Z błogiego nieróbstwa w tych uroczych oklicznościach przyrody wyrwały mnie donośne odgłosy muzyki, zagłuszające fałszująca orkiestrę. Podniosłem się z betonowego siedziska i podszedłem do ogrodzenia. Ulicą szedl kondukt żałobny.
Przodem jechała camioneta z trumną na pace i głośnikami na dachu, z których dobiegała jakaś żewna, głośna bachata. Za samochodem szła spora grupa żałobników, a za nimi jak hieny, banda ciekawskich gapiów, rozsianych po całej szerokości jezdni, blokując ruch samochodowy. To już czwarty pogrzeb w tym tygodniu. Dzień wcześniej widziałem identyczne widowisko jak grałem w piłkę na cancha sintetica pod kościołem Divinio Niño. Bohaterowie wszystkich tych ceromonii zginęli w ten sam sposób. Zostali zastrzeleni. Wszyscy czterej w przeciągu ostatniego tygodnia. Jeden z nich był gringo, skupujący w okolicy drewno tekowe. Pozostali to jacyś zwyczajni bananeros. Żadna wojna gangów, przypadkowe osoby, może jakieś małe miłosno finansowe porachunki. Wszystkie ofiary łączy jedno. Strzelano do nich podczas pełni księżyca, która zdawała się trwać w nieskończoność i była wyjątkowo męcząca. Nie mogłem spać, wierciłem się, pociłem. Dostawałem duszności. Za oknem ujadały stada psów. Oszalałe watachy snuły się po całym mieście wyjąc. Gdy skończyły swoją arję do księżyca, zaczynały piać koguty. Przez kilka nocy z rzędu byłem bliski szaleństwa. Jak już udało mi się zasnąć to nękały mnie koszmary, śnił mi się Bob z Twin Peaks, co za podły typ! Budziłem się przerażony. Raz obudził mnie całkiem bliski odgłos strzału. Padła kolejna ofiara dla Mama Quilla, inkaskiej bogini księżyca, córki wielkiego Wirakoczy. Od tysiącleci pełnia wzmaga w ludziach ataki szaleństwa, nie da się nad tym zapanować. Hay la luna llena, la gente fue loco! Powiedziała stara indianka sprzedająca warzywa pod domem, gdy poskarżyłem się jej, że spać nie mogę. Unos días y se van. Księżyc jak każde potężne bóstwo potrzebuje ofiar ze słodkiej, ludzkiej krwi. Miejscowa ludność jest wyjątkowo mało odporna na nadmiar alkoholu i silny wpływ księżyca, jest to dla nich zabójcza mieszanka, łatwo znajdzie oddanych kapłanów. Na szczęście już po, cztery trupy na jakiś czas starczą. Teraz spokój miasteczka zakłucać tylko chwilowo będą maszerujące kondukty żałobne, ale i to szybko minie i wszystko wróci do normy, znów najgłośniejsi będą pozdrawiający mnie Hola Polaco! śmieciarze i handlarze piñi.
Odprowadziłem niewyspanym, leniwym wzrokiem cały ten ofiarny pochód. Zapaliłem kolejnego papierosa i wróciłem do obserwowania fascynujących wirujących pośladków. Dziewczęta znów zachichotały. Uwielbiam to. Cieszę się, że parada 24 de mayo jest przełożona na dwudziestego siódmego. Mam zajęcie na jeszcze kilka dni. Zobaczymy co potem. Chyba też oszalalem.
Księżyc w pełni na równiku jest piękny, na długo go zapamiętam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz