Siedzieliśmy na balkonie. Było ciepłe majowe popołudnie. Pora deszczowa się już skończyła, pora sucha jeszcze nie zaczęła. Było przyjemnie. Pochmurno, ale nareszcie nie wilgotno. I nie było tego przeklętego słońca. Piliśmy rum. Ja czysty, ty z limonką i colą. Nie lubisz czuć smaku alkoholu, ale lubisz jego działanie.
Piętro niżej na ulicy biegały kury, dzieci jeździły na zdezelowanych rowerach, kobiety w triciclo wracały z targu z kiścmi platanos. Odgłosy przejeżdzających pojazdów uwolniły nas od krępującego milczenia.
-Stałeś się cyniczny. W końcu wypaliłaś.
Wziąłem szklankę. Upiłem duży łyk. Nie odstawiając jej spojrzałem na ciebie.
-To co nabyłem w Ekwadorze to odporność na te wszytskie głupoty. Cudowny dystans do świata.
Chwyciłaś mnie za kolano i spytałaś z tym głupim niewinnym, dziecięcym wyrazem twarzy.
-Ty mnie wogóle słuchasz?
-Jestem jak mistrz zen. Kontynuowałem niewzruszony. Dryfujacy po bezwietrznym oceanie na tonącej szalupie…
-Ja zauważyłam, że stałeś się cyniczny. Martwi mnie to…
-Wiem, że zmierzam ku zagładzie, ale dobrze mi z tym. I nic więcej nie zaprząta mi głowy. Osiągnąłem wewnętrzny spokój
-Słuchasz co do ciebie mówię? Spytałaś lekko zdenerwowana.
-Spokój...
-Hej, słyszysz co mówię?
-Tak, oczywiście. Skłamałem. Słyszałem, że do mnie mówiłaś, ale cię nie słuchałem.
-Hej, słyszysz co mówię?
-Tak, oczywiście. Skłamałem. Słyszałem, że do mnie mówiłaś, ale cię nie słuchałem.
Wziąłem kolejny łyk. Ktoś przystanął, wysikał się pod murkiem na przeciwko balkonu. Zawsze tam sikają, murek poczerniał w tym miejscu.
-A inni?
-Co z nimi?
-Już cię nie obchodzą?
-Aha…nie, nie za bardzo. To znaczy… nie, chyba nie. Już nie.
-To smutne. Westchnęłaś.
-Nie bardzo. Dopiłem rum i nalałem kolejną szklankę. Ty jeszcze sączyłaś swojego słodkiego drinka. Zawsze piłaś wolno, ja tak nie potrafię. Dlatego piję za dużo. Znów chwilę milczeliśmy. Latały takie te wielkie owady, które do dziś niewiem jak się nazywaja. Te których pełno na plantacjach bananów albo na straganach z ananasami koło kościoła w centrum. Wyglądają na niebezpieczne.
-A coś wogóle jeszcze czujesz, czy już zupełnie nic?
-Napijmy się w spokoju. Dobrze? Ten spokój jest bezcenny.
-Ale cujesz coś czy już nie? Nie dawałaś za wygraną. Chcę wiedzieć jaka jest cena tego spokoju.
Chwilę milczałem. Upijałem rum ze szklanki. Ty uporczywie wpatrywałaś się we mnie.
-Alkoholu, czasami brakuje mi alkoholu… Wtedy czuję aż za dużo.
-Czyli ceną sa spokój jest alkoholizm? Jesteś alkoholikiem?
-Biorę to pod uwagę.
W międzyczasie ściemniło się. Na równiku szybko robi się ciemno. Zapaliły sie latarnie. Gdyby nie ta rozmowa zanosiło by się na całkiem miły wieczór.
-To smutne.
-Co takiego znowu jest smutne? Spytałem lekko zirytowany tym przesłuchaniem i wziąłem kolejny łyk.
-No twój alkoholizm, twój cynizm. Ale jeśli ci tak lepiej, to się cieszę. Trudno…
- Smutno by było jakbym był nikim… Ale kurwa, co to za gadanie wogóle, po prostu lubie się napić. Nie jestem żadnym alkoholikiem. Starałem się mówić opanowanym, spokojnym głosem, chociaż coraz bardziej zaczynałem się denerwować.
-Ciągle pijesz...
-Bo zadajesz te pytania. Co mam robić.
-Stałeś się cynicznym mistrzem pijackiego zen.
-Tak, i teraz mistrz potrzebuje napić się piwa.
-Masz rum, po co ci piwo. Pokręciłaś z dezaprobatą głową.
-Piwo mnie usypia i uspokaja. I lepiej mi się myśli po piwie albo dwóch.
-Podobno jesteś spokojny. Po co ci więcej alkoholu?
Nie odpowiedziałem.
Wziąłem kolejny łyk. Dolałem do pełna. Wypiłem wszystko na raz.
-Dobrze mi z tym.
-Ale...
-Żadne ale! Nie dałem ci dokończyć. Wstawaj, idziemy po papierosy i piwo. Jest taka ładna pogoda. Będzie się lepiej myślało jak się jeszcze napijemy. No chodźmy!
Wstałem z plastikowego krzesełka i wyszedłem. Zostałaś sama ze swoim niedopitym cuba libre. Po balustradzie biegła przestraszona jaszczurka, taka z tych małych, trupio bladych, których najbardziej się brzydzisz. Jasny księżyc wisiał nisko nad horyzontem. Ciepły wiatr przyjemnie szumiał wśród palm i drzew mango. Moja jednoosobowa szalupa dryfowała w kierunku sklepu z alkoholem wysyłając sygnał S.O.S., szukając zbawienia za 1.50$.