sobota, 29 stycznia 2011

Guayakill city.

Wyrabiając wizę pobytową (180 $) w ambasadzie Ekwadoru w Warszawie, pani konsul powiedziała, że jeszcze tylko będę musiał dostać pieczątkę w urzędzie w Quito lub w Guayaquil żeby wizę aktywować. Dostałem karteczkę z dokładnymi adresami. Wszystko miało pójść gładko, szybko i sprawnie.

Pierwszy raz w tym celu do Guayaquil wybrałem się któregoś piątku. Z dworca autobusowego pojechałem taksówką pod wskazany adres (3$). Przed budynkiem, który jest jakimś rządowym urzędem, do spraw zagranicznych stała olbrzymia kolejka. Wokół jak zawsze tutaj kwitł handel, nie tylko smażonym jedzeniem, ale także obwolutami na paszporty, a swoje usługi za drobą opłatą świadczyli także uliczni tłumacze (najpopularniejsze języki to angielski i włoski). Wszedłem bocznym wejściem, unikając tym samym wielogodzinnego stania na słońcu. Podszedłem do informacji. Miła pani poinformowała mnie, że owszem, dobrze trafiłem, ale rzeczoną pieczątkę mogę dostać od poniedziałku do piątku w godzinach 8:30-10:00. W piątki usługa ta nie jest świadczona. Podziękowałem miłej pani. Złapałem kolejna taksówkę (2.5$)i pojechałem do największego centrum handlowego w Ekwadorze Mall del Sol. Na obiad zjadlem zestaw w Taco Bell, żeby poczuć koloryt latynoskiego jedzenia a z tęsknoty za ojczyzną na dokładkę wziąłem zestaw w Burger Kingu (razem około 10$). Po czym wróciłem do swojej 40 tysięcznej wioski.

W poniedziałek kolejna pobódka o 4 rano. Deszcz. Autobus. Dworzec autobusowy w Guayaquil. Kolejna taksówka (3$). Punkt 8:30 rano. Kolejka do informacji. Miła pani daje mi numerek i wysyła do odpowiedniego okienka. Kolejna kolejka. Miła pani w okienku A18 informuje mnie jednak, że nie, u niej pieczątki pod wizą nie dostane, muszę jechać zupełnie gdzie indziej. Zapisuje adres, życzy miłego dnia po czym zamyka okienko i odchodzi. Podziekowałem miłej pani również. Przed udaniem się na poszukiwanie nowego adresu postanowiłem na zapas pójść do toalety. Podążając bardziej za głosem intuicji niż za strzałkami informacyjnymi dotarlem do schodów, przy których stał uzbrojony w karabin maszynowy strażnik. Powiedziałem, że ja do toalety. Kazał się wylegitymować, zostawić paszport, na koniec przeszukał plecak i wręczył przepustkę. Po 5 minutach byłem z powrotem a chwile później mknąłem znów taksówką przez zalane deszczem ulice Guayaquil. Nie tylko zresztą ulice spływały deszczem. Ja także, dach taksówki przeciekał, drzwi przeciekały, woda zdawała się kapać na mnie zewsząd. Dodawszy do tego że wnętrze pojazdu było całe poklejone taśma klejącą, spaliny jakimś trafem trafiały do środka nie na zewnątrz, wszystkie szyby zaparowane a styl jazdy prędkość jaką rozwijał szofer były imponujące, muszę uznać, że była to emocjonująca przejażdzka (2.5$). Dotarłem do samego centrum miasta, na główną ulicę 9 de Octubre, tuż przy Maleconie. Szary budynek ze złotym napisem Registro Civil. Kolejny ochroniarz uzbrojony w broń ostrą przeszukał mi plecak i skierował do piwnicy, gdzie zajmowano się obcokrajowcami. Kolejna miła pani, kolejny numerek i kolejne złe stanowisko. Na szczęscie tym razem niemiły pan skierował mnie do okienka tuż obok. Dobrym okienkiem okazało się okienko numer 5 w budynku Registro Civil na skrzyżowaniu 9 de Octubre i Pichincha. Uff, nareszcie! Pan był oschle miły, trzymał dystans, miał finezyjnie przycięty wąsik, włosy zaczesane na brylantyne do tyłu i duży zloty sygnet. Rzeczowo wyjaśnił na czym stoję. Potrzebne mi podanie o pieczątkę, koperta numer 5, teczka, kopia paszportu i opłata w wysokości 10$... Na szczęscię pomgół mi napisać urzędowe pismo, wskazał gdzie kupić kopertę, teczkę i zrobić xero (za pierwszym razem zapomniałem o kopercie, więc musiałem łazić dwa razy). Podał też wytyczne jak trafić do odpowiedniego banku wypisał kwitek (w którym z Łukasza zostałem przemianowany na Tukasza...). W banku nie było kolejki, było za to okolo 10 uzbrojonych ochroniarzy. I mimo, że wszystkie okienka były wolne i nikt niestał przedemną w kolejce nie kazali mi czekać do póki łaskawie nie pozwolili podejść. Miałem drobne perypetie, ale udało się uiścić opłatę. Jestem co raz bliżej! Wróciłem do mojego pana z okienka numer 5. Pan się szelmowsko usmiechnął, poprosił o dowód wpłaty i paszport. Oczyma wyobraźni widziałem jak zamaszystym ruchem wbija mi upragnioną pieczątkę a ja zadowolony odchodzę... Jak zwykle to bywa marzenia okazały się odległe od rzeczywistości. Pan schował paszport do teczki i zaprosił do odbioru następnego dnia... Wracając zorientowałem się, że zostawiłem mój jedyny obowiązujący w Ekwadorze dokument bez żadnego pokwitowania. Stres.

Do Guayaquil powróciłem w środę. Znowu z samego rana. Znowu padał deszcz. Mimo, że byłem na czas, urząd był jeszcze zamknięty. Poszedłem więc na kawę (1,5$). Potem kupiłem papierosa u dziecka z gazetami (0.25$) i poszedłem pospacerować po Maleconie. Wracając rozbolał mnie brzuch, na szczęscie lokalny Malecon jest cywilizowaną, jedną z głównych inwestycji miasta i wyposażony jest w toalety. Cały szalet jest nie oświetlony, na dodatek niestety w kabinach niedość, że nie ma desek, to także nie ma papieru toaletowego. Papier należy kupić w maszynie przy wejściu (0,05$). Walczyłem ze zlośliwym urządzeniem gdy podszedł do mnie staruszek, pokazał na świecącą się czerwoną lampke i wycharchał Muchacho, no funciona po czym wręczył mi swój własny, prywatny plik zmiętego papieru… Muchos gracias señor! Odkrzyknąłem pośpiesznie. Wybrałem kabinę sprawiającą w miarę higieniczne wrażenie a zarazem jako tako oświetloną. Przez chwilę zastanawiałem się jak podejść do tematu. Brak deski, ciemność, wizja ludzi używających kibla przedemną w niewiadomych celach sprawiły, że wybrałem pozycję pół stojącą. Jednak jedyne co osiągnałem to zlanie się potem i atak histerycznego śmiechu, gdy zdałem sobie sprawę jak musze właśnie wyglądać. Nie wysrałem się. Nie dałem rady. Jak słyszałem sąsiad z kabiny obok nie miał problemów. Poszło mu całkiem imponująco.

Poszedłem po pieczątke. Pan w okienku numer 5 przywitał mnie gromkim Buenos dias Polaco! Uśmiechnąłem się, przywitałem i usiadłem na krzesełku. Pan wręczył mi paszport. Schowałem go głęboko i odetchnałem z ulgą. Podpisałem się w jakiejś grubej księdze, spisie obcokrajowców, którzy musieli przejść tą samą drogę co i ja. W grupie raźniej. Wreszcie czuję z kimś wspólnotę. Jestem jednym z was! Extranjeros of the world united! Przed 10 byłem w autobusie z powrotem na zadupie. Kawa i papieros na śniadanie znów dały o sobie znać. Na swój pokrętny sposób fasynujesz mnie Ekwadorze.

piątek, 28 stycznia 2011

Ey, maricón!

Buenas tardes powiedziała pani sprzedająca pożółkłe kurczaki na straganie obok przystanku autobusowego. Buenas! odpowiedziałem i uśmiechnąłem się. Idąc przez most uśmiechnęły się do mnie jakieś uczennice w mundurkach szkolnych, odwzajemniłem uśmiech. Przejeżdżający obok samochód zatrąbił a ze środka ktoś mi pomachał. Odmachałem. Hola! powiedziały dwie dziewczyny które mijałem pod apteką. Były naprawdę ładne. Hola! odpowiedziałem, znów się uśmiechnąłem i nawet pomachałem ręką. Jedna z dziewczyn się zawstydziła, zwiesiła wzrok i przyspieszyła kroku. Ja szedłem dalej. W Comisariato na rogu kupowałem piwo i szlugi. I znowu usłyszałem Buenas tardes, como estas? Popatrzylem z lekkim zaskoczeniem Bien, gracias y tú? Wyszedłem z zakupami. Z mijającego motoru ktoś zawołał Hola Luca! Niezdążyłem odpowiedzieć więc tylko pomachałem za pędzącym jednośladem. Kolejny samochód i znów ktoś mnie pozdrawia. Pod jakąś obskurną jadłodajnią siedzi chłopaczek na plastikowym krześle. Hello zaczął nieśmiało. Gdy spojrzałem w jego stronę, zachęcony kontynuował I’m Jose Luis Fernandez. Hello you. Paląc papierosa uśmiechnąłem się po raz kolejny Hola! My name is Lukas. Nice to meet you! Chłopak wyszczerzył szczerbaty uśmiech i podekscytowany zaczął coś wykrzikiwać do swojego kumpla. Poszedłem dalej. Jeszcze niedawno chodząc po tych obszczanych uliczkach słyszałem tylko Ey, maricón! albo w najlepszym wypadku Gringo, dame la plata! Gringo, dame dos dolares. Gringo to, Gringo tamto... Skąd ta nagła zmiana i miłość do bliźniego? Stałem się swoim obcym? Ciągle spoza ale jednak kimś znajomym? Niesądze, obawiam się, że jeszcze się nasłucham obelg pod swoim adresem. Ale póki co ide, jaram szluga i się napawam nie wiadomo kurwa czym. Que chevere!

środa, 26 stycznia 2011

50$

Zaczepił mnie dziś jakiś smętny człowiek. Chciał pożyczyć pieniądze. Odmówiłem. Potem chciał ukryć broń w kościele, tym razem przegonił go ksiądz. Później dowiedziałem się, że jest płatnym mordercą. Wyglądał zupełnie nijako, człowiek zupełnie inaczej wyobraża sobie latynoskiego zabójcę. Tak samo jak rzeczywistość tropików różni się od tej z folderów turystycznych.

Jakieś dwa tygodnie temu w slumsie w Guayaquil zamordowano kilku policjantów. Złapano jednego zabójcę, na pozostałą czwórkę nadal trwa obława. Podobno ukrywają się w okolicznych wioskach. Dziś do naszego miasteczka przyjechał oddział antyterorystów, podobno widziano kogoś podejrzanego. Nie można wychodzić po zmroku. Kupiłem piwo na zapas, jest miły wieczór. Huśtam się na hamaku i myśle o domu. O tym odległym jak fatamorgana, nie tym tutaj, boleśnie autentycznym jak wyrok śmierci za 50 dolarów.

niedziela, 23 stycznia 2011

gringo por las calles

-Idź przeżywaj i doświadczaj.

-Ale ja lubie rozmyślać. To bardziej mój styl. Obserwacja i rozmyślanie.

-Obserwacja i rozmyślanie to właśnie przeżywanie.

-Ok, to w takim razie przeżywam cały czas!

Chodzę więc i obserwuję. I rozmyślam. I jedyne co mi się nasuwa na myśl to to, że nigdy w życiu nie byłem jeszcze w brzydszym miejscu. Wydaje mi się, że znalazłem się w absolutnej dupie świata. Mieście absolutnie zapomnianym nie tylko przez Boga, ale także przez innych ludzi. Bo nie jestem w stanie sobie wyobrazić powodu dla którego ktoś o zdrowych zmysłach miałby tu przyjechać. A jednak ktoś tu przyjeżdża, bo w miasteczku naliczyłem aż 5 hoteli. Zatem muszą tu być jacyś przyjezdni goście. Wszystkie zgodnie wymalowanych mają po kilka gwiazdek, może zatem powinienem był zapłacić za luksusowy apartament w jednym z nich, wynająć jakiś panthouse na ostatnim piętrze. Ale nie zdecydowałem się, to zbędny wydatek, a pozatym odczuwam swoistą potrzebę upodlenia się. Po przyjeździe w takie miejsce nie wypada opływać w luksusy. Miejscowi mogli by to źle odebrać. Już teraz wystarczy, że gdy idę kupić szlugi to okoliczne szemrane towarzystwo pogwizduje za mną i krzyczy Ey gringo! A donde vas? A ja tylko ich mijam szybkim krokiem i udaję, że wcale mnie to nie stresuje i staram się nie myśleć o tym, że w tej zatęchlej dziurze na końcu świata tygodniowo zabija się około 10 osób. Staram się asymilować, nie gadam do ludzi po angielsku, staram się jak mogę przypomnieć sobie cokolwiek z lekcji hiszpańskiego w liceum. Marlboro Blancos y six pack de Club por favore. Mam dobre chęci lecz nie zawsze mi wychodzi, zwykle nie rozumiem tego co mi odpowiadają i szybko zostaję zdekonspirowany. Niezrażony tym i starając się być przyjaźnie nastawionym odpowiadam Muchos Gracias señor po czym niepewnie rozglądając się na boki oddalam się do swojej noclegowni.

Zdaję sobie sprawę, jak wielkie musi być zaskoczenie tubylców, którzy widzą mnie idącego po ulicach z aparatem w ręku i robiącego zdjęcia zdychającemu z upału psu, świńskim łbom po których łazi stado much, czy brzydkim, obskurwiałym budynkom w upadłym centrum miasta. Niekiedy z ich twarzy wyziera niedowieżanie. Co, gdzie, jak, dlaczego, po co?! Prawdopodobnie sądzą, że nie jestem w pełni zdrowy na umyśle, albo w najlepszy wypadku, że jestem kolejnym pazernym na ich dolary ewangelickim kaznodzieją, wprost z jakieś równie zapadłej dziury, tylko, że gdzieś w Estados Unidos. To jedyni biali którzy się zapuszczają do takich miejsc. Backpackersi, pomimo swego upodobania dla niewydeptanych szklaków wybieraja jednak bardziej urokliwe miejsca.

Wszystko jest tu absolutnie brzydkie. Mało urokliwi są ludzie (gdzie te śliczne latynoski?). Wstrętna jest architektura, będąca w zasadzie raczej czymś w stylu anty-architektury. Totalne zaprzeczenie, nie tyle piękna, bo to zdecydowanie za mocne słowo w tym kontekście, ale jakiejkolwiek szeroko pojętej estetyki. Podstawowym budulcem jest blach falista, a w zasadzie jej ochłpy. Posiada bardzo duży szereg zastosowań. Brzydkie są zwierzęta, wychudzone, wyliniałe psy pokryte strupami i pchlami. Nawet owoce sprzedawane na straganach wyglądają paskudnie. Brzydkie banany, wstrętne pomarańcze. Nie tak wyglądają one na opakowaniu soku Multiwitamina.

A jednak w tych blokach, na tych ulicach żyją ludzie. Walczą o byt, przeżywają uniesienia, chwile rozpaczy. W swoich mieszkaniach łkają, srają i wydają na świat potomstwo. Kochają i nienawidzą, co dobitnie widać po napisach na murach. Te Amo Maria. Te amo ktoś tam. Melanie es puta! Życie kwitnie jak w każdym innym miejscu na ziemi.

Poza brzydotą doskwierać może również fakt, że wszędzie do okołą śmierdzi. Smród unosi się z nad rzeki, z ulicznych kramów ze smażonym na starym oleju wszelkiego rodzaju jedzeniem. Ze zwierzęcych ekstrementów, z gnijących odpadków zalegających na ulicach. Smród budzi człowieka wnikając do pokoju przez otwarte okno, wydobywa się z kibla, z rur kanalizacyjnych. Osiada na skórze i ubraniu i towarzyszy już do końca dnia, mieszając się z dziesiątkami innych woni... Jest wszechobecny.

Chodząc tak i obserwując nagle omal nie dostałem zawału z zachwytu, gdy na lokalnym bazarze zostałem przywołany przez piersiastą dziewczynę o kruczo czarnych włosach i indiańskej urodzie (co w tych stronach nie jest bardzo częste). Ey gringo, aqui, aqui! Wołała i zapraszała do swojego stoiska ze świeżym, ociekającym jeszcze krwią mięsem. Carne de chancho! Reklamowała towar. Uśmiechnąłem się i coś tam wybełkotałem. Chciałem zrobić zdjęcie ale sie wstydziłem. A pozatym staram się robić zdjęcia tylko szpetnym rzeczom, a ona zdecydowanie była piękną istotą. Nie pasowała by do mojej koncepcji. Mam nadziję, że już więcej jej nie spotkam, bo mi będzie smutno, że się boję zagadać.

Brujerizmo y Maldicion

Prezydent drużyny piłkarskiej Barcelona Guayaquil na niedawnej konferencji prasowej przedstawił ostatni transferowy hit na rok 2011. Z pomocą bogatego sponsora sprowadził do klubu wizerunek Matki Boskiej Bolejącej, Virgen Dolorosa. Ma ona pomóc drużynie, najpopularniejszej i najbardziej utytułowanej w kraju ponownie powrócić na podium, które ostatnimi czasy trochę umknęło. Krewcy kibice wygrażają prezydentowi, że ten wydaje bez sensu pieniądze na obrazki, zamiast tego powinien kupić wartościowych graczy, bo przecież Matka Boska goli strzelać nie będzie! Na swoje usprawiedliwienie, prezydent drużyny, powtarza, że Bolejąca Panienka nie ma strzelać goli ale pomóc w ich zdobywaniu zawodnikom chroniąc ich przed klątwą rzuconą przez czarownika – Brujo, wynajętego przez którąś z konkurujących drużyn. Ślady brujerizmo wymierzonych przeciwko drużynie z Guayaquil odnalazł klubowy ogrodnik podczas podlewania murawy, o czym przerzegnawszy się, niezwłocznie poinformował włodarzy klubu z największego miasta w kraju.

Lokalny ksiądz opowiedział mi ostatnio o rzucaniu na wiernych Maldicion, czyli przekleństw. Pierwszy raz przeklął dwóch bandytów, którzy napadli go w slumsie Guayaquil – Guasmo. W przeciągu roku jeden z nich został zastrzelony przez policjanta, drugi zmarł na AIDS. Drugi raz przeklął młodą dziewczynę, która pijana przystąpiła do sakramentu bieżmowania. Przeklinam ciebie i całą twoją rodzinę! Wykrzyczał w gniewiem. Wkrótce zmarła matka dziewczyny, a ona sama postradała zmysły, zachowywała się jak opętana. Zrozpaczona rodzina prowadzała ją po lekarzach, psychologach, podejrzanych znachorach. W końcu pokornie wróciła do księdza. Ten złapał ją za głowę i zaczął się głośno i zażarcie modlić o uzdrowienie dziewczyny. Następnego dnia rano znów była sobą. Ksiądz stwierdził, że sam jest przerażony mocą, którą posiada jako sługa boży. Postanowił, że nigdy więcej nikogo nie przeklnie.

Wielka jest moc przesądów. Albo wiary. To już jak kto woli.

środa, 19 stycznia 2011

Tormenta Tropical

Cały dzień było potwornie gorąco, koło 40 stopni i strasznie duszno, że ciężko było oddychać. Pociłem się srając, jedząc obiad a nawet pod prysznicem, który brałem ze 4 razy i tyle samo razy musiałem zmieniać tiszert bo każdy po kolei był doszczętnie przepocony. Całe ciało pokryte lepką mieszaniną brudu i słonego potu. W takich warunkach przestajesz zwracać uwagę na to, że śmierdzisz. Siedziałem w pokoju i myślałem, że zdechne jak ten pies pod drzwiami. I nagle stało się. Najpierw zerwał się wiatr, a w chwile potem uderzył piorun.W przeciągu kilkudziesięciu sekund rozpętało się prawdziwe tropikalne piekło (a w zasadzie jego totalna odwrotność). Wyszedlem na taras by zaczerpnąć powietrza, przewietrzyć się i ochłodzić. Hektolitry wody lejące sie z nieba. Czuję się jakbym odwiedzil wodospad Niagara, przeraźliwy hałas miliarda kropli uderzających w blaszany dach (który okazuje się, wcale nie jest wodoszczelny!) powoduje, że niesłyszę nawet własnych myśli, silny wiatr tworzy bryzę, a ściana wody na horyzoncie zdecydowanie ogranicza widoczność. Całe życie nagle zamarło. Miasteczko ucichło i tylko chłopaki na boisku nie przestali grać, dalej biegają niezmordowanie w koszulkach Barcelony de Guayaquil, z logo najgorszego chyba browaru na świecie Pilsener. Nawet jakby żwawiej zaczęli się poruszać, ale w sumie dopiero teraz da się żyć. Nawet oni, przyzwyczajeni przecież do upału, leniwi z natury latynosi, byli dziś bardziej ospali niż na codzień. Deszcz zmył z nich pot, i resztki żelu ze starannie ułożonych fryzur. Gra nabrała tempa a oni życia. A ja kurwa zapomniałem, że moje łóżko stoi pod oknem, które zostawiłem otwarte na oścież. Wyjątkowo czeka mnie więc noc nie w kałuży własnego potu ale deszczówki. A jutro znowu solazo.

wtorek, 18 stycznia 2011

W ramach spóźnionego prologu.

Wiele przypadków, zbiegów okoliczności a czasami konsekwentie realizowanych zidiociałych planów doprowadziło mnie do miejsca w którym obecnie jestem. Jakieś nieudane miłostki, niepowodzenia życiowe, rutyna, wszechogarniająca nuda. Niepotrafiłem odnaleźć się w tym co mnie otacza, przystosować się. Czułem zmęczenie tym co robie i brakiem perspektyw stojących przedemną. Wreszcie czułem przeraźliwą potrzebe zmiany otoczenia, poobcowania choć przez chwilę z czymś nowym, nieznanym. Potrzebę przygody. Zew podróży, wędrówki jak w powieściach awanturniczo przygodowych. Jakieś takie wewnętrzne pierdolenie, po prostu chciało mi się rzygać na myśl o spędzeniu kolejnych kilku tygodni, miesięcy, lat w tym samym miejscu, z tymi samymi ludźmi, zachlewając się tym samym paskudnym piwem, które powoduje okrutnego kaca jak nic innego na świecie.

Wspomnienie tej nędznej doczesnej egzystencji uleglo nieoczekiwanej zmianie, za sprawą jakże nieoczekiwanych słów, w jakże nieoczekiwanym momencie, tuż przed moim wyjazdem.

Łukasz, czy chciałbyś się ze mną kochać? Spytałaś gdy leżeliśmy u ciebie w łóżku. I nieważne, co było potem, bo nie było nic. Byłem tak napierdolony, że ledwo widziałem na oczy. Jasne, że chciałem, bardzo. Ale po raz kolejny przegrałem sam ze sobą. Ale to nieważne. Bo to były najładniejsze słowa jakie w życiu usłyszałem. Ich siła była równie wielka jak moc alkoholu który krążył w mej krwi. Zniszczyły mnie absolutnie. Rozłożyły na łopatki jak zabójczy sierpowy. Dziękuję ci za dobre wspomnienie Warszawy na czas tropikalnych wojaży. To naprawde dużo dla mnie znaczy. Serio.

To nie jest tak, że nie mam innych dobrych wspomnień z Warszawy, jasne że mam. Mnóstwo. Nie czujcie się więc urażeni. To konkretne po prostu zrobiło na mnie duże wrażenie, no i umówmy się, pasuje do mojej upadło-bezniadziejne romantyczno, melo - dramatycznej mitologi. (ten dopisek powstał w ramach złamania zasady decorum, żeby zbyt ckliwie nie było bo się wstydzę mówić o uczuciach i jestem cynicznym sukinsynem, co nie?)

poniedziałek, 17 stycznia 2011

bezsenność w tropikach

Przy obiedzie mój współlokator z pokoju powiedział, że się nie wyspał bo chrapałem całą noc. Dziś położył się spać przedemną. Gdy przyszedłem do pokoju już spał. Teraz ja od kilku godzin bezskutecznie staram się zasnąć. Chce mi się spać, ale chyba gdzieś podświadomie boję się, że znów będę chrapał (a oczywiste jest, że tak właśnie będzie) i stresuję się tym przez co nie mogę zasnąć. W pokoju jest strasznie duszno i gorąco. Pocę się prze okrutnie. Wszystko mnie zaczyna swędzieć. Czuję, że zaraz się uduszę. Głosy za oknem wydają się być przeraźliwie głośne i natarczywe. Dławię się smrodem wydzielanym przez spiralę anty komarową. Witajcie demony bezsennych nocy. Jak głupi wierzyłem, że zostałyście w Warszawie. Jak ja was kurwa nienawidze.

Mango.

Za domem w którym mieszkam płynie rzeczka, ściek, odzielająca taką niby lepszą część miasteczka od tej gorszej, przeradzającej się w slums. Rzeczka nie jest pokaźnych rozmiarów, nurt ma dosyć rwący, ale jest wąska. Płynie za to w dosyć głębokim korycie. Po mojej stronie rosną nad nią drzewa mango, po drugiej, tej gorszej, tuż nad samym brzegiem, jakby wystawały pionowo wprost z wody, tak jak w Wenecji, stoją brzydkie, murowane domki. Jeden szczególnie rzuca się w oczy, gdyż pomalowany jest na jaskrawy pomarańczowy kolor i posiada balkonik, ganek czy też mini patio zawieszone parę metrów bezpośrednio nad nurtem wody. Na ganku zawsze kręcą się dwa psy. Brązowy, większy biegający wolno i drugi, mały kudłaty bialy kundelek na łańcuchu. Ilekroć spoglądałem w strone rzeki te psy tam były. Tam śpią w prowizorycznej budzie, jedzą, srają i bawią się. Te kilka metrów kwadratowych to cały ich świat.

Poszedłem dziś z nudów nad rzeczkę, pozrywać mango. W nocy mocno padało, więc śmierdziała bardziej niż zwykle i niosła ze sobą więcej śmieci. Butelki po piwie, plastikowe opakowania, stare klapki. Psy z naprzeciwka były żywo zainteresowane wszystkim co przepływało parę metrów pod nimi. Szczekały, piszczały, wierciły się rozentuzjazmowane. Zbierałem mango, spuściłem wzrok ze zwierząt, więc niewiem jak do tego doszło, ale nagle usłyszałem, żałosny pisk. Gdy się odwróciłem ujrzałem małego, białego kundelka zwisającego na łańcuchu z balkonu. Łańcuch był za krótki by pies dotknął powierzchni wody, a pies za mały i za lekki by spadając na łańcuchu skręcić sobie kark i ulżyć nadchodzącemu cierpieniu. Znalazłem się w nieciekawym położeniu, przez wstrętny zbieg okoliczności stałem się świadkiem śmierci przez powieszenie niewinnego zwierzęcia. W zasadzie można by powiedzieć, że była to przypadkowa próba samobójcza. Jednak jak kolwiek by na to nie spojrzeć, przykra sprawa. Chcąc zaalarmować mieszkańców domu zacząłem rzucać w drzwi kamieniami. W tym czasie przerażony kundel wierzgał nerwowo w powietrzu wszystkimi kończynami i beznadziejnie próbował złapać dech w piersi. Kamienie okazały się bezskuteczne. Zacząłem rzucać zebranymi owocami. Jedyny skutek jaki osiągnałem to watacha dzieci, która się zleciała i myśląc, że się dobrze bawię, ciesząc się niezmiernie zaczęła rzucać ze mną. Niestety prosto w psa, który z wywieszonym językiem wydawał z siebie coraz żałośniejsze dźwięki i którym telepały jakieś wewnętrzne przed śmiertne wstrzący. Jeden z ciskanych przez dzieciarnie kamieni trafił prosto w główe. Pies przestał skomleć, przestał się ruszać. Po śnieżnobiałej kręconej sierści popłynęła krew. Dzieci zaczęły krzyczeć i się rozpiechrzły. Ktoś niechcący ulżył mu w cierpieniach. Drugi pies leżał na balkonie, ze spuszczoną głową i spoglądał za swoim kompanem. -Lukas, Lukas! Mira, mira! Mangos para tí! Zaczepił mnie wesoło mały chłopiec w koszulce reprezentacji Hiszpanii. –Gracias odpowiedziałem i wziąłem owoce. Pies żałośnie dyndał kilkadziesiąt centrymetrów nad śmierdzącą wodą. Poszedłem umyć mango.

piątek, 14 stycznia 2011

El Camión

Codziennie po całym miasteczku jeździ ciężarówka z głośnikami z których dobywają się dźwięki żewnych tang. Jak prorok zwiastujący apokalipsę, przemierza śmierdzące ulice głosząc rychły upadek cywilizacji. Mija znudzonych tubylców sprzedających przegniłe owoce guanabana, mija mormonów w pożółkłych od potu białych koszulach i kaznodzieji wszelkich innych podejrzanych wyznań, próbujących się dorobić na ludzkim nieszczęściu i głupocie. Mija stare pomarszczone indianki sprzedające pieczoną świńska skórę, ulicznych sprzedawców mięsa, szpetnie powyginane kaleki żebrzące o jałmużne. Mija małe dzieci dłubiące w nosie i całującą się albo palącą mote na placach zabaw młodzież licealną. Skręca w lewo, mija mężczyzn w podrabianych koszulkach piłkarskich, siedzących na krzesłach pod sklepem żelaznym, pijących piwo i oglądających mecz na małym telewizorku. Skręca w prawo, mija zakład fryzjerski, pod którym pobite przez swoich caballeros panie domu, oglądają lokalne telenowele, wspólnie płaczą i marzą by znów mogły być piękne. Mija kościoły, burdele, jedyny w okolicy szpital (tuż obok jest cmentarz i tylko tam nie jeździ ciężarówka). Odwiedza La Poze lokalną dzielnicę nędzy i rozpaczy, zapuszcza się w ciemne zaułki Las Palmeiras gdzie można kupić tanio puro columbiano, stracić życie przy spotkaniu z cudzą maczetą, albo odebrać życie komuś wynajmując asesino za niecałe 50 dolców. Jeżdząc obrzeżami miasta mija mizerne haciendy i plantacje bananów wielkich światowych koncernów, na których za psie pieniądze od świtu do nocy charują bananeros, czyli połowa populacji miasta, od 12 do 60 roku życia. Co jakiś czas mija i mnie, gdy leże na hamaku na dachu pijąc najtańszy rum albo piwo, które jeszcze przed sekundą wyjęte z lodówki było zimne i gazowane, a teraz nie posiada już żadnego z tych atrybutów. Mija mnie z tą melancholijną melodią a ja odkrywam w sobie upodobanie do życia w tym społeczeństwie znajdującym się w stanie swobodnego upadku. W społeczeństwie, które sprawia wrażenie jakby stanowiło zaprzeczenie tego słowa, nie miało fizycznego prawa istnieć. A jednak jest, i będzie. I nie straszny mu upadek do ludzkiego szamba. Wstanie, otrzepie się i rozmnoży. Kolejne dziecko zostanie matką. I tak dalej.

wtorek, 11 stycznia 2011

3.

Próbowalem zasnąć, przez otwarte okno wdzierał się dławiący smród kloaki z nad rzeki i skomlenie szczeniaka, którego ktoś przywiązał do drzewa nieopodal. Podjechał motor. Callate cabrón! Dźwięk roztszaskiwanej czaszki rozszedł się po całej okolicy. Hijo de puta! Motor odjechał. Kundle zaczęły smętnie zawodzić. Rankiem nie było śladu. Jest pora deszczowa, wszystko płynie. Nic nie trwa wiecznie.

Poznałem indiankę, młodą, góra 17 letnią. Mieszka z babcią, wychowuje 3 letniego syna. Starsze dziecko straciła, utopiło się w ścieku. Marzy o wyprowadzce od babci i własnym domku z bambusa. Dała mi całusa na pożegnanie.

Pod drzwiami zdechł pies. Zobaczyłem go rano, koło 10. Myślalem, że śpi. Gadałem coś do niego. Gdy wróciłem pare godzin później pies już zaczął gnić i śmierdzieć. W oku zalęgły się czerwie. Natura w tropikach działa szybko i okrutnie.

Musiałem się go pozbyć. Założyłem rękawiczki i wziąłem worek na śmieci. Za mały. Znalazłem poszewke na kołdre, okazała się pasować. Gdy mnie nie było truchłem zaczęły bawić się okoliczne dzieci. Wsadzały mu kije w oko, pluły na niego, kopały. Zabily wielką ćmę i wsadziły mu ją do pyska. Przegoniłem rozbestwioną czeredę. Chwyciłem kundla za łapy, poderwało się stado much i wrzuciłem do poszewki. Na ziemi została lepka plama. Głowa psa tępo uderzyła o posadzkę. Zawiązałem pakunek i odniosłem na śmietnik. Zdjąłem rękawiczki, wrzuciłem do śmieci. Splunąłem. Poszedłem się umyć i wyrzygać. Po kwadransie przyjechała śmieciarka. Aqui sabes, perro muerto es nada mas que basura.

poniedziałek, 10 stycznia 2011

inicio

To nie tak mialo wyglądać. Miałem się spakować w marynarski worek, zabrać jakieś książki, trochę ubrań, przybory do golenia i maszyne do pisania. Jednak worek marynarski to najbardziej niewygodny pomysł na transportowanie doczesnego dobytku jaki wymyślono. Spakowałem się więc w turystyczną torbę na kółkach. Książki powciskałem do bagażu podręcznego, nie golę się więc nie zabrałem żadnych przyborów a maszyny do pisania nawet nie posiadam więc chuj z tym. Dla lepszej dramaturgii na lotnisko też powinienem był się udać sam, na kacu, po nieprzespanej nocy. Odwieźli mnie rodzice, siostra cioteczna i brat z dziewczyną. Mojej dziewczyny nie było, bo takowa nie istnieje chwilowo, ale to też przecież w sumie pewien element dramaturgii.

Szybkie pożegnanie. Lot do Frankfurtu. Nudny jak każdy inny. Na miejscu pojawiły się komplikacje, kolejny samolot okazał się być opóźniony kilka godzin. Nachodziłem się parę kilometrów co chwile będąc przekierowywanym w inne miejsce. W jedynym czynnym sklepie kupiłem za ostatnie euro 2 piwa i pół litra whisky w plastiku. Dookoła sami latynosi, jeden chińczyk i polscy robotnicy budowlani robiący jakieś instalacje na lotnisku.

Czekam na Panamę. I potem dalej na południe. Z dala od zimy i domu. Z dala od wszystkiego co bliskie i znane. W ostatnim czasie naokrągło słyszałem pytanie po co jedziesz. Niewiem. To się okaże. A jak się nie dowiem to i tak nie mam wyjścia, bo niestać mnie na powrót. Skończyły mi się piwa.