niedziela, 8 maja 2011

Curvas Peligrosas pt.1 - I'll meet you in my dreams

   Niepamiętam dokładnie kiedy to było, dokąd jechałem, chyba do Guayaquil. Spotkałem ją w jakimś autobusie. Siedziała na fotelu przy przejściu. Mijałem ją szukając miejsca. Moją uwagę przykuła najpierw denerwująca bardzo silna woń jej perfum, ciężkich, słodkich, takich burdelowych, raczej tanich. Spojrzałem na nią i się zakochałem na zabój. Absolutnie wmurowany, stałem niewiem, dwie minuty wpatrując się w nią z pożądaniem. Ona nawet na mnie nie spojrzała, bawiła się swoim blackberry w różowym silikonowym opakowaniu. Brązowa, ciemnowłosa paisana. Cudownie jowialnie puszysta lafirynda w przeładowanym białym staniku, zdobionym delikatną koronkową tasiemką, wystającym z pod szeroko rozpiętej koszuli. Ktoś boleśnie pchnął mnie w plecy, żebym szedł do przodu. Autobus ruszył. Usiadłem rząd za nią, po skosie. Zapach perfum był przytłaczający. Ona także.


Znajomy powiedział mi kiedyś jak leżeliśmy na plaży, piliśmy i gapiliśmy się na dziewczyny Sabes, chicas latinas, tienen estas curvas peligrosas. To było to, to były te latynoskie curvas peligrosas, śmiertelnie niebezpieczne, te które nawiedzają potem człowieka po nocach, szczególnie tych samotnych, jak najgorszy koszmar. Kruczo czarne włosy, czerwone wargi, pucułowate policzki pomalowane różem. Obfite, potężne, brązowe nogi, lepkie i lśniące od potu zakończone u góry kuszącym trójkątnym, pagórkiem u zbiegu ud i brzucha, odziane w obcisłe, dopasowane szorty koloru khaki czy oliwkowego. Wylewające się, bujne bogactwo jej piersi. Przytłaczające bogactwo. Niemalże barokowy przepych.

Przez dłuższą chwilę gapiłem się na nią bezczelnie maślanym wzrokiem i pożerałem od  czubka głowy aż do malowanych, finezyjnie, ale dosysyć w złym guście, paznokci u stóp , gdy nagle naszedł mnie straszliwy smutek i lęk. Zdałem sobie sprawę, że nigdy nie skosztuję tych krągłości. Nigdy jej nie dotknę i sam nie poznam dotyku jej palców. Tak bardzo ją w jednej chwili pokochałem, zapałałem dzikim pożądaniem, by teraz nagle zostać brutalnie obezwładnionym przez przepełniający żal, że już nigdy jej nie zobaczę. A ona nawet nigdy nie dowie, się że istnieję. A wieczorem rozbierze się dla jakiegoś śmierdzącego potem macho, jeżdzącego rozklekotanym chińskim motorem, pracującego na plantacji bananów, który wlezie na nią  po pijaku, sturla się po chwili. Ona czule szepnie mu do ucha by nie szedł. On strzeli ją w pysk, bo to przecież zwykła lafirynda. Ona się rozpłacze swoimi wielkimi cielęcymi oczami. A on odjedzie na swoim rozklekotanym chińskim motorze do swojej żony i dzieci.

Nagle wstała. Serce mi zadrżało. Z trudem przełknąłem ślinę. Poprawiła szorty, z pod których wystawały pomarańczowe majtki. Obciągneła trochę pofałdowaną koszulę. Dłonią zagarnęła włosy do tyłu, założyła ciemne okulary. Króciutkie spodenki cudownie opinały jej krągły tyłek, eksponując te potężne, ale zgrabne uda. Było mi słabo, czułem nieprzyzwoite napięcie, pociłem się, spalałem na tym zawszonym fotelu. Odwróciła się do tyłu. Przerażony spóściłem wzrok. Autobus stanął. Usłyszałem kroki. Wiedziałem, że już jej nigdy nie ujrzę.


W powietrzu unosił się coraz słabszy zapach jej perfum. Pozostanie dla mnie na wieki nie zdobyta jak mityczne El Dorado z całym swoim majestatycznym złotem. Z pewnością będzie mnie nawiedzać we snach, i jak każdy sen o bogactwie doprowadzać do szaleństwa.

Gdy znów spojrzałem przed siebie, na jej miejscu siedział stary pomarszczony indianin w wypłowiałej czapeczce NY z żywymi kurami na kolanach. Gwar i upał był nie do wytrzymania.  Zamknąłem oczy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz