piątek, 27 maja 2011

Pijackie zen

 Siedzieliśmy na balkonie. Było ciepłe majowe popołudnie. Pora deszczowa się już skończyła, pora sucha jeszcze nie zaczęła. Było przyjemnie. Pochmurno, ale nareszcie nie wilgotno. I nie było tego przeklętego słońca. Piliśmy rum. Ja czysty, ty z limonką i colą. Nie lubisz czuć smaku alkoholu, ale lubisz jego działanie.
Piętro niżej na ulicy biegały kury, dzieci jeździły na zdezelowanych rowerach, kobiety w triciclo wracały z targu z kiścmi platanos. Odgłosy przejeżdzających pojazdów uwolniły nas od krępującego milczenia.
-Stałeś się cyniczny. W końcu wypaliłaś.
Wziąłem szklankę. Upiłem duży łyk. Nie odstawiając jej spojrzałem na ciebie.
-To co nabyłem w Ekwadorze to odporność na te wszytskie głupoty. Cudowny dystans do świata.
Chwyciłaś mnie za kolano i spytałaś z tym głupim niewinnym, dziecięcym wyrazem twarzy.
-Ty mnie wogóle słuchasz?
-Jestem jak mistrz zen. Kontynuowałem niewzruszony. Dryfujacy po bezwietrznym oceanie na tonącej szalupie
-Ja zauważyłam, że stałeś się cyniczny. Martwi mnie to…
-Wiem, że zmierzam ku zagładzie, ale dobrze mi z tym. I nic więcej nie zaprząta mi głowy. Osiągnąłem wewnętrzny spokój
-Słuchasz co do ciebie mówię? Spytałaś lekko zdenerwowana.
-Spokój...
-Hej, słyszysz co mówię?
-Tak, oczywiście. Skłamałem. Słyszałem, że do mnie mówiłaś, ale cię nie słuchałem.
Wziąłem kolejny łyk. Ktoś przystanął, wysikał się pod murkiem na przeciwko balkonu. Zawsze tam sikają, murek poczerniał w tym miejscu.
-A inni?
-Co z nimi?
-Już cię nie obchodzą?
-Aha…nie, nie za bardzo. To znaczy… nie, chyba nie. Już nie.
-To smutne. Westchnęłaś.
-Nie bardzo. Dopiłem rum i nalałem kolejną szklankę. Ty jeszcze sączyłaś swojego słodkiego drinka. Zawsze piłaś wolno, ja tak nie potrafię. Dlatego piję za dużo. Znów chwilę milczeliśmy. Latały takie te wielkie owady, które do dziś niewiem jak się nazywaja. Te których pełno na plantacjach bananów albo na straganach z ananasami koło kościoła w centrum. Wyglądają na niebezpieczne.
-A coś wogóle jeszcze czujesz, czy już zupełnie nic?
-Napijmy się w spokoju. Dobrze? Ten spokój jest bezcenny.
-Ale cujesz coś czy już nie? Nie dawałaś za wygraną. Chcę wiedzieć jaka jest cena tego spokoju.
Chwilę milczałem. Upijałem rum ze szklanki. Ty uporczywie wpatrywałaś się we mnie.
-Alkoholu, czasami brakuje mi alkoholu… Wtedy czuję aż za dużo.
-Czyli ceną sa spokój jest alkoholizm? Jesteś alkoholikiem?
-Biorę to pod uwagę.
W międzyczasie ściemniło się. Na równiku szybko robi się ciemno. Zapaliły sie latarnie. Gdyby nie ta rozmowa zanosiło by się na całkiem miły wieczór.
-To smutne.
-Co takiego znowu jest smutne? Spytałem lekko zirytowany tym przesłuchaniem i wziąłem kolejny łyk.
-No twój alkoholizm, twój cynizm. Ale jeśli ci tak lepiej, to się cieszę. Trudno…
- Smutno by było jakbym był nikim… Ale kurwa, co to za gadanie wogóle, po prostu lubie się napić. Nie jestem żadnym alkoholikiem. Starałem się mówić opanowanym, spokojnym głosem, chociaż coraz bardziej zaczynałem się denerwować.
-Ciągle pijesz...
-Bo zadajesz te  pytania. Co mam robić.
-Stałeś się cynicznym mistrzem pijackiego zen.
-Tak, i teraz mistrz potrzebuje napić się piwa.
-Masz rum, po co ci piwo. Pokręciłaś z dezaprobatą głową.
-Piwo mnie usypia i uspokaja. I lepiej mi się myśli po piwie albo dwóch.
-Podobno jesteś spokojny. Po co ci więcej alkoholu?
Nie odpowiedziałem.
Wziąłem kolejny łyk. Dolałem do pełna. Wypiłem wszystko na raz.
-Dobrze mi z tym.
-Ale...           
-Żadne ale! Nie dałem ci dokończyć. Wstawaj, idziemy po papierosy i piwo. Jest taka ładna pogoda. Będzie się lepiej myślało jak się jeszcze napijemy. No chodźmy!
Wstałem z plastikowego krzesełka i wyszedłem. Zostałaś sama ze swoim niedopitym cuba libre. Po balustradzie biegła przestraszona jaszczurka, taka z tych małych, trupio bladych, których najbardziej się brzydzisz. Jasny księżyc wisiał nisko nad horyzontem. Ciepły wiatr przyjemnie szumiał wśród palm i drzew mango. Moja jednoosobowa szalupa dryfowała w kierunku sklepu z alkoholem wysyłając sygnał S.O.S., szukając zbawienia za 1.50$. 

czwartek, 26 maja 2011

La luna llena


   Nie mając nic lepszego do roboty popołudniami chadzam na boisko szkolne Colegio Seis de Octubre i obserwuję przygotowania do parady z okazji Batalla de Pichincha czyli 24 de mayo, lokalnego święta niepodległości, w tym roku przeniesionego na piątek 27 maja, żeby łatwiej było zorganizować sobie dlugi weekend. Siadam na murku i obserwuję maszerującą w miejscu szkolną orkiestrę, składającą się z dużej ilości instrumentów perkusyjnych, cymbałków i fletów, których wogóle nie słychać. Najwięcej przyjemności sprawia jednak obserwowanie dziewcząt ćwiczących układ taneczny na niepodległościową paradę, oczywiście w takt muzyki wygrywanej przez orkiestrę. Nastoletnie dziewczyny w obcisłych dżinsach. Ruszające się w upalne popołudnie w rytm muzyki. Taniec polega głównie na kręceniu tyłkiem i wymachiwaniu cyckami. Ja leniwie rozpływam się gapiąc się i paląc kolejne papierosy, panienki cichoczą skrępowane faktem, że podgląda je gringo a ich chłopcy grający na bębnach patrzą na mnie z nienawiścią przemieszaną z pogardą i zazdrością, spluwając raz po raz i szepcząc sobie coś na ucho.
  Z błogiego nieróbstwa w tych uroczych oklicznościach przyrody wyrwały mnie donośne odgłosy muzyki, zagłuszające fałszująca orkiestrę. Podniosłem się z betonowego siedziska i podszedłem do ogrodzenia. Ulicą szedl kondukt żałobny.
Przodem jechała camioneta z trumną na pace i głośnikami na dachu, z których dobiegała jakaś żewna, głośna bachata. Za samochodem szła spora grupa żałobników, a za nimi jak hieny, banda ciekawskich gapiów, rozsianych po całej szerokości jezdni, blokując ruch samochodowy. To już czwarty pogrzeb w tym tygodniu. Dzień wcześniej widziałem identyczne widowisko jak grałem w piłkę na cancha sintetica pod kościołem Divinio Niño. Bohaterowie wszystkich tych ceromonii zginęli w ten sam sposób. Zostali zastrzeleni. Wszyscy czterej w przeciągu ostatniego tygodnia. Jeden z nich był gringo, skupujący w okolicy drewno tekowe. Pozostali to jacyś zwyczajni bananeros. Żadna wojna gangów, przypadkowe osoby, może jakieś małe miłosno finansowe porachunki. Wszystkie ofiary łączy jedno. Strzelano do nich podczas pełni księżyca, która zdawała się trwać w nieskończoność i była wyjątkowo męcząca. Nie mogłem spać, wierciłem się, pociłem. Dostawałem duszności. Za oknem ujadały stada psów. Oszalałe watachy snuły się po całym mieście wyjąc. Gdy skończyły swoją arję do księżyca, zaczynały piać koguty. Przez kilka nocy z rzędu byłem bliski szaleństwa. Jak już udało mi się zasnąć to nękały mnie koszmary, śnił mi się Bob z Twin Peaks, co za podły typ! Budziłem się przerażony. Raz obudził mnie całkiem bliski odgłos strzału. Padła kolejna ofiara dla Mama Quilla, inkaskiej bogini księżyca, córki wielkiego Wirakoczy. Od tysiącleci pełnia wzmaga w ludziach ataki szaleństwa, nie da się nad tym zapanować. Hay la luna llena, la gente fue loco! Powiedziała stara indianka sprzedająca warzywa pod domem, gdy poskarżyłem się jej, że spać nie mogę. Unos días y se van. Księżyc jak każde potężne bóstwo potrzebuje ofiar ze słodkiej, ludzkiej krwi. Miejscowa ludność jest wyjątkowo mało odporna na nadmiar alkoholu i silny wpływ księżyca, jest to dla nich zabójcza mieszanka, łatwo znajdzie oddanych kapłanów. Na szczęście już po, cztery trupy na jakiś czas starczą. Teraz spokój miasteczka zakłucać tylko chwilowo będą maszerujące kondukty żałobne, ale i to szybko minie i wszystko wróci do normy, znów najgłośniejsi będą pozdrawiający mnie Hola Polaco! śmieciarze i handlarze piñi.
  Odprowadziłem niewyspanym, leniwym wzrokiem cały ten ofiarny pochód. Zapaliłem kolejnego papierosa i wróciłem do obserwowania fascynujących wirujących pośladków. Dziewczęta znów zachichotały. Uwielbiam to. Cieszę się, że parada 24 de mayo jest przełożona na dwudziestego siódmego. Mam zajęcie na jeszcze kilka dni. Zobaczymy co potem. Chyba też oszalalem.

 Księżyc w pełni na równiku jest piękny, na długo go zapamiętam.



poniedziałek, 23 maja 2011

Najtrudniej jest napisać list do samobójcy

Dowiedziałem się niedawno, że mój przyjaciel z Warszawy podciął sobie żyły. Żyje, znaczy chyba żyje. Nie jestem pewny.
Próbuję napisać do niego list, ale nie potrafię. Jestem gdzieś tak absurdalnie daleko, a on jest jeszcze dalej.
Wszystko, co napiszę brzmi tak straszliwie głupio, każde słowo to pierdolony banał, w który sam nie wierzę i z pewnością nie uwierzył bym będąc na jego miejscu i wyśmiał bym i wysłał do czorta każdego kto by się tak do mnie zwrócił. Nigdy nie przypuszczałem, że będę musiał kiedyś taki list napisać. Serdeczne pozdrowienia z Ekwadoru przesyła Łukasz. Pogoda dopisuje, dużo zwiedzam i dobrze się bawię. Takie listy wysyła się znajomym z tropikalnych wojaży.
Chciałbym mu powiedzieć prosto w twarz jakim jest kretynem, że to zrobił. Chciałbym pierdolnąć go w pysk. A potem usiąść i napić się z nim wódki.
Warszawa jest toksyczna i pełna zła, które się w niej gromadziło przez wieki. Co jakiś czas potrzebuje ofiar. Ja jej uciekłem i boję się wracać. Potrafi doprowadzić do szaleństwa, bardziej niż bezsenne gorące, tropikalne noce.
Musisz wyjechać, bo oszalejesz! Miejski rozkład trwa.

środa, 18 maja 2011

Hłasko




Brakowało mi czegoś, co pozwoliłoby mi zrozumieć jasno i czysto nasze łzy. Bo dziś wiem już, że często najbardziej kochamy tych ludzi, te sprawy i te rzeczy, od których bieg życia każe nam odchodzić- nieraz na zawsze.

A więc tak.

Widziałem odległe porty, tropikalne lasy, południowe wiatry owiewały mi twarz, znam obce języki, piłem piwa smakujące jak ciepłe szczyny. Jednak, czuję jakąś pustkę. Brakuje mi atmosfery warszawskiej ulicy, knajpy i draki. Brakuje mi poranków w nocnym autobusie, brakuje mi blondynek na ulicach, warszawskich brunetek też mi brakuje. Dopiero na obczyźnie to z człowieka wychodzi. Dopiero z dala od domu czuję się polakiem, bez wiadomości i gazet. Jak sie budzę nad Pacyfikiem i mi smutno bez powodu i wódki się chce. Wódki mi brakuje, żołądkowej albo luksusowej, smaku destylowanej ojczyzny. Brakuje mi tego pijaństwa i codziennych świeżych towarzyskich informacji w Bajce, nocnych libacji i zasypiania na barze w Planie. Spacerów mi brakuje nad Wisłą albo Mokotowską od Placu Zbawiciela w strone Nowego Światu. Brakuje mi tego, tak jak kiedyś z Rabanem i Kapelą biegaliśmy pijani po zajezdni kolejowej na Olszynce Grochowskiej, a potem sekundowałem im w bójce na śmierć i życie, z której obaj wyszli bez uszczerbku na zdrowiu. Brakuje mi nóżek w galarecie z octem i nerwów po przegranym kolejnym meczu. Pogapił bym się na samoloty lądujące na Okęciu, chociaż w Quito czy Guayaquil akurat na to narzekać nie można, ale też mi tego brakuje, tutaj to nie to samo. Brakuje mi awantur pod sklepami nocnymi i zapachu miasta po deszczu w maju, gdy późnym wieczorem pijemy wygazowane piwo z puszki w jakimś ciemnym parku. Stępając po kolonialnych uliczkach starówek upadłych imperiów brakuje mi warszawskiego bruku.
Brakowało mi zimy i narzekania na to, że ciągle pada, żeby nie zwariować narzekam, że jest za gorąco. Brakuje mi paru osób, z nie obecności kilku innych akurat się cieszę, ale staram się o nich zbyt wiele nie myśleć, bo nawet na to nie zasługują. Brakuje mi koncertów, Ozzy Osbourne grał miesiąc temu w Quito, ale chyba szkoda na to czasu i pieniędzy pozatym akurat byłem na południu, na wsi, w górach, było pięknie, sielsko. Nauczyłem się zabijać kury, byłem jurorem w regionalnym konkursie teatrów szkolnych, poznałem miłą i uroczą wiejską pielęgniarkę.

Niedługo pewno wrócę do Warszawy i po dwóch tygodniach znów okaże się, że to okrutnie nudne miasto. Okaże się, że to wszystko czego mi teraz brakuje, nie jest tak fascynujące jak we wspomnieniach.

Brakuje mi Warszawy. Kocham ją i nienawidzę. Nienawidzę, gdy w niej jestem, nienawidzę ludzi mijanych na ulicach, nienawidzę tych wszystkich znanych, nudnych tak, że aż się rzygać chce miejsc, knajp, ulic. Gdy jednak jestem daleko, kocham ją szalenie, brakuje mi jej strasznie, chciałbym w niej być, poczuć jej zapach, dotknąć.

Warszawa w której mieszkam jest nudna. Warszawa we wspomnieniach jest najlepszym miejscem na świecie. Odkryłem, że lubię za nia tęsknić. To o wiele milsze niż życie w niej. Wspomnienia.

Niedługo pewno wrócę i znów będę wkurwiony na wszystko i wszystkich, ogarnięty szałem. Będę dostawał ataku histerii w metrze albo w zatłoczonym barze. Znów będe upijał się do nieprzytomności.

Może znów będę musiał wyjechać, tak, to chyba lepiej działa w ten sposób. Lepiej nam się układa na odległość kochanie. Być może jesteśmy skazani na wieczną rozłąkę.

Wciąż brakuje mi czegoś, co pozwoliło by mi jasno i czysto to wszystko zrozumieć.




piątek, 13 maja 2011

Na pokuszenie

Mleczno biale szklane drzwi kusiły mnie już od paru dni. Ilekroć przechodziłem obok, próbowałem dojrzeć co się dzieje wewnątrz. Zapuszczona witryna nie pozwalała dojrzeć wnętrza. Parę razy przystawałem przy drzwiach wstrzymując oddech, wytężając wzrok i słuch. Na daremno, ze środka nie dochodziły żadne odgłosy, żadne obrazki. Kilkakrotnie widziałem mężczyzn wchodzących do środka, zwykle w podłych humorach, poddenerwowanych. Wychodząc byli uśmiechnięci i zrelaksowani, jakby młodsi.
-Muszę tam pójść, chcę zobaczyć jak to jest! Podekscytowany zwierzałem się pijąc zimną już kawę.
-No ale co w tym takiego niezwykłego, pozatym, że będziesz musiał zapłacić. Co to za przyjemność...
-To jedno z tych prawdziwie męskich przeżyc, których ty nigdy nie zrozumiesz, a ja chciałbym doświadczyć.
-A co jak złapiesz jakąś chorobę? To też będzie takie męskie?
-Po to się szczepiłem, żeby niczego nie złapać. Pozatym to część tej gry!
-Dobra, to idź i nie denerwuj mnie tym gadaniem.
-No bo jednak trochę się stresuję, ja nigdy...
-Idź! Krzyknęła Barbara. Idź!
Dopiłem kawę, wstałem. Wziąłem głęboki oddech i wyszedłem. Po chwili stanąłem przy mlecznych drzwiach. Zajrzałem do kieszeni, przeliczyłem dolary. Powinno starczyć. Drżącą ręką szarpnąlem za klamkę, odezwał sie drzwięk dzwonka oznajmiający pojawienie się klienta. Zebrawszy się na odwagę wszedłem do środka.
Wewnątrz było kilku starszych mężczyzn, siedzieli pod ścianą, czytali gazety. Byłem jedynym białym, więc zwracałem na siebie uwagę. Niewiedziałem co mam powiedzieć. Buenos dias wymamrotałem. Yo quiero...Hmm puedo tener? nie bardzo wiedziałem jak po hiszpańsku będzie to czego chcę, więc pokazałem na migi o co mi z grubsza chodzi. Najstarszy mężczyzna, z cieniutkim, czarnym wąsikiem nad wargą, palacy cygaro, popatrzył na mnie dobrotliwie, uśmiechnął się i ze zrozumieniem pokiwał głową. Skinięciem głowy wskazał mi fotel. Usiadłem. W lokalu byla tylko jedna kobieta, aktualnie zajęta klientem. Sprawnie się uwijała. Wyglądała na profesjonalistkę.
Chwilę pogadałem z facetem z wąsikiem, okazało się, że zarządzał tym przybytkiem już od kilkudziesięciu lat. Twierdził, że jego rodzina przybyla do Cuenci przed kilkuset latami, wraz z pierwszymi hiszpańskimi konkwistadorami. Sądząc po wyglądzie, mógł mówić prawdę. Na indianina zdecydowanie nie wyglądał. Mówiąc ani na chwilę nie wyjął cygara z ust.

Nadeszła moja kolej. Teraz już nie było odwrotu. Podszedłem do dziewczyny, która sprzątała stanowisko pracy po poprzednim kliencie. Grzecznie sie przywitałem, spojrzała na mnie chłodno. Posadziła mnie na fotelu. Zawołał ją facet z wąsikiem. Coś powiedział na ucho, poklepał  po tyłku. Gdy znów stała obok mnie, krzyknął jeszcze Sabes guapa, el es gringo. Ellos no tienen estos servicios poczym głośno się roześmiał. Po chwili śmiech zamienił się w obrzydliwe charczenie. Stary wyjął cygaro i splunął na podłogę.

Siedziałem nieruchomo na fotelu czekając aż dziewczyna się mną zajmie. Czułem się nie swojo podczas gdy ona krzątała się dookoła przygotowywując wszystko. Co jakiś czas z zawodowym znastwem dotykała mojej twarzy. W końcu uśmiechnęła się, zdjęła mi okulary i odchyliła fotel do pozycji prawie leżącej. Serce zaczęło bić mocniej, oddech zrobił się nie równy. Na twarzy położyła mi gorący, wilgotny ręcznik, który kiedyś był biały, a obecnie bliżej mu było do ciemnego odcienia szarości. Pomyślałem, że ostatnią rzeczą na świecie jakiej porządam jest ta brudna ściera dotykająca mojej twarzy. Jednak nie mialem wyjścia. Sam się na to dobrowolnie zgodziłem. 

Leżełem tak chwilę, nic niewidząc, z ciepłym okładem na twarzy. Niepokój ustępował. Oddech się wyrównywał. Zaczynało być naprawdę błogo.

W końcu zdjęła ręcznik, spojrzała na mnie i  uśmiechając się odezwała się po raz pierwszy Hacemos todo? Spytała.
Przełknąłem ślinę. A więc, zaraz się zacznie... muszę jej tylko odpowiedzieć na to ostatnie pytanie...
No, no todo. Solo barba, sin bigotes. Quiero tener los bigotes. Wybełkotałem zdławionym głosem, starając się mówić tak by nie slychać było, że jestem poddenerwowany.
Claro. Odpowiedziała i zabrała się do roboty.

Wzięła pędzel, zamoczyła go w białej pianie. I obficie namydliła mi twarz. Po kolei, policzki, podbródek, aż po gardło. Zostawiła mnie tak by mydło zmiękczyło zarost a sama chwyciła za brzytwę. Sprawnie ją naostrzyła. I, co prawda nie widziałem tego, bo stała za moimi plecami, ale chcę w to wierzyć, że tak właśnie było, następnie ją zdezyfekowała. Podeszła do mnie. Lewą ręką chwyciła mnie za czaszke. Delikatnie, ale jednocześnie mocno i bardzo zdecydowanie odchyliła moją głowę do tyłu, odsłaniając bezbronne gardło. Gdy pierwszy raz poczułem na szyi zimno stali przez ciało przeszedł potworny dreszcz przereażenia połączony jednocześnie z lekkim podnieceniem. Jeszcze nigdy w całym swoim życiu nie czułem się tak pierwotnie, jak wtedy gdy wprawnymi ruchami ręki zaczęła przesuwać chłodne ostrze brzytwy po mojej szyji. Stres minął. Co jakiś czas tylko mięśnie całego ciała napinały mi się, gdy poczułem, że gdzieś mnie zacięła. Ostra krawędź wrzynająca się na kilka zaledwie milimetrów, może ledwo na pół, sprawiała ból i powodowała krwawienie, zdawała się być niemalże morderczą gilotyną. Było to jednak na swój dziwaczny sposób całkiem przyjemne.

Po chwili było po wszystkim. Odłożyła brzytwę. Zatamowała i przemyła skaleczenia. Całą twarz zasypała talkiem. Malutkimi nożyczkami przystrzygła i wystylizowała wąsy. Podała okulary i lusterko. Spojrzałem. Zacięcia okazały się być ledwo widoczne. Po pół roku bez golenia dziwnie się teraz czułem perfekcyjnie gładki. Facet z wąsikiem cieszył się. Paląc kolejne cygaro spytał się czy teraz chcę ogolić nogi. Gracias, la próxima vez odpowiedziałem. Starzec się roześmiał. Ile płacę? Spytałem dziewczyny. Tres cincuenta. Wręczyłem jej 4 jedno dolarówki. Gracias guapa podziękowałem i wyszedłem. Byłem zadowolony jak jasna cholera. Trzy i pół dolara to nie wielka cena za przybliżenie mnie do celu, stania się wreszcie mężczyzną.

Wyglądasz teraz jak niemowlak. Powiedziała Barbara przeżuwając kolejne przesłodzone ciasto.  Duży niemowlak z wąsami. Poprawiła nabierając na widelec kolejny kęs. To ta twoja męska przygoda?

niedziela, 8 maja 2011

Curvas Peligrosas pt.1 - I'll meet you in my dreams

   Niepamiętam dokładnie kiedy to było, dokąd jechałem, chyba do Guayaquil. Spotkałem ją w jakimś autobusie. Siedziała na fotelu przy przejściu. Mijałem ją szukając miejsca. Moją uwagę przykuła najpierw denerwująca bardzo silna woń jej perfum, ciężkich, słodkich, takich burdelowych, raczej tanich. Spojrzałem na nią i się zakochałem na zabój. Absolutnie wmurowany, stałem niewiem, dwie minuty wpatrując się w nią z pożądaniem. Ona nawet na mnie nie spojrzała, bawiła się swoim blackberry w różowym silikonowym opakowaniu. Brązowa, ciemnowłosa paisana. Cudownie jowialnie puszysta lafirynda w przeładowanym białym staniku, zdobionym delikatną koronkową tasiemką, wystającym z pod szeroko rozpiętej koszuli. Ktoś boleśnie pchnął mnie w plecy, żebym szedł do przodu. Autobus ruszył. Usiadłem rząd za nią, po skosie. Zapach perfum był przytłaczający. Ona także.


Znajomy powiedział mi kiedyś jak leżeliśmy na plaży, piliśmy i gapiliśmy się na dziewczyny Sabes, chicas latinas, tienen estas curvas peligrosas. To było to, to były te latynoskie curvas peligrosas, śmiertelnie niebezpieczne, te które nawiedzają potem człowieka po nocach, szczególnie tych samotnych, jak najgorszy koszmar. Kruczo czarne włosy, czerwone wargi, pucułowate policzki pomalowane różem. Obfite, potężne, brązowe nogi, lepkie i lśniące od potu zakończone u góry kuszącym trójkątnym, pagórkiem u zbiegu ud i brzucha, odziane w obcisłe, dopasowane szorty koloru khaki czy oliwkowego. Wylewające się, bujne bogactwo jej piersi. Przytłaczające bogactwo. Niemalże barokowy przepych.

Przez dłuższą chwilę gapiłem się na nią bezczelnie maślanym wzrokiem i pożerałem od  czubka głowy aż do malowanych, finezyjnie, ale dosysyć w złym guście, paznokci u stóp , gdy nagle naszedł mnie straszliwy smutek i lęk. Zdałem sobie sprawę, że nigdy nie skosztuję tych krągłości. Nigdy jej nie dotknę i sam nie poznam dotyku jej palców. Tak bardzo ją w jednej chwili pokochałem, zapałałem dzikim pożądaniem, by teraz nagle zostać brutalnie obezwładnionym przez przepełniający żal, że już nigdy jej nie zobaczę. A ona nawet nigdy nie dowie, się że istnieję. A wieczorem rozbierze się dla jakiegoś śmierdzącego potem macho, jeżdzącego rozklekotanym chińskim motorem, pracującego na plantacji bananów, który wlezie na nią  po pijaku, sturla się po chwili. Ona czule szepnie mu do ucha by nie szedł. On strzeli ją w pysk, bo to przecież zwykła lafirynda. Ona się rozpłacze swoimi wielkimi cielęcymi oczami. A on odjedzie na swoim rozklekotanym chińskim motorze do swojej żony i dzieci.

Nagle wstała. Serce mi zadrżało. Z trudem przełknąłem ślinę. Poprawiła szorty, z pod których wystawały pomarańczowe majtki. Obciągneła trochę pofałdowaną koszulę. Dłonią zagarnęła włosy do tyłu, założyła ciemne okulary. Króciutkie spodenki cudownie opinały jej krągły tyłek, eksponując te potężne, ale zgrabne uda. Było mi słabo, czułem nieprzyzwoite napięcie, pociłem się, spalałem na tym zawszonym fotelu. Odwróciła się do tyłu. Przerażony spóściłem wzrok. Autobus stanął. Usłyszałem kroki. Wiedziałem, że już jej nigdy nie ujrzę.


W powietrzu unosił się coraz słabszy zapach jej perfum. Pozostanie dla mnie na wieki nie zdobyta jak mityczne El Dorado z całym swoim majestatycznym złotem. Z pewnością będzie mnie nawiedzać we snach, i jak każdy sen o bogactwie doprowadzać do szaleństwa.

Gdy znów spojrzałem przed siebie, na jej miejscu siedział stary pomarszczony indianin w wypłowiałej czapeczce NY z żywymi kurami na kolanach. Gwar i upał był nie do wytrzymania.  Zamknąłem oczy.