Pisuary na dworcu autobusowym w Guayaquil emanują swoistym ludzkim ciepłem. Parująca uryna unosi się wprost do nozdrzy i wnika w głąb ciała, do wszystkich organów. Gdyby to tylko parowała nasza własna uryna, to jeszcze dałoby się to znieść, owszem, to nic przyjemnego, ale można to jakoś przeboleć. Jednakże z tego pisuaru korzystało przed nami w przeciągu samej tylko ostatniej godziny, no prawdopodobnie jakieś kilkaset osób. Kilkuset wstrętnych facetów, którym chciało się szczać. Tak jak i mnie. I teraz zmuszony jestem wdychać cząsteczki ich moczu nosem. Potem jacyś inny facecie równie ciepło będą myśleć o mnie zaciągając się oparami. O bandzie facetów, którzy nażarli się w autobusie i hałasują teraz za pobazgranymi flamastrami i ufajdanymi kałem drzwiach nie będę wspominał. Kończę. Zapinam spodnie i wybiegam starając się już więcej nie oddychać. Rezygnuję z obiadu w Taco Bell. Odechcieło mi się jeść. Z obrzydzeniem patrzę na ludzi wokół. Odechciewa się bliskości gdy w powietrzu czuć urynę i gówno.
Wsiadam do rozgrzanego autobusu. Tu z kolei czuć mocny, kwaśny zapach człowieka. Wszystkie fotele są lepkie, przepełnione ludzkimi wydzielinami. Atmosfera jest gęsta. Pierdolone tropiki.
Jadąc z Guayaquil na północ, w stronę równika najpierw za oknami widać głównie uprawy ryżu. Kończą się one jednak dosyć szybko, mniejwięcej w momencie gdy opuszczamy prowincje Guayas i wjeżdżamy do Los Rios i przez kolejne kilkaset kilometrów oglądamy tylko i wyłącznie plantacje bananów. Wiesz jak strasznie śmierdzi na plantacji bananów? Jadąc autobusem, szczególnie wieczorem to robi wrażenie. Jest koło siódmej, słońce już prawie zaszło, za parę minut będzie całkiem ciemno. Na razie jednak horyzont ma jeszcze przez chwilę kolor krwisto czerwony, wokół nic poza bananowcami a w powietrzu czuć taki słodkawy smród zgnilizny. To gniją codziennie tysiące dolarów. Nie zebrane i nie wysłane na czas do USA albo Europy. Strasznie nieznośny, wkurwiający i nieprzyjemny zapach, a najgorsze w nim jest to, że ciągnie się kilometrami, w nieskończonośc. Gdzieś tam jednak, na samym jego końcu, jak już spenetruje całe drogi oddechowe, da się wyczuć lekką nutkę owocową. Przez ułamek sekundy smród staje się przyjemny. Skupy kakao też śmierdzą w dziwaczny sposób, czuć je jakąś taką dziwną kwaśno-gorzką mieszaniną, zapach tego co później stanie się czekoladą jest bardzo zakamuflowany. Jak w wypadku bananów dominuje smród… Jednak człowiek może się do tego przyzwyczaić. Po dwóch godzinach wysiadam z autobusu. Śmierdzący, mokry i lepki od potu. Do tego też można przywyknąć. A prowincja Los Rios to najbrzydsze miejsce w całym Ekwadorze. Zwykly turysta zwabiony folderem turystycznym nie odwiedzi jej nigdy, chyba, że przemknie klimatyzowanym autokarem, w nocy, podróżując z Guayaquil do Quito. I będzie się zachwycał, że znalazł się w prawdziwej republice bananowej. Albo będzie spał i nie zobaczy zupełnie nic. Bo nic tu nie ma, i do tego tylko ciężko jest się przyzwyczaić.
Jednak chyba można przywyknąć do życia w tym zaścianku piekła. Pamiętam jak na początku szokował mnie widok na wpół żywych-na wpół martwych psów snujących się po ulicach, pokaleczonych, zawszonych, wyliniałych i wygłodzonych, bezpańskich kundli wyżerająych śmieci albo zagryzających siebie na wzajem. Pamiętam jak mi było źle gdy kiedyś jednego takiego zdechłego psa musialem wyrzucić do śmieci, bo nie wiedziałem co innego z nim mogę zrobić. Nie bylo mi źle tylko z powodu straszliwego smrodu i robactwa, było mi źle bo wiedziałem, że nie tak powinienem był postąpić. Z czasem nauczyłem się, że tu się właśnie tak robi. To smutna nauka, ale prawdziwa. Duszna atmosfera tropikalnej dziczy, zgnilizny i postępującego rozkładu, to jest jedno z oblicz tego miejsca, może najokrutniejsze, ale być może najprawdziwsze. Z każdym dniem uczę się obojętności na takie rzeczy, tak jak wtedy, gdy szedłem gdzieś przez miasto, nie wiem dokąd, nie pamiętam po co, pamiętam tylko jak w pewnym momencie zorientowałem się, że stoję w kałuży krwi. Zrobiłem krok, coś zachrzęściło pod stopą. Spojrzałem w dół, wokół nóg leżały ludzkie zęby, obklejone juchą. Zrobiłem kolejny krok, uważając tym razem by na nic i w nic nie wdepnąć. Poszedłem dalej. Nie robią już na mnie wrażenia ordynarnie poćwiartowane ochłapy mięsa, sprzedawane na obskurnych, ulicznych straganach, przez znudzonych rzeźników. Nawet te cielęce głowy z martwymi oczami bez wyrazu i wywalonymi jęzorami, leżące na ulicach, pełne toczących je okrutnie czerwi, nawet na to już nie zwracam uwagi. Ten nieprzyjemny słodkawy zapach zastygłej krwi, też już nie odrzuca. Nadal u nich nie kupuję, wolę produkty ze sklepu z koszulami i majtkami na Las Palmeiras. Mają tam najlepsze mięso w mieście. Dziś kupiłem chuletas de chancho, jutro mają mieć rybę. Koszule mają drogie. I brzydkie.
Przywykłem do lokalnej muzyki, pewno będzie mi brakowało tych smętnych i żewnych sals i bachat, które słychać zewsząd niemal 24 godziny na dobę. Będzie mi też brakowało faceta, który codziennie w nocy jeździ na rowerze w kominiarce z maczetą, do dziś nie wiem czym się ów gość zajmuje, chyba wolę nie wiedzieć, z początku sie go bałem, dziś mówimy sobie Buenas noches! Polubiłem też dziwnych 12 letnich otyłych bliźniaków, niezmiennie w tych samych białych, poplamionych koszulkach na ramiączkach, u których zawsze kupuję piwo, którzy byli tak bardzo rozemocjonowani gdy dowiedzieli sie, że w Polsce mówi się po polsku… Dziwek z pod sklepu bliźniaków też będzie mi brakowało, kiedyś wołaly za mną pogardliwie Oye gringo! a teraz witamy się niemal czule. Hola papi! krzyczą za mną gdy przebiegam o północy szosę Quito-Guayaquil, próbując nie dać się przejechać przez pędzący autobus albo tira, pobrzękując pustymi butelkami po piwie. Como te va, guapas? Odkrzykuję i macham ręką, wracając z siatką pełną alkoholu.
To jest tropikalna zgnilizna. Na swój sposób polubiłem ją. Zafascynowała mnie. Jest wciągająca. Chcę więcej.
Więcej!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz