¡Dios mío!  Wykrzyknęła. ¡Dios mío! ¡Dios mío! Que gringo malo… Brak wstydu…
Pomachałem jej z uśmiechem i zapaliłem papierosa.
Kocham obłudnych prawych i sprawiedliwych obywateli, którzy wierzą, że bóg ich posłał z misją by zbawili grzeszną ludzkość. Są wszędzie, na całym świecie, bez względu na szerokość geograficzną czy strefę klimatyczną. Czuję się jak w domu. Najpiękniejsze jest jednak to, że z każdym dniem robię się coraz bardziej obojętny, zdystansowany a może po prostu cyniczny wobec otaczającej mnie rzeczywistości. W coraz mniej rzeczy wierzę i coraz mniej rzeczy mnie wkurwia. Stresuję się czasami, wkurzam, owszem, ale może to przez te upały, może wypociłem to z siebie, ale pozbyłem się tego zła nagromadzonego w trzewiach, sercu czu głowie. Niech sie inni tłuką. Mogą się pozabijać. Ja wam tylko pomacham na pożegnanie. Nie mam kurwa ochoty się z niczego tłumaczyć. Chcę tylko w spokoju wypić swoje piwa. 

ciekawostka krajoznawcza 1

Dla zainteresowanych: gram czystej kolumbijskiej kokainy kosztuje około 10$
Dla bardziej zainteresowanych: nie, nie przywiozę wam nawet pół grama. To są ładne kraje, ale nie widzi mi się spędzać w nich więcej czasu niż zakładałem.
Dla tych naprawdę zainteresowanych: jakoś się dogadamy.

wtorek, 19 kwietnia 2011

Santa Ana de los cuatro ríos de Cuenca

Chcieć napisać coś ciekawego o Cuence, to tak jakby chcieć napisać coś ciekawego o Wiedniu. Może być ciężko. A naprawdę dużo spacerowałem po Cuence, to bardzo ładne miasto. Bardzo europejskie, jedyne europejsko wyglądające miasto w Ekwadorze. Kolonialna architektura, w miarę zadbane budynki, normalny układ ulic, skrzyżowania z sygnalizacją świetlną, brak tego typowego dla reszty kraju chaosu. Ludzie jakby ładniejsi. Porządne knajpy serwujące normalne jedzenie, nie tylko ryż z menestrą, normalne bary w których jest szansa dostać gin z prawdziwym tonikiem. Miałem dużo czasu na te spacery, śmiało mogę zatem stwierdzić, że jest to najładniejsze miasto w tym nie posiadającym ładnych miast kraju. I to nie jest tak, że nie doceniam piękna przyrody, owszem kurwa, doceniam, jaram się wodospadami, górami czy dżunglą. Po prostu urodziłem się, a jak bóg da to i umre w dużym mieście, podobno  brzydkim. Natura, jak bardzo by się nie starała, niestety dla mnie zawsze będzie na drugim miejscu, za zurbanizowanym obszarem miejskim. Chodziłem po tych kolonialnych, pięknych uliczkach Cuenci, zwiedzałem te kościoły wszystkie, sklepy z kapeluszami z paja toquilla, które bardzo chciałem kupić, ale w końcu nie zdecydowałem się na wydatek 50$ na słomkowe nakrycie głowy. Obejrzałem paradę szkolnych orkiestr, która to była najsmutniejszym widowiskiem jakie w życiu dane mi było oglądać. Spocona młodzież licealna w mudnrukach maszerująca nierówno zatłoczonymi uliczkami do dźwięku werbli i bębnów z porwanymi membranami. Zamiast więc uderzać w naciąg znudzeni młodzieńcy uderzali w obudowy swych instrumentów. Efekt był zaprawdę żałosny. Upajałem się ślicznymi widokami starówki chodząc wzdłuż rzeki. Pod wieczór pojechałem nawet na punkt widokowy El Turi skąd rozciąga się piękna panorama miasta... Aż po kilku godzinach, gdy zorientowałem się, że krążę w kółko po tych samych ślicznych uliczkach, że mijam te same kościoły, kamienice... Zacząłem się upijać piwami w lokalnych knajpach. Cuenca jest naprawdę bardzo ładnym miastem, jak Wiedeń, z naprawdę bardzo miłymi mieszkańcami, być może jak w Wiedniu i naprawdę chętnie tu kiedyś wrócę, w Wiedniu nigdy nie byłem. Ma tylko jedną poważną wadę. Jest nudna, jak Wiedeń. To nawet nie jest zarzut, w porównianiu z resztą Ekwadoru, gdzie jest aż nadto naprawdę niskiego lotu rozrywek, można to uznać za swego rodzaju zaletę (w kwesti Wiednia wszystko uznaję za wadę, poza wiener kurwa schnitzlem). Jednak po niedługiej chwili nie pozostaje nic innego jak tylko się upić, zapomnieć i zasnąć. Spora ilość knajp pozwala kontynuować podobno dobre dla zdrowia spacery i przemieszczać się z jednego lokalu z wyszynkiem do kolejnego, i tak przez kilka kolejnych godzin. Cafe Austria (mówiłem, Wiedeń...) gdzie pracuje śliczna indiańska barmanka z różą wpiętą we włosy, wiecznie puste ale podobno kultowe Cafe Eucalyptus czy tandetne w wystroju ale z tanim piwem Monday Blue. Potem można pójść na imprezę do jednej ze znanych lokalnie salsotek, które sprawiają wrażenie trochę bardziej cywilizowanych niż w Quito czy na wybrzeżu. Ja wypiłem za dużo. Odpadłem. Złapałem taksówkę. Wracając do hoteliku kupiłem jeszcze flaszkę cañi. Zasnąłem oglądając The Simpsons z hiszpańskim dubbingiem. Bart mówiący Hola jest fatalny. Auf Wiedersehen.

niedziela, 3 kwietnia 2011

boskie miłosierdzie

Czegokolwiek nie zaczął bym pisać, wsystko kojarzy mi się z pijaństwem, czegokolwiek bym nie zaplanował, wszystko kończy się na pijaństwie. Przestałem więc planować cokolwiek. Tu nic się nie dzieje. Po prostu piję co wieczór samotnie butelczyne wódki z trzciny cukrowej za 2 dolary. Mówią na to tutaj, w Ekwadorze caña albo puro. Mieszam ją z limonkami i cukrem. To zdaje się, w Brazylii nazywa się caipirinha. I tak wypierdalam przed snem kilka szlanek żeby móc zasnać w swoim 3 osobowym pokoju bez wiatraka bo murzyn mi zajebał. Murzyn jest ksiądzem. Nie używa go ale zabrał bo jest jego. Oto miłosierdzie. Więc piję by móc zasnąć. Na trzeźwo nie idzie zasnąć w tym upale. Po pijaku śpisz w kałuży potu, ale śpisz. Z dwojga złego to chyba lepsze niż bezsenność. Spanie w towarzystwie obcych osób też mnie przeraża, do tego alkohol też się przydaje, ażeby przełamać tę słabość, zwalczyć ją w sobie. Stanąć oko w oko z problemem i śpiącymi współlokatorami. Niech giną demony fobii wszelakich!
Nie piję po to żeby zapomnieć, bo wręcz przeciwnie, wszystko to co chciałbym odegnać po alkoholu wraca jeszcze natarczywiej. Chociaż i tak niewiele już pamiętam. Chyba więcej sobie sam wymyślam. Być może piję żeby poczuć trochę bajkowości, bo otaczająca mnie tropikalna rzeczywistość jest dosyć odrażająca i warto ją chyba podkoloryzować. Jedni w tym celu czytają Paolo Coelho, ja wlewam w siebie truciznę doprawioną cukrem trzcinowym i limonką. Z dwojga złego to chyba lepsze niż głupota.
Caña de Manabita penetruje zakamarki mojego umysłu, duszy i ciała. Przyjemnie ogłupia. Wyciska ze mnie siódme poty, jestem mokry przy każdym, najmniejszym nawet ruchu. Paruje ze mnie każdym porem ciała. Jednak, to niewielka cena za przespanie nocy znojnej. Gorącej. Długiej. Nudnej. To naprawdę symboliczna cena za pomoc w przeżyciu samotności w 3 osobowym pokoju.
Alkohol cudownie poprawia jakość życia  i potrafi magicznie skracać jego długość, co czasami może okazać się pozytywem. To wszystko za jedyne 2 amerykańskie, zielone dolary. Na wymiętych banknotach niezmiennie stoi motto In God we trust. Ja mu ufam, tylko mam inne zainteresowania. Ale serdecznie dziękuję za gorzałe. Thank you! Gracias! Ta butelczyna jest niczym mizerykordia.