poniedziałek, 28 marca 2011

Pożegnanie.

Zacząłem kojarzyć lokalnych kieszonkowców z widzenia i spotykać w kółko tych samych ludzi na ulicach. Najwyższa pora pożegnać Quito. Wracam do swojej nicości.

Pod wulkanem


  W Quito, tak jak w San Francisco, wszędzie mamy pod górę. Górki, pagórki, rozmaite wzniesienia. Są wszędzie. Główna różnica to położenie, prawie 3 tysiące metrów nad poziomem morza robi wrażenie. Chodzenie po San Fran to przyjemność, wycieczka po Quito z papierosem w ustach to nie lada wyczyn. Po krótkiej chwili zaczyna brakować tchu i kręci się w głowie. Oficjalna nazwa miasta brzmi San Francisco de Quito. Patron i góry to jedyne co łączy te dwa miasta. Może, jeszcze latynoska społeczność kalifornijskiego miasta to jakiś element wspólny, ale to zupełnie nie istotne.

  Nad miastem góruje wulkan Pichincha, majestatycznie wznoczący się na wschodzie na 4789 metrów. Ostatnia erupcja miała miejsce w 1999 roku, całe miasto zostało przykryte grubą warstwą popiołu na wiele tygodnii.
Na ulicach, wszędzie dookoła widać ciężko objuczone indianki z długimi warkoczami, w tradycyjnych strojach przemieszczające się drobnymi kroczkami, z czeredą dzieci uczepioną spódnicy. Ciągną do stolicy w poszukiwaniu zarobku i lepszego życia. Handlują owocami, słodyczami, sprzedają papierosy na sztuki. Nie wyglądają na potomków wielkich Inków. Dzieci wychowane na ulicach, bawiące się na wysypiskach będą jeszcze odleglejsze od dziedzictwa swych przodków.

  Południe miasta zamieszkuje biedota. Jest tam wiecznie zimno, przemoczone na deszczu ubrania nigdy nie schną. Północ jest bogatsza i bardziej słoneczna. Turyści nie zapuszczają się na południe, wszystko czego potrzebują, poza dworcem autobusowym znajduje się na północy.
Quito, wiecznie pogrążone w deszczu, przykryte ciężkimi chmurami. Przejaśnia się na chwilę, robi się ciepło, ale to tylko po to by za chwile zrobiło sie jeszcze pochmurniej i spadło jeszcze więcej deszczu. Uczennice w mundurkach szkolnych nic sobie z deszczu nie robią, stoją wesołymi grupkami na przystankach autobusowych i żują gumy. Mało kto tu używa parasolek czy kurtek przeciwdeszczowych. Deszcz to normalna sprawa, nikt sobie nim nie zaprząta głowy.

  Starówka pełna jest szumowin. Zjeżdzają z całego miasta, polują na gringos. Na chodniku leży nieprzytomny człowiek, mija go dwóch policjantów, jeden dotyka go kilkakrotnie butem w brzuch. Stoją nad nim krótką chwilę i niespecjalnie przejęci odchodzą. Powyginani żebracy proszą o jałmużnę. Rzucam jednemu 50 centów, w zamian daje mi medalik Św. Judy, patrona spraw beznadziejnych. Trafił idealnie, jestem sprawą bezniadziejną. Przyda się z pewnością.
Niedaleko placu Św. Franciszka, który wygląda jakby był świadkiem krwawych łaźni urządzanych na indiańskich władcach, znajduje się Café Modelo. Podupadła na świetności, tak jak całe miasto, niegdyś perła hiszpańskich kolonii, staromodna kawiarnia. Atmosfera rezygnacji, przegrana klientela, składająca się z upadłej arystokracji i lokalnych pijaczków, piwo za 1.5$ i orkiestra grająca smutne tanga i szlagiery Julio Jaramillo sprawiają, że lokal ten idealnie nadaje się na spędzenie w nim ostatnich chwil przed ostatetczną próbą odebrania sobie życia, w ciasnym i dusznym pokoiku w którymś z obskurnych hotelików nieopodal. Ewentualnie, będąc w zaopatrzonym w wystarczającą ilość gotówki, można spróbować zapić się na śmierc we wnętrzach Café Modelo. Wieczorami starówka wymiera, zostają tylko bezpańskie psy poszukujące resztek jedzenia w śmietnikach i bezdomni konkurujący w tej dyscyplinie ze zdziczałymi zwierzętami.

  Kolejne miejsce do którego prędzej czy później zawita każdy gringo to Mariscal. Imprezowe centrum miasta. To tutaj skupiona jest większość klubów, knajp, barów, pubów i innych przybytków potrzebnych turystom do dobrej zabawy w chłodne noce w Quito. Raptem kilka krótkich uliczek skupionych wokół nowoczesnego, nowo bogackiego Plaza Foch. Im dalej od epicentrum zabawy tym jej poziom staje się niższy, chociaż prawda jest taka, że nawet najpopularniejsze i podobno najlepsze kluby prezentują poziom porównywalny z wiejską dyskoteką na podlasiu. Zamiast swojskiego disco, w pseudo światowych wnętrzach leci regeton i salsa, to jedyna różnica.
Na chodniku leży zarzygana dziewczyna z Anglii, próbują ją ratować dwie koleżanki, same są w stanie świadczącym o tym że zaraz skończą jak ona. Turn on, tune in, pass out. Przegrały tę noc. Rano lekko zażenowane z podnieceniem wspominać będą zeszły wieczór. Co się działo? Spyta zarzygana.  Nie pamiętasz? odpowiedzą również pytająco, zatroskane koleżanki.  Nie, niezbyt wiele… wyzna zarzygana.  My też nie!! Przyznają się koleżanki. Było suuuper! Stwierdzi ostatecznie zarzygana, poczym zacznie prać w zlewie zniszczoną kreację, strzepując najpierw resztki zaschniętej już, wczorajszej kolacji. Koleżanki tym czasem zajęte będą wyczesywaniem wymiocin z włosów. Było super… tęsknie wspomni ruda (no co, na pewno któraś z nich będzie ruda). Czują się jak królowe.
W centralnym miejscu Mariscalu jest arabska knajpa Persepolis. Podły dive-bar o złej reputacji. 3 duże piwa kosztują 3,5$, 3$ kosztuje fajka wodna z ochydnym tytoniem, niewiem natomiast ile kosztuje kebab, nie interesowałem się tym. Piwo, shisha i kebab to jedyny asortyment Persepolis. Co oczywiste w sobotni wieczór lokal jest pełny. Lokalne szumowiny, dziwki z alfonsami, trudna młodzież. Jako jedyny bialy wzbudzam niezdrowe zainteresowanie, dostaję kolejne piwa i różne dziwne propozycje. Palę z kimś pipę. Z głośników leci bachata, ze względu na smutne teksty utworów, traktujące zwykle o smutku i złamanym sercu, porównywana jest do bluesa. Starszy człowiek w podniszczonym garniturze i włosami zaczesanymi na brylantynę rozsuwa stoliki, wyciąga swoją towarzyszkę zza stolika i zaczyna tańczyć. Nikt nie zwraca na nich uwagi. Do stolika dosiada się bezzębny menel, częstuje piwem i przestrzega Aqui, nesecitas estar cuidado hombre, esta peligroso. Cuidado! Zaleca ostrożność. Kończę piwo, wychodzę. Skrzyżowanie Calama i Juan Leon Mera. Zaczepia mnie gość w skórzanej kurtce, widziałem go z godzinę wcześniej w Persepolis. Proponuje dziewczyny, nie ekwadorki, te może mieć każdy, jego specjalnością są kolumbijskie dziewice. Specjalnie dla ciebie kolego, tylko dla ciebie. Kolumbijskie dziewice są najlepsze na świecie, dla ciebie zrobią wszystko! Kochają gringos! Lubię cię, dostaniesz zniżke na ciasną kolumbijską cipke… Parę metrów dalej postawny murzyn szepcze mi do ucha swoją oferte. Trawa, haszysz, czysta kolumbijska kokaina (stopniowanie jak na lekcji polskiego w podstawówce)! A może chcesz heroine, mam heroine, tylko ja w Quito mam najlepszą heroine. Amigo, dla ciebie dam specjalną cene, chcesz heroine czy nie, wszyscy biorą, szybko idzie i mocno działa, spróbuj. Metr od nas stoi czterech uzbrojonych po zęby policjantów na koniach, palą papierosy, mają wszystko w dupie, jestem cuidado. A dzięki policji czuję się seguro.

  Lotnisko Mariscal Sucre znajduje się w zasadzie w środku miasta. Całą dobę na niebie widać nisko przelatujące samoloty. Wieczorami siadam ciepło ubrany na tarasie i paląc papierosa obserwuję świecące i hałasujące maszyny wyłaniające się majestatycznie z pomiędzy gęstych czarnych chmur. Minąwszy groźne, ponure szczyty Andów, obniżają ostatecznie swój lot i przelatują bardzo nisko nad domami, prawie na wyciągnięcie ręki. To najładniejszy widok w Quito.

środa, 23 marca 2011

Imię róży


Niewiem jak miała na imię, pewno mało kto to naprawdę wie. Pewno mało kogo to obchodzi. Zwyczajna dziwka. Zaczepiła mnie gdzieś na starówce w Quito, podobno najładniejszej w całej post kolonialnej ameryce. Ona do najładniejszych z całą pewnością nie należała. Zniszczoną cerę usiłowała maskować ordynarnym makijażem, łapiącym się w konwencji wykonywanego zawodu. Brzydka twarz, koślawe nogi w przechodzonych szpilkach. Niezgrabna figura w obcisłej różowej sukience, w takich strojach latynoskie dziewczynki w wieku lat 15 zgodnie z tradycją stają się kobietami, Quinceañera, tak to się nazywa. Złapała mnie za ramię. Musnęła palcami po policzku. Padało. Było szaro. Na tym tle wypadała, nie że zaraz korzystnie, bo co to, to nie. Ale wybijała się z szarości. To na pewno. Spojrzałem na nią. Uśmiechnęła się szeroko, poczułem ciężki, niezdrowy, alkoholowy oddech. Trudno stwierdzić ile miała lat, być może sama już się w tym pogubiła. Nie była indianką, indianki żyją w nędzy ale się nie kurwią. Jakaś nie udana mieszanka ras. Hola... wyszeptała mi do ucha głosem, który próbował być zalotny. Nie był. Jedyna reakcja jaką u mnie wywołała to obrzydzenie, gdy poczułem zapach wymiocin dobiegający z jej ust. Quieres divertirse caballero? Były to ostatnie słowa jakie zrozumiałem. Reszta jej monologu zamieniła się w ciężki do rozszyfrowania pijacki bełkot. Uśmiechała się ale miała najsmutniejsze na świecie oczy. Ciężkie deszczowe chmury dryfowały tuż nad dachami budynków. Mrugnęła do mnie. W jej oczach nie było ani krzty sexu, tylko rezygnacja i przejmujący spokój. Odsunąłem się na bok i powiedziałem No, gracias. Mrugnęła ponownie i znów chwyciła mnie za ramie, strzepnołem jej dłoń z siebie, tak jak strzepuje się robactwo albo popiół z papierosa, który nieopatrznie na nas spadł i powtórzyłem No, no, gracias! Wybełkotała coś w swoim pijackim języku. Zaczęło padać. Po raz kolejny chciała mnie złapać za ramię, ale się odsunąłem. Muchos gracias, no tengo tiempo, necesito ir! Przyspieszyłem kroku. Wyprzedziłem ją o metr czy dwa, gdy krzyknęła za mną Ey caballero! i cmoknęła, w ten charakterystyczny, ekwadorski sposób, takim cmoknięciem można tu wszystko załatwić, kupić gumę do żucia od indiańskiego dziecka na ulicy albo wynająć płatnego zabójcę.
Odwróciłem się i spojrzałem na nią. Nic więcej już nie powiedziała. A ja widziałem tylko te jej wielkie beznadziejnie smutne oczy. Splunęła, na tyle nie udolnie, że opluła sobie swoją różową suknię, pamiętającą być może lepsze czasy. Otarła resztkę śliny z ust i sukienki, odwróciła się i odeszła chwiejnym krokiem w swoją podróż do kresu nocy. Na łydce miała wytatuowaną czerwoną różę. Stałem moknąc w deszczu i nie mogłem od niej oderwać wzroku.
Wiem jak miała na imię, bardzo ładne imię. Poznałem ją w jakiejś knajpie w Warszawie. Niepamiętam, może do mnie mrugnęła. Piękna, młoda dziewczyna, to raczej ja mogłem ją odstraszać niezdrowym alkoholowym oddechem po kilkudniowym piciu. Śliczne piersi, biała pościel w jej łóżku i czerwona róża wytatuowana na łydce. Za oknem padał obficie śnieg, bo to była jedna z tych ciężkich, polskich zim. Niedługo potem wyjechałem.
Jadąc myślałem, że będę bardzo tęsknił. W zasadzie byłem o tym przekonany, że umrę z tęsknoty za tymi piersiami, za Warszawą i wogóle za wszystkim co zostawiam. Okazało się jednak, że nie tęsknię. Chciałbym tęsknić, ale nie tęsknie za nikim i za niczym. Probuję w sobie chyba wzmóc tęsknotę, wywołać ją jak rzyganie, ale palce wetknięte w gardło nie działają. Niewiem dlaczego. Wypełnia mnie uczucie pustki i to chyba ono zastąpiło mi tęsknotę. Jakkolwiek chujowe, to chyba jednak wygodniejsze.
I dopiero na starówce w Quito, ta czerwona róża, wytatuowana na niezgrabnej łydce, przypomniała mi o tych przyjemnych momentach.  To chyba nie tęsknota, ale to całkiem miłe uczucie. Na twarzy pojawił mi się krępujący uśmiech. Moknąc w deszczu, obserwowałem jak idzie przez kałuże, potykając się na kolonialnym bruku. Odprowadziłem ją wzrokiem. Vaya con dios!

środa, 16 marca 2011

twój dom z dala od domu.

Quito, jesteś jak piękna dziewczyna. Przez ciebie skacze mi ciśnienie, serce kołacze, kręci się w głowie a w piersiach braknie tchu. Przez ciebie mam miękkie nogi, tracę opanowanie i nie wiem co począć. Jedyne co mogę zrobić to się nawalić. Czasami wolałbym, żeby cię nie było w moim życiu. Potem jednak uświadamiam sobie, że przecież uwielbiam tą tragikomedię.
Irish Pub na Mariscal w Quito, Twój pub z dala od domu, tak brzmi motto. Idzie się tam upić, ale nie nazwę go swoim. Irlandczycy, wędrowna nacja, jak bezdomne psy, więcej ich na świecie niż na tej małej wysepce. Oni wszędzie się czują jak u siebie w domu. Wystarczy im beczka Guinessa i telewizor z kanałem sportowym. Dziś zdecydowanie nie jest mój dzień w Quito. Nie chcę tu być. Pierdolę cię Quito, pierdolę cię Ekwadorze. Zniknijcie raz na zawsze! Jedyne co mogę zrobić to się nawalić. Jutro St.Paddys, wszyscy przez jeden dzień będziemy Irlandczykami (celebracja dnia Św.Patryka na równiku, wysoko w Andach, wydaje mi się tak absurdalna, że nie przepuszczę sobie tego przeżycia). Założę zielony tiszert The Smiths, żeby dostać darmowego (zielonego) szota i będę śpiewał szlagiery The Pogues. Dla Polaka każda okazja jest dobra by się napić. So, kiss me, I'm Irish.

Ahh, fuck it. Who am I shitting?

I'm a pitiful sight, and I ain't all that bright
I'm definitely not chiseled from stone
I'm a cheat and a liar, no woman's desire
I'll probably die cold and alone ...

poniedziałek, 14 marca 2011

Cien Fuegos

-Hey gringo!

-Que te quieres? zapytałem wkurzony.

-Chupar tu madre gringo. To był duży, brzydki, pijany metys, w wypłowiałej koszulce Emelec’u. Roześmiał się głośno. Poczęty przez przypadek w kiblu, urodzony na schodach na zapleczu śmierdzącej kuchni trzeciorzędnej restauracji na wybrzeżu.

-Fuck off perro! odkrzyknąłem nie wiele myśląc. Twarz mu spochmurniała. Pełen pijackiej brawury postanowiłem pójść za ciosem i kontynuowałem.

-Just seen your puta mamacita fuckin’ with tres gringos, just by the corner… Nie dokończyłem. Wymierzył mi potężny cios w szczękę. W głowie zaszumiała wieczność i wypity alkohol. Poleciałem na jakąś wystraszoną turystkę, z twarzy wyglądającą na brytyjkę, musiała niedawno przyjechać bo jej licha opalenizna kolorem przypominała skórę prosiaka. Poczułem kapiącą z wargi krew, nim zdążyłem ją wytrzeć zobaczyłem jak metys wyciąga kieszonkowy nóż i zamachuje się w moim kierunku. Widziałem ostrze lecące prost w moje trzewia, to jeden z tych momentów, trwających bardzo krótko, kiedy wiesz, że popełniłeś potworny błąd, ale, chociaż bardzo tego żałujesz, jest za późno by go naprawić. Zrobiłem tylko paniczny krok w tył, potknąłem się i wywróciłem na ulicę. Napastnik z nożem również stracił równowagę i runął gdzieś obok mnie. Ostrze jakimś cudem mnie ominęło. Podbiegł ktoś, podał mi dłoń. Chwyciłem się jej jak tonący rozbitek. Pociągnął do góry i powiedział:

-Vamonos hombre, let’s go!

Posłuchałem rady i pobiegłem za moim ratownikiem.

-You better don’t mess with this maricon. He’s fuckin junkie and he’s quite loco, man. powiedział z mocnym australijskim akcentem, uśmiechając się przy tym i prezentując swój nieskazitelnie biały uśmiech.

-I’m Steven by the way.

-Cheers mate. I’m Lukas.

-Wanna drink man?

-Well sure I do! Wanna drink the world!

Steven był surferem, miał czterdzieści kilka lat, jeździł po świecie w poszukiwaniu idealnych fal. W domu, gdzieś na przedmieściach Brisbane nie było go od lat. W Montanicie siedzi już rok. Niewiem z czego żyje, ale wiem czym się zajmuje

-I’m just smokin, drinkin and surfin man…

Trafiliśmy do lokalnej speluny, w której pełno było podobnych jak on surferów-wykolejeńców i w odróżnieniu od innych lokali z głośników nie leciał ragaton tylko punk rock.

-We’re true rock’n’rollers, drinkers and losers. And we hate fuckin posers! przywitał mnie barman. Wanna whiskey?

Nim zdążyłem odpowiedzieć już lał mi bursztynowy trunek prosto z butelki do ust.

-Soy un perdedor man. powiedziałem przełknąwszy palący płyn.

-So it’s just the right place for you! I’m Manuel. Przywitał się i polał raz jeszcze. Faktycznie znalazłem się wreszcie we właściwym miejscu.

Wypiłem kilka piw. Ktoś postawił kilka kolejek tequili. Ktoś poczęstował kokainą, a jak można, będąc w Ameryce Południowej, nie spróbować najsłynniejszego towaru eksportowego regionu? Barman raz po raz puszczał w obieg coraz to kolejne butelki taniej whisky. Wyszedłem spłukany do ostatniego centa i totalnie nawalony. Nie chciałem iść do swojego pokoiku z niedziałającym wiatrakiem i zawszoną moskitierą. Poszedłem na plażę.

Minąłem beach bums grających na gitarze przy ognisku. Poczęstowali jointem. Odmówiłem. Koniecznie jednak chcieli mi coś dać, oferowali więc nie dopitą butelkę rumu 100 Fuegos i piwo. O dziwo piwo było zimne. Zgodziłem się przyjąć podarki od tych przećpanych nomadów. Podziękowałem i poszedłem zaopatrzony w butelki w jakiś ustronny zakątek plaży miejskiej w Montanicie.

Samotna noc nad Pacyfikiem, słychać tylko szum fal, co jakiś czas dobiega z oddali stłumiony dźwięk gitary i dogasającej zabawy. Nad głową gwieździste niebo, tak inne od tego nad twoim blokiem. W górze przepływa Krzyż Południa a po horyzoncie sunie statek, świecący lekko punkcik.

Zimne piwo i bezkres oceanu. Gdzieś tam daleko jest tajemnicza Wyspa Wielkanocna, gdzieś jeszcze dalej Australia i Japonia, w której niedługo zaczną kwitnąć wiśnie, a gdzieś tam jeszcze dalej jest dom i wy wszyscy. Ja tymczasem tułam się gdzieś samotnie na drugim końcu świata i tworzę po pijaku swoją własną żałosną mitologię. Wmawiam sobie, że nie mam domu, że jak ci australijscy surferzy, jestem XXI wiecznym wędrowcem, poszukującym… Właśnie, kurwa, sam nawet niewiem czego wiecznie próbuję szukać. Plączę się we własnych zeznaniach, sam przed sobą. Oni poszukują idealnej falii, a ja chcąc pójść na skróty do mgilistego celu zgubiłem najprostszą ścieżkę i teraz wierzgam jak żółw przewrócony na skorupę. Ale przecież gdzieś tam jest dom, na pewno. Daleko, ale jest. Jest to coś do czego ciągle wzdycham. Zakochany szaleńczo w tragizmie popijam piwo. Coś tam zacząłem pisać, jakieś pijackie wynurzenia. Zawstydzony wyrwałem zapisane kartki. Chciałem je spalić. Dopiłem jednak rum i pomięte zapiski wsunąłem do pustej butelki. Zakorkowałem ją. Wstałem, otrzepałem sie z piasku i ruszyłem w stronę wody. Był odpływ więc musiałem chwilę iść by dotrzeć nad wodę. Zdjąłem buty, zanurzyłem się po kolana w mrocznych wodach Pacyfiku. Wziąłem łyk wygazowanego już piwa. Wziąłem mocny zamach. Nagle coś musnęło mnie w łydkę. Boję sie morskich stworzeń więc podskoczyłem. Cisnąłem przed siebie z całej siły butelką zawierającą mój tropikalny skowyt do stwórcy. Fala odpływu pochłonęła ją. Może ktoś ją kiedyś wyłowi gdzieś jeszcze dalej. A może zginie w nicości jak setki jej podobnych zakorkowanych wiadomości. Tymczasem ja wystrasozny czymś nieznanym, odwróciłem się i zacząłem biec w stronę brzegu.

-Pierdolę ten realizm magiczny. Gadałem sam do siebie. W życiu nie ma żadnej magi. Dopiłem piwo. Pierdolę to, kurwa, pierdolę. . Spuchnięta warga zaczęła piec od słonej wody. Zasnąłem na plaży.

Obudziło mnie drapanie w stopę. Chodził po mnie mały krab. Nad głową latały sępy, widok dosyć przerażający, zupełnie jak z westernu. Jeden z nich mnie obsrał. Może to na szczęście.Trochę dalej na południe, na niebie, dużym stadem, krążyły rybitwy. Znak, że rybacy wracają z nocnego połowu do portu.

Kac na plaży nie różni się od kaca gdziekolwiek indziej. Poza tym tylko, że człowiek budzi się z piaskiem w zębach. Reszta podobna, ból głowy, opuchnięta gęba, flegma w gardle. Mgliste wspomnienie dobrze spędzonej nocy. Pierwsi surferzy już wyczekiwali swojej wymarzonej fali. Wstałem, z mozołem zacząłem pokonywać gorący piasek. W głowie zaświtała mi jedna, jedyna myśl: Nie potrzebne mi żadne szaleństwo, gdy w żyłach płynie alkohol. Nie wiem co chciałem przez to powiedzieć ale przez chwilę czułem się jak oświecony Budda. Potem wrócił kac. Splunołem gęstą, wstrętną śliną i powlokłem się przed siebie.

wtorek, 1 marca 2011

Taniec deszczu

40 stopni, od tygodnia nie padało, a żrące ścierwo ptaki latają coraz niżej. Co z tą porą deszczową? Gdzie te tropikalne ulewne deszcze? Pogoda jest nie do zniesienia. Ciągły upał, na niebie ani jednej chmury zwiastującej opady albo choćby dającej odrobinę cienia. W rzece za domem widać już dno i kilka razy dziennie przepływają cuchnące zwłoki jakiegoś zdechłego zwierzaka, które ktoś wyrzucił w ramach domowych porządków. Wszystko jest tak gorące, że aż parzy. Nawet ściany w moim pokoju są ciepłe. Zimna woda jest ciepła, zimne piwo jest ciepłe.

Najgorsze są noce. Nie przynoszą wytchnienia tylko kumulują cierpienie. Tropikalna noc, kurwa, nie jestem w stanie oddychać. Duszę się i wiercę w łóżku pełnym potu. Chciałbym spać na podłodze, ale nie ma miejsca, wszędzie walają się puste puszki i butelki po piwie. A tam gdzie ich jeszcze nie ma są jaszczurki (dzięki bogu za jaszczurki, dzięki nim nie mam w pokoju karaluchów, które królują na korytarzu…). Zaraz oszaleję…

Pocę się jak świnia opiekana na rożnie a dookoła latają najwredniejsze stworzenia świata, które wielu już doprowadziły do obłędu albo do długiej, bolesnej śmierci – moskity. Gryzą, ssą i przeraźliwie bzzz-zz-zzzyczą. Kurwa! Jak ja nieznoszę tego bzyczenia!! Nie chcę sobie nawet wyobrażać, jak się musieli czuć XIX wieczni odkrywcy przemierzający dżunglę amazońską, ginący w męczarniach, na straszne choroby, spowodowane przez te potwory. Układam się na drugi bok, próbuję zasnąć. Nie jest łatwo. Naprawdę, czuję, że zaraz oszaleję!

Nawet pijaństwo nie pomaga, wypiłem kilka piwna sen i nic. Jest wręcz gorzej, bo się bardziej pocę. Ale chciałbym jeszcze jedno, oddałbym wiele za jeszcze jedno, bardzo zimne piwo. Niestety już więcej nie ma. Wychodzę zapalić na dach, wypatruję burzy. W oddali widać tylko świecący na niebiesko krzyż kościoła, w którym podobno służy ładna zakonnica z Brazylii. Pora deszczowa na równiku, do kurwy nędzy!! Dlaczego nie pada od tygodnia?! Wracam do pokoju, kładę się na mokrym materacu, poduszka jest jak śmierdząca gąbka. Wciąż nie mogę usnąć. Komary atakują jeszcze zażarciej. Mosquitos locos zaczynam jak obłękany nucić pod nosem wymyśloną na prędce pioseneczkę na zasłyszaną gdzieś latynoską melodię. Wiercę się. Wciąż nie pada. Boże! Ale gorąco! Oszalałem.

Nadchodzi kolejny, upalny dzień. Muszę odtańczyć Taniec deszczu.