środa, 23 lutego 2011

Lonely Planet

Do Baños przyjechałem z Teny autobusem. Kierowca był wariatem, wyprzedzał po nocy na zakrętach z dużą prędkością, a jego szczytowym osiągnięciem było wyprzedzanie na trzeciego w wąskim tunelu. Nawet ekwadorczycy zaczeli krzyczeć by zwolnił i wyzywać go od idiotów i innych takich. A oni maja naprawdę dużą tolerancję na umiejętności kierowców, zwykle im szybciej tym lepiej... W autobusie leciał film o zamachu na Hitlera. Jeżeli kiedykolwiek w życiu byłem naprawdę bliski śmierci, to właśnie podczas tej szleńczej jazdy.

Baños to kurort, jedno z najpopularniejszych miejsc w Ekwadorze. Leży na wchodnich zboczach Andów, jeszcze na tyle wysoko by były ładne widoki, na tyle już nisko by choroba wysokościowa nie była problemem. Słynne ze swoich gorących źródeł, bliskości wulkanu Tungurahua, pobliskich kaskad rzecznych. Mekka dla fanów sportów ekstremalnych, rafting, canyoning, downhill, bungee oraz pieszych wycieczek. Idealna miejsce na wypoczynek po zejściu z gór, albo przystanek przed dżunglą. Łatwo stąd dojechać do Puerto Misahualli czy Puyo, skąd można ruszyć w dzicz. Popularny przewodnik wymienia jeszcze jeden powód dla ktorego warto odwiedzić Baños – imprezy. Lokalne kluby co noc pełne są ludzi, tych co właśnie skończyli się wspinać, tych co chcą odetchnąć po przedzieraniu się z maczetą przez chaszcze oraz tych, takich jak ja, ktorzy po prostu chcą się najebać i tylko w tym celu przejechali kilkaset kilometrów z popierdolonym kierowcą psychopatom. Mieścina pełna jest turystów z całego świata, pełen przegląd nacji, grup społecznych i stylii podróżowania – australijscy backpackersi podróżujący najańszymi ciężarówkami vs niemieccy emeryci w wyczarterowanych autokarach z klimatyzacją. Rozwydrzone argentynki z kurestwem wypisanym na twarzy vs grzeczni studenci geologii z uniwersytetu w Virginii. Wszyscy oni spotykają się wieczorami na krótkiej, no niewiem, może 150 metrowej, uliczce w centrum. W ciągu dnia cicha i spokojna, wieczorami zamienia się w imprezowe centrum lokalnego wszechświata. Bar obok baru, klub na klubie. I tylko jeden minus, wszędzie taka sama gówniana muzyka. Ragaton, merengue, bachata, europejskie dyskotekowe hity plus jakieś kolejne lokalne dziwolągi, których nazw nawet niechcę znać. Siedziałem znudzony w jednym z lokali, piłem w kącie piwo. Nagle podeszła jakaś dziewczyna, szczupła, ciemne włosy, taka niebrzydka z twarzy. Stanęła obok, udawała zagubioną, zalotnie machała nóżką. Hola! wcale nie zalotnie powiedziałem, tak tylko by wyjaśnić tą sytuację. Hola! odpowiedziała wesolutko i zaczęła gadać i wypytywać. Skąd jestem. Polonia. Nie chciałem być gbórem, więc również spytalem skąd jest. Soy de Argentina. Sabes donde esta? Jasne, że wiem gdzie jest Argentyna. Me gusta futbol, tengo que saber donde esta... starałem się być dowcipny. A si, Messi... odpowiedziała ucieszona. Co robisz w Ekwadorze? Co robisz w Polsce? Okazało się, że oboje studiowaliśmy to samo, ona antropologię w Buenos Aires a ja w Warszawie. Przeznaczenie kurwa?! Dlaczego nie tańczysz? Bo nie lubię, nie podoba mi się muzyka, coś tam... Była niepocieszona. Próbowałem naprawić sytuację i zacząłem tłumaczyć, że w zasadzie muzyka jest ok, że mi nie przeszkadza i że po prostu nie potrafię tańczyć. No puedo bailar wydukałem zestresowany, że moje przeznaczenie się oddala, poszukiwana po całym świecie girl with a heart of gold zniechęci się do nudnego gringo nie chcącego tańczyć. Liczyłem, że ona powie Ale to nic trudnego, chodźmy, naucze cię! Jednak nie powiedziała tak. Spytała się tylko jakiego zespołu mam tiszert. Esto ed Jay Reatard, el musico de punk, de Estados Unidos... A więc tak, lubisz punk? spytała. Odpowiedziałem twierdząco. Me gusta bailar, me gusta ragaton. Przeznaczenie było coraz dalej, wcale jej o to nie pytałem, sama powiedziała. A sí, por supesto! Ratując się spytałem Quierez cerveza? Powiedziała, że lubi mojito. Miałem ostatnie 10$. Nie kontynuowałem więc tematu. Przeznaczenie poszło się pierdolić. Prawie jak w hip hopowej piosence z przed lat Choć byłem tak blisko to spierdoliłem wszystko, tylko dlatego, że nie umiem w takt disco. Parę godzin później widziałem ją z jakimś śniadym frajerem. ... Pamiętam, że miała ładne imie, ale wyleciało mi z głowy. Nieważne.

Potem podeszła do mnie blondynka, którą widziałem na dworcu autobusowym w Quito. Is it possible, that we’ve met in Puerto Rico? spytała. I’ve never been to Puerto Rico so no, but I’m pretty sure that I’ve seen in on the bus station in Quito. odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Coś odpowiedziała i sobie poszła. I to tyle jeśli chodzi o moje podboje. Kupiłem kolejne piwo i wróciłem do swojego kąta. Potem jeszcze jedno. Potem zmieniłem lokal na taki gdzie o dziwo leciało Ramones. Wypiłem kilka kolejnych piw, przegrałem w piłkarzyki z teksańczykiem o imieniu Khaleb. Poszedłem spać. Następnego dnia poszedłem na obiad do włoskiej knajpy, spotkałem polskiego konsula z grupką polaków. Knajpa jest spoko, mają świetną pizze i dobre spagetti Cuatro quessos. Zjadłem, wypiłem kilka piw i się pożegnałem. Wieczorem znów clubbing. W pierwszej knajpie z brzegu spotkałem 20 osobową grupę najebanych polaków. Wzieli mnie za norwega. Przyjechali do Ekwadoru wspinać się, parę dni wcześniej podczas wspinaczki na jakiś tam szczyt jeden z członków z ich ekipy spadł i się zabił. Czego słuchasz? Zapytał jeden z nich. Punk rocka. Znów odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Tak myślałem! Ucieszył się. Okazało się, że on także podziela moje zainteresowania muzyczne. Pogadaliśmy chwilę o kapelach, o warszawskich klubach. Otatnią rzeczą o którą przypuszczałem zostać zapytany w Ekwadorze, na drugiej półkuli, na drugim końcu świata był squat Elba. A jednak, świat jest mały, co? Potem znów się najebałem rumem i browarami.

Ostatniego dnia obudziły mnie hałasy, jakieś śpiewy. Okazało się, że w restauracji hostalu Erupcio, w którym pomieszkiwałem, odbywała sie indiańska stypa. Na środku stała sali stała otwarta trumna, wokół stoły zastawione jedzeniem pełne biesiadników. Stare indianki zawodziły jakąś pieśń, faceci pomimo wczesnej godziny pili alkohol. Chciałem sfotografować trupa, przegonili mnie. Na szczęście pozwolili skorzystać z komputera i sprawdzić mejla. Czytałem wiadomości sportowe a obok ktoś całował nieboszczyka w rękę. Godzinę później byłem w autobusie, z powrotem do swojej dupy świata.

Co do gorących źródeł to mam mieszane uczucia, z jednej strony to miło się tak pomoczyć w ciepłej wodzie, na świeżym powietrzu, z ładnymi widoczkami wokół. Z drugiej jednak strony ilość ludzi sprawiała, że czułem się jakbym znalazł się w zupie. Kolor wody również działał trochę odrażająco, i nasuwała myśli o higienie współkąpiącyh się. Wyobraźnia pracowała niezmordowanie i co rusz wizualizowała pływający naskórek, paznokcie, włosy lub różnorakie wydzieliny ludzkiego ciała, wszystkie jednakowo odrażające. Jednak moim ulubionym akwenem wodnym bezmiennie pozostaje moja własna wanna.

Aha, parę dni później zdałem sobie sprawę, że rozmawiając z argentynką użyłem zlego czasownika. Poder znaczy móc, a nie umieć. To tak tylko na marginesie.

niedziela, 20 lutego 2011

Welcome to the jungle - część 2, ostatnia.

Za małe kalosze i woda z kranu wypita rano dawały o sobie znać. Spuchły mi stopy i coraz bardziej zaczynał boleć brzuch.Czułem się jakbym miał zaraz wykitować.

Przewodnik miał na prawym ramieniu wytuauowaną czaszkę w wojskowym berecie po której pełzał wąż. Od niechcenia zagaiłem go o pochodzenie dziary. Widocznie przeszedł mu kac, bo nagle się rozgadał. Opowiedział, że służył w specjalnej jednostce wojskowej wyszkolonej do działań w dżungli i brał udział w wojnie przeciwko Peru jakoś w latach 90. Wzór ten tatuowali sobie wszyscy żołnierze z tego elitarnego oddziału walczący w tym konflikcie. Opowiadał o różnych przygodach, mniej lub bardziej ekstremalnych, które przeżył na pograniczu ekwadorsko-peruwiańskim. Gdy spytałem go ilu ludzi zabił zamilkł. Gdy spytałem go czy wogóle zabił kiedykolwiek człowieka, spojrzał na mnie takim wzrokiem, że niemam wątpliwości co do tego, że niczym John Rambo, podrzynał z zimną krwią gardła swoim wrogom. Nie kontynuowałem tematu. Resztę drogi przeszliśmy w milczeniu. Przestałem się zastanawiać jak długo idziemy, od myślenia było mi tylko ciężej. Co ciekawe, za wczasu zapomniałem się dowiedzieć ile będzie trwała nasza wyprawa. Zaczęło mi świtać, że nie wrócimy do Teny tego samego dnia...

W końcu dotarliśmy do celu. Mała drewniana chatka, na małej wykarczowanej polanie. Obok jakiś mały ogródek z roślinami i zagroda z kurami i jedną czarną świnią, także małą. Rozciągnięte liany na których suszyły się przeróżne liście. Żadnych mistycznych atrybutów oznajmiających, że trafiliśmy do siedziby Curandero – szamana. Żadnej trupiej czaszki, żadnych skrzyżowanych piszczeli. Żadnej chatki na kórzej nóżce, żadnych czarnych kruków. Tylko klatka z wężami i dziwny, niepokojący zapach unoszący się w powietrzu mogły powodować zastanowienie. Mój przewodnik zatrzymał mnie i podszedł w stronę chaty. Krzyknął coś niezrozumiałego, zapewne w Kichwa. Po chwili ze środka odpowiedział mu chrapliwy głos, równie niezrozumiały. Ahora vamos a comer algo y despues puedes descansar un poquito powiedział uśmiechając się do mnie. Vamos a entrar. Zacząłem się stresować. Jestem z dala od cywilizacji, sam z jakimiś zupełnie obcymi ludźmi, pół dzikusami, uzbrojonymi w maczety i bóg wie co jeszcze. Jeden z nich włada magią, drugi jest wyszkoloną maszyną do zabijania. Już po mnie. Zostane otruty i poćwiartowany. Ale teraz już za późno Weszliśmy do wnętrza chaty, miała kilka metrów kwadratowych, na środku znajdowało się palenisko, z którego tlił się lekki dym. Jedynym wyposażeniem była mata leżąca na ziemi i dwa koszyki stojące obok ogniska. W środku panował pół mrok, dopiero po chwili dojrzalem więc siedzącego w kucki obok ognia zgarbionego staruszka. Ubrany w biały tiszert i bawełniane, połatane spodnie. Na stopach miał gumowe japonki. Gdy spostrzegł, że go zauważyłem uśmiechnął się szeroko prezentując szczerbaty uśmiech. Emanował spokojem i radością. Mimowolnie również szeroko się uśmiechnąłem i przywitałem. Bezzębny starzec chwycił moją dłoń i przywitał mnie w swoim narzeczu. Mimo, że był chudy to miał mocny i pewny uścisk. Wskazał, żebym usiadł na macie. Powiedział coś do przewodnika. Ten wyszedł i po chwili wrócił z jakimiś liśćmi. Okazało się, że stary Curandero wyczuł, że boli mnie brzuch i poprosił mojego towarzysza, żeby przyniósł mi lekarstwo na tę dolegliwość. Byłem zaskoczony, niewspominałem nikomu ani słowem o trapiących mnie problemach. Zgodnie ze wskazówkami zjadłem liście. Jeszcze bardziej byłem zaskoczony, gdy okazało się, że po kilku minutach ból ustał. Szaman uśmiechnął się szeroko po raz kolejny. W tym czasie pojawił się posiłek. Pieczona ryba, zawinięta w liście bananowca czy jakiejś tam palmy. Nadal trochę się bałem, że jako extranjero mogę stać się ofiarą spisku i machlojki (dlaczego nie pomyślałem o tym poprzedniego wieczora, gdy umawiałem się na tą eskapadę?!) i wpaść w sidła ozustów i szalbierzy. Głód jednak zwyciężył. Odpakowałem zawiniątko i pożarłem wszystko. Tilapia z plackami z manioku. Popiłem jakimś dziwnym napojem, chyba lekko alkoholowym. Zapaliłem papierosa. Szaman popatrzył na mnie zamyślony. Po chwili spytał, tym razem po hiszpańsku A donde va? Dokąd zmierzam? Dobre pytanie, chciałbym znać na nie odpowiedź. No se odrzekłem i zaciągnąłem się. Uśmiechnął się tajemniczo. Así odpowiedział po chwili. Naszła mnie senność. Trucizna zaczęła działać? To koniec! pomyślałem. Zasnąłem.

Gdy się obudziłem było już ciemno i padał deszcz. Byłem sam w hacie. Dzięki bogu, nadal żywy. Wyszedłem się rozejrzeć. Dżungla nocą wypełniona była mnóstwem nieznanych mi odgłosów. Mrok rozświetlał jedyie księżyc w pełni, którego blask nadawał pociągającej tajemniczości. Nagle, bezszelestnie, wprost z nicości wyłonił się mój indiański towarzysz Vamonos! zakomenderował Todo listo. Kiwnąłem głową. Kilkaset metrów dalej czekał curandero. Siedział przy małym ognisku, osłoniętym przed padającym deszczem konstrukcją z liści.Tym razem bardziej wyglądał jak szaman. Ubrany w przepaskę biodrową oraz skórę jaguara zarzuconą na plecy. Na głowie miał korono-piuropusz z liści i ptasich piór. Na szyji zawieszone talizmany i różne paciorki. Kazał mi się rozebrać do pasa. Na mym ciele i twarzy wymalował rytualne wzory. Chwycił mnie oburącz za dłonie i zamknąwszy oczy zaczął coś szeptać.

Usadził mnie na macie obok ognia, do którego wrzucił jakieś zioła. Buchnął biały, słodkawy dym. Trwały ostatnie przygotowania. Oto nadchodzi. Mityczna yage. Poszukiwana przez Burroughsa i Ginsberga. Wino duszy jak nazywają ją indianie.

Szaman nucił jakąś melodię paląc tytoń, zwinięty jak niechlujne cygaro. Rozkładał wokół mnie różne talizmany okopcając dymem. Zaciągnął się mocno, podniósł butelkę z brunatną cieczą i dmuchnął do środka. Podał mi ją. Przewodnik powiedział Esto es ayahuasca. Puedes tomar. Serce mi zaczęło szybciej bić, siedziałem pośrodku dżunglii, w nocy, przy świetle księżyca, w towarzystwie szamana i poukrywanych dzikich bestii, których ja nie dostrzegałem, ale one z pewnością śledziły każdy mój ruch. W dłoniach trzymałem plastikową butelkę po wodzie mineralnej pełną płynu o obrzydliwym kolorze. Serce biło coraz szybciej. Wstrzymałem oddech. Wypiłem duży łyk. Smakowało jak, sam niewiem, tak jakoś ziemiście. Jak błoto wymieszane z chwastami, czy coś, dosyć odrażający smak. Uno mas powiedział przewodnik. Łyknąłem po raz drugi. Przełknąłem wszystko dokładnie, próbując się pozbyć smaku z ust, oddychałem powoli i glęboko, żeby się przewietrzyć. Deszcz przestał padać. Zrobiło się duszno. Czekałem. Curandero zaczął śpiewać icaros, obrzędowe pieśni, akompaniując sobie na prymitywnej grzechotce.

Ciągle nic. Kolejne minuty mijają i nadal żadnego efektu i tylko mocny i głęboki, gardłowy, jednsotajny śpiew sprawił, że zacząłem wpadać w lekki trans. Pierwsze efekty pojawiły się po około godzinie. Zaczęło się od mrowienia nóg. Początkowo sądziłem, że to od długotrwałego siedzenia w tej samej pozycji, ale chwile później poczułem jak rozluźniaja mi się wszystkie mięśnie, czułem jakbym się zapadał sam w siebie. Zaczęło się dziwne bzyczenie za oczami a ilekroć mrugałem pojawiały sie wielokolorowe plamy zamieniające się w figury geometryczne. Świat zaczął wirować. Czułem się dziwnie, kręciło mi sie w głowie, ale nie było mi niedobrze. Z głębi lasu zaczęły wypełzać upiorne postaci, chude, wysokie, zbudowane tylko z kości. Miały świecące oczodoły. Gdy były już blisko mnie zaczynały się szczerzyć. Były przerażające, ale się nie bałem. Siedziałem i je chłonołem, czułem jak mnie przenikają. Próbowałem znaleźć w tym wszystkim jakiś sens, bo ayahuasca ma być lekarstwem duszy i pomóc nam znaleźć ostateczną prawdę o sobie, ale nie potrafiłem.

Czytałem, że amazońscy szamani to coś więcej niż tylko zwykli dilerzy zielska, potrafią się komunikować z osobami, których wprowadzili w trans. I nagle poczułem, że mój Curandero znajduje sie w mojej głowie, i mnie prowadzi. Widziałem go jednocześnie w sobie, będącego moim wewnętrznym przewodnikiem, oraz siedzącego na przeciwko mnie, zawodzącego obrzędową, uzdrawiającą pieśń. Może to kurwa schizofrenia pomyślałem. Odezwał się głos za oczami No te preocupes amigo, todo está bien. Spojrzałem na siedzącego starca. Patrzył się na mnie śmiejącymi się oczami. Wiedział, że wiem. Cielo cielo Ayahuascacitoini słowa pieśni brzmaiły jak mantra. Cielo cielo Ayahuascacitoini. Cielo cielo Ayahuascacitoini

Obserwowałem twarze pojawiające się i znikające pośród drzew. Próbowałem wyszukiwać znajomych. Niektórzy pojawiali się jako niemowlaki, inni w podeszłym wieku. Niektórzy byli oszpeceni. Wyrywkowo oglądałem sceny z mojego doczesnego życia, raz przyspieszone, raz zwolnione. Nie jakieś ważne przełomowe momenty, ale jakieś najdziwniejsze, zupełnie błache sprawy. Nie widziałem porodu, szkoda. Ayahuasca daje również możliwość jasnowidzenia, niestety swojej śmierci czy pogrzebu również nie widziałem, też szkoda, z próżności chciałbym wiedzieć kto się na nim zjawi i czy dużo osób przyjdzie. Widziałem za to kilka innych śmierci, ale nie będe o tym wspominał, żeby nie zapeszać. Nagle zachciało mi się rzygać. Zacząłem wymiotować. Rzygałem kilka minut. Skończywszy czułem się jakbym był bardzo lekki. Miałem wrażenie, że pozbyłem się wszystkich problemów. To było miłe rzyganie. Szaman poczęstował mnie papierosem. Zapaliłem, zaciągnałem się i ponownie zacząłem się zapadać i falować. Położyłem się, a w zasadzie opadłem bezwładnie na matę. Wokół mnie pojawiały się duchy roślin i tropikalnych zwierząt. Rozmawiałem z nimi a głowa zamieniła się w balon, który chciał odlecieć. Znów się zrzygałem. Zostałem zaatakowany przez stado rozwścieczonych mrówek, które zaciekle szarżowały na moje stopy, potem zjawiły się postaci wyglądające jak pre-kolumbijskie rzeźby i odpędziły intruzów. Ich głowy również rosły, w pewnym momencie wszystkie wybuchły i zalały mnie ciepłym światłem. Skulilem się, szaman w głowie powiedział żebym głęboko oddychał. Było mi dobrze. Zapadłem się ostatecznie. Byłem spokojny jak nigdy wcześniej. Przestałem stawiać jakikolwiek opór działaniu ayahuasci. Pozwoliłem jej krążyć po moim wnętrzu. Przelewała się przezemnie jak Amazonka przez gęstwine lasu. Wypłukiwała to co stare, nanosiła nowe. Nie miałem wrażenia, że stał się jakiś cud, że doznałem olśnienia a raczej, że odnalazłem coś pierwotnie oczywistego. Co takiego, tego niestety nie wiem do dziś… Zaczęły ciec mi łzy a jednocześnie nie mogłem przestać się śmiać.

Po kilku godzinach, a może minutach, niewiem, wizje zaczęły się rozmywać. Ayahuasca przestawała działać. Curandero, ten mały stary człowieczek, podszedł i podniósł mnie z ziemi i przytulił. Szeptał coś. Plamy po rzygach świeciły. Ognisko się dopalało.

Ponownie obudziłem się w chatce. Obok mnie siedział przewodnik. Uśmiechał się. Dał mi butelkę wody. Łapczywie wypiłem całą. Zjadłem jakieś owoce. Ahora podemos volver amigo powiedział. Wyszliśmy na zewnątrz, rozejrzałem sie wokoło. Nigdzie nie mogłem dostrzec szamana. Chciałem się o niego spytać ale wewnątrz siebie usłyszałem głos, już po raz ostatni, żegnający mnie. Pożegnałem się również, też w myślach. Spojrzałem na przewodnika. Uśmiechnął się. Wiedziałem, że wie…

Doszliśmy do jakiejś rzeki. Wróciliśmy motorowym czułnem. Przez całą drogę powrotną milczeliśmy. Paliłem papierosy i myślałem. Było mi troche głupio, czułem się jak nawiedzony hipis, fan new age’u, maniak pozytywnego myślenia. Ale czułem się bardzo dobrze, jakoś inaczej. Nie żebym odczuwał wielką, głęboką zmianę. To była taka delikatna, ale znacząca róznica. Wyciszony, połączony z rzeczywistością (znów to new agowe pierdolenie). Płynęliśmy dosyć szybko, wiatr rozwiewał włosy, chłodna bryza rozpryskującej się wody przyjemnie chlapała mi na twarz, trzeźwiałem. Przypomniało mi się pytanie, które zadał mi Curandero – Dokąd zmierzasz? Tego niestety w dalszym ciągu niewiem. Ale w chwili obecnej nie obawaiłem się tego aż tak bardzo.

Tena…kurwa, znów jestem w Tenie.. Poszedłem na piwo do tego zagubionego, obskurwiałego baru. Rano znów obudzę się z kacem i obolałymi stopami.

piątek, 18 lutego 2011

Welcome to the jungle - część 1.

Wiatrak pod sufitem w klaustroboficznym pokoiku z warkotem systematycznie ciął gęste i lepkie powietrze. Nie dawało to jednak żadnego wytchnienia, a wręcz przeciwnie, przeraźliwe skrzypienie nie pozwalało spać i potęgowało kaca, pociłem się więc podwójnie a głowa pękała na drobne cząsteczki.
Tena... kurwa, ciągle jestem w Tenie... Za każdym razem gdy myślę, że obudzę się z powrotem w dżunglii. Wstałem, wziąłem aspirynę i leki na serce. Popiłem je wodą z kranu, wiem, tak nie można, nawet tubylcy nie pija tu wody z kranu, ale po prostu kurwa nie miałem siły iść po cokolwiek innego. Otowrzyłem okno, do pokoju wdarło się gorące powietrze i słabe odgłosy miasta. W Tenie nie ma zbyt dużego ruchu na ulicach. Papieros na czczo i reszta wczorajszego piwa. Pilsener i świeżo otwarty, wyjęty z lodówki smakuje paskudnie. Ciepły i wygazowany smakuje jak szczyny. Zrzygałem się. Zegarek wskazywał 7 rano. Została mi jeszcze godzina do umówionego spotkania z indianinem, który miał mnie zabrać do dżungli na spotkanie z szamanem i ayahuascą. Wyszedłem z hotelu, poszedłem coś zjeść. Złapałem taksowkę i pojechałem na przedmieścia gdzie mieszkał mój przewodnik. Fryzura jak amerykański marines, krzywy, wielokrotnie łamany i źle zrośnięty nos, niski i przysadzisty. Dumne oczy i tajemniczy uśmiech. Ubrany w spodnie dresowe i wojskową kamizelkę. Czystej krwi Kichwa, jego przodkowie żyli tu przed tysiącem lat. Mieli szczęście, przetrwali zapędy Inków i barbarzyństwo Hiszpanów. Nie przestraszyli się poszukiwaczy złota, poszukiwaczy kauczuku i ropy naftowej, wyrębu lasu deszczowego. Nie zabiły ich choroby weneryczne, epidemie cholery, dżumy, alkoholizm. Poznałem go poprzedniej nocy w knajpie, jedynej czynnej w środku tygodnia spelunie w Tenie, przyciągającej, tak jak światło latarni przyciąga ćmy, poza znużonymi tubylcami, przede wszystkim wszystkich białych, zagubionych na tym odludziu, złaknionych towarzystwa innych białych i taniego alkoholu. Podłe szumowiny z całego świata, uciekające przed samymi sobą i grzeczne dziewczynki z dobrych domów podróżujące w celu zdobycia doświadczenia i interesującego wpisu do cv o odbytym wolontariacie w kraju trzeciego świata oraz moralnego upadku o którym nie wspomną rodzicom a z wypiekami będą opowiadać znajomym w domu. Każdy z nich zastanawia się Co ja tu kurwa robię? ale nikt nie daje tego po sobie poznać, wszyscy udają, że się dobrze bawią i ruszają się w rytm latynoskiej muzyki popijając rum z colą. Już niewiem czy to ja zaczepiłem jego (co jest mało prawdopodobne, ale po pijaku możliwe) czy on mnie. To w sumie nieważne. Dogadaliśmy się jakoś, że zabierze mnie w głąb dżungli, pozna mnie z szamanem i mityczną ayahuascą. Oczywiście wiele jest takich wycieczek dla naiwnych turystów, podczas których obiecują ci, że zobaczysz prawdziwych dzikich, staniesz oko w oko z niebezpieczeństwem, jaguarem, anakondą albo łowcą głów, a jedyne co widzisz to znudzeni indianie w czapkach chicago bulls i plastikowych koralikach udający, że sa groźni i zlękniona kapibara przywiązana do drzewa. Mimo wszystko, pewno za sprawą nadmiaru alkoholu albo jakiejś plemiennej magii, zdecydowałem się na wycieczkę.
Dostałem parę kaloszy, o rozmiar za małych i ruszyliśmy. Mój przewodnik nie był zbyt wygadany, ale w sumie mi to odpowiadało, nie władam na tyle biegle hiszpańskim by móc sobie pozwolić na niezobowiązującą pogawędkę z indianinem. Co jakiś czas tylko przystawał i opowiadał o mijanych roslinach Esto es coś tam, esto es coś tam innego prezentował lokalną florę i po krótce wyjaśniał do czego dane okazy były stosowane przez jego pobratymców od setek lat. Jedno leczy kaszel, inne działa na korzonki, coś innego jeszcze jest afrodyzjakiem. Z uznaniem kiwałem głową i odpowiadałem A si, si. Claro, por su puesto! Po jakiejś godzinie marszu nie czułem się specjalnie podekscytowany tym co widzę, w zoo w Pradze widziałem bardziej emocjonującą inscenizacje lasu tropikalnego, na dodatek z dziką zwierzyną, tu jedyne żywe stworzenia jakie widziałem to motyle i smutni indianie z końmi objuczonymi workami z jakimiś owocami na handel, którzy nas co jakiś czas mijali w milczeniu. Po kolejnych 30 minutach natrafiliśmy na mroczną jaskinie. Przewodnik stanął i zaczął zdejmować spodnie, mnie poprosił o to samo. Zostałem w tiszercie bokserkach i kaloszach sięgających kolan. Indianin dał mi latarkę i powiedział, że wchodzimy do jaskini. Opowiedział przy okazji, że jest to święta jaskinia dla indian Kichwa, ukrywał sie w niej przed hiszpanami jakiś wielki wódz i była ona przed wiekami miejscem kultu, składano w niej ofiary matce ziemi Pacha Mama. Pozwolił sobie również na wylewność, i przeprosił, że mało mówi, ale upił się wczoraj i ma kaca. Uśmiechając sie ze zrozumieniem pokiwałem głową i znowu powiedziałem A si, si. Claro, por su puesto. Odwzajemnił uśmiech, machnął ręka i krzyknął Vamos! Zapaliliśmy latarki i ruszyliśmy w głąb czeluści, ku trzewiom matki ziemi. Wewnątrz plynęła rwąca rzeka, a jedyna droga wiodła środkiem jej koryta. Brnęliśmy więc w zanurzeni po pas w lodowatej wodzie. Kalosze pełne wody nie dawały się ruszyć z miejsca. Co chwile przelatywały nietoperze a zapach guana unosił się w powietrzu i powodował odruch wymiotny. Szliśmy tak, czasami plyneliśmy a czasami pełzneliśmy, sam niewiem jak długo. Po pewnym czasie zaczęło się robić bardzo duszno i gorąco. W oddali pojawiła się jasna smuga światła. Wyjście z tunelu było dosyć wąskie, wygramolilem się stamtąd z niemałym wysiłkiem. Przedarliśmy się przez zwoje pnączy i znaleźlismy się na niewielkiej polance. Wycieńczony zacząłem łapczywie oddychać. Powietrze ostro pachniało ziemią, przesycone zapachem śmierci i narodzin, wonią roślinności i mocno wyczuwalnym, pierwotnym zapachem zgnilizny. Indianin uśmiechnął się, powiedział, że robimy przerwe. Zapaliłem papierosa. Zakręciło mi się w głowie, musiałem usiąść. W miedzyczasie przewodnik odszedł na bok, wyjął maczetę, wdrapał się na drzewo i po chwili wrócił z jakimiś owocami, których nazwy nie pamięta, a może nigdy nawet nie poznałem. Były smaczne. Było strasznie gorąco, duszno i parno, cały się kleiłem, wymazany mieszaniną potu i błota, które podobno doskonale zabezpiecza przed muszkami i moskitami latającymi jak szalone wokół mojej głowy. Ruszyliśmy w dalszą drogę. Zaczęliśmy się wspinać w górę, po błotnistym zboczu. Nogi grzęzły po kolana, co chwila ześlizgiwałem się z powrotem w dół. Wspinaczka zdawała się nie mieć końca, czułem się jak Syzyf, bez głazu, ale taplający się po pas w gównie całego świata. Z każdym krokiem było coraz ciężej, zrobiło mi się słabo, miałem mroczki przed oczami. Ledwo oddychałem, papieros chyba nie był najlepszym pomysłem... Ta męczarnia trwała ponad godzinę, niewiem na jaką wysokość weszliśmy, pewno dosyć nisko, ale dla mnie było to jak jakieś pieprzone Kilimanjaro. Na szczycie zrobilismy przerwę. Przewodnik poklepał mnie po ramieniu. Muy bien powiedział. Czułem, że jestem cały blady. Wypiłem całą butelke wody, którą miałem w plecaku. Pierdolę wodę, pierdolę ayahuascę. Oddał bym życie za butelkę piwa pomyślałem i w tym samym momencie się zrzygałem. Niewiem czy ze zmęczenia, czy na wpsomnienie wczorajszego pijaństwa, czy może z powodu wciąż męczącego kaca (a może bylo to spowodowane wszystkimi powyższymi powodami). Mój towarzysz popatrzył na mnie dobrotliwie swoimi dużymi czarnymi oczami i znów sie odezwał No te preocupes, estamos cerca! Ocierając usta brudną koszulką pokiwałem tylko głową i resztką sił wybełkotalem Yhy, si, si...
Znowu ruszyliśmy, dżungla była gęstsza niż do tej pory, szliśmy po płaskim, ale gęsta plątanina roślinności powodowała, że przemieszczaliśmy się z prędkością mniejszą niż pod tą zasraną górę. Przewodnik wyjął z plecaka maczete i torował przejście. Wlokłem się za nim resztką sił. Niewiem jak daleko jeszcze do końca, a przed nami przecież jeszcze droga powrotna... Byłem przerażony. Z drugiej jednak strony to była właśnie dżungla o jakiej całe życie myślalem, tak to sobie zawsze wyborażałem i kurwa, właśnie czegoś takiego chcialem doświadczyć. Komary, latające kolibry, dzikie rwące rzeki, plątanina pnączy, nietoperze w niebezpiecnzych jaskiniach. Brakuje tylko kanibalii i dzikiej zwierzyny. Ale jedno i drugie już dawno zostało przetrzebione, nawrócone albo ucieklo gdzieś bardzo daleko w głąb dżunglii, gdzieś gdzie prawdopodobnie nigdy, będąc o zdrowych zmyslach, nie zdecyduję sie wybrać. Chyba, że znów się najebię i spotkam przekonującego przewodnika.

niedziela, 13 lutego 2011

Na walentynki.

Już zapomniałaś, już nie piszesz, że tęsknisz. Już wogóle nic nie piszesz. Może to i lepiej, mam inne problemy, inne zmartwienia. Walczę z biegunką, to takie częste w tropikach. To mnie zajmuje, pochłania i wyniszcza. I tylko czasami wieczorami jak próbuję zasnąć spocony, tak sobie myślę i wtedy mi trochę smutno. Ale szybko przechodzi bo znów mi się srać chce i znów biegnę do śmierdzącego kibla. I te wszystkie głupoty odchodzą.

sobota, 12 lutego 2011

Vamos a la selva

Wyjazd z Quito zdawał się trwać całą wieczność. Miasto ciągneło się w nieskończoność. Kilometry obrzydliwych przedmieść, osiedli. Lewe warsztaty samochodowe sklecone z blachy falistej, motele na godziny, burdele, domy z szarej cegły, setki domów z szarej cegły. Jeden na drugim, przytwierdzone do stromego zbocza, ledwo trzymające się kupy. Brak wentylacji, zwalisty sąsiad na fotelu obok. W telewizorze film o katastrofie kolejowej. Naszczęscie zasnąłem.

Obudziłem się gdy autobus kluczył już gdzieś wysoko w Andach. W ipodzie leciało The Cure – Just like heaven. A ja byłem w niebie, ponad chmurami. Lost and lonely. Just like heaven. Dookoła tylko wieczna szarzyzna i skarłowaciałe drzewa, a może to już krzewy, sam niewiem. Z pewnością zupełnie nie tak wyobrażasz sobie niebo. Samotność i zagubienie? To już prędzej, o to tutaj nie trudno.

Napis na mijanym przydrożnym kamieniu głosi – Altura – 3900m. Życie tu wymaga nadludzkiego wysiłku. A ludzie faktycznie tu żyją i mieszkają. Co rusz autobus zatrzymuje się pośrodku niczego, z jednej strony wielka przepaść, z drugiej gigantyczna chmura, wysiada indianin z kurami, wsiadają kolejni z workiem nawozu, chwile dalej dosiadają się dziewczynki w mundurkach szkolnych. Wysiadają staruszkowie w tradycyjnych kapeluszach z koszami pełnymi kukurydzy. Skąd oni się tu biorą?

Autobus po raz kolejny staje gdzieś tam. Wsiadają amerykańscy backpackerzy z wielkim ekwipunkiem. Brodaci, opaleni, a w zasadzie ogorzali od wysokogórskiego słońca, którego niby nigdy nie widać ale jednak jest i doskwiera, niedomyci, śmierdzący. I tylko śnieżnobiałe zęby, jak z reklamy telewizyjnej, zdradzają, że zdobycze cywilizacyjne nie są im obce. Zdystansowani i wyluzowani jak XX wieczni beatnicy, współcześni włóczędzy dharmy w swoich starych swetrach i znoszonych czapkach. Poszukujący sensu życia, ciagle w drodze, a może szczęśliwie go odnalazłszy powracający do swoich przedmieść.

Co chwila mijamy znaki drogowe Curva Peligrosa. Co chwila przydrożne krzyże, cmentarzyki, kapliczki z płonącymi świeczkami i świeżymi kwiatami.

W słuchawkach Jim Morisson śpiewa I’m gonna love you till the heaven stop to rain. Tu gdzie jestem deszcz nigdy nie przestaje padać. Leje 365 dni w roku. Jim wieszczy nam wieczną miłość na tych smutnych, pogrążonych w chmurach szczytach.

Powoli zaczynamy zjeżdzać w dół, wschodnimi zboczami, roślinność zaczyna się zmieniać z wysokogórskiej w tropikalną. Coraz więcej palm, dzikich bananowców, bambusów i eukaliptusów. Jesteśmy coraz niżej, majestat gór zaczyna powoli bujać w gęstych, ciężkich szarych obłokach. Nad Rio Guango mijamy osuwisko po lawinie błotnej, która spadła w nocy. Mój współtowarzysz podróży chrapie, z głośników leci ragaton a w telewizorze film sensacyjny ze Steavenm Seagalem. Straszliwie chce mi sie siku, niestety autobusy nie mają w zwyczaju robić przerw... Zjadłem ostatnie ciastko i wypiłem sok. Droga wije się po wzgórzach bardziej niż dotychczas. Chmury nie odstępują nas na metr, jak nisko byśmy nie zjechali, one są tam z nami. Wielkie, szare, cięzkie jak ołów. Przytłaczające. Bez ustanku kapie z nich woda, która chwile później w postaci pary z powrotem powróci do góry, potem znów spadnie i tak bez końca.

Niewiem ile już godzin jedziemy. Nie mogę usiedzieć, każdy zakręt to męczarnia. Ślizgam się na fotelu a gacie coraz mocniej i głębiej wpijają mi sie w dupe i jaja.

Wreszcie mijamy wielki napis Bienvenidos A La Amazonia. Dołem płynie szeroka rzeka, półnagi indianin zanurzony w wodzie łowi ryby na zarzutnię. Mijamy Rio Napo, jeden z największych dopływów Amazonki. Po chwili autobus dociera do Teny. Wita nas nieziemski upał i wilgotność. Oto przedsionek wielkiej Selvy, mitycznej, mistycznej, życiodajnej albo uśmiercającej , nieposkromionej dżungli. Albo to kochasz, albo nienawidzisz. Tu nie ma nic pomiędzy.

W ipodzie puszczam Run through the jungle w wersji Gun Club. Pasuje jak nigdy przedtem.

wtorek, 8 lutego 2011

Quito

Znudzony egzystencją w swojej zardzewiałej mieścinie wyruszyłem w podróż po Ekwadorze. W niedzielną noc poszedłem z walizką na kółkach na szose i złapałem autobus w stronę Quito. Zasnąłem. Obudziłem się w Santo Domingo gdzie czekała mnie przesiadka. Szybkie siku, kupno biletu na kolejną część trasy. W Santo Domingo nie dawno zabili w bardzo brutalny sposób, w nie wyjaśnionych okolicznościach polskiego misjonarza. W polskich gazetach pisali, że była to napaść czysto rabunkowa, tutaj okazuje się, że nie jest to wcale takie oczywiste. Tego typu historie są tu jednak na porządku dziennym, więc prawdopodobnie policja nie specjalnie zaangażowała się w rozwiązanie sprawy.

Wsiadam do kolejnego autobusu. Próbuję zasnąć. Do środka wsiada mężczyzna z plecakiem i zaczyna coś z ożywieniem opowiadać. Po autobusie rozchodzi się słodkawy, nie przyjemny zapach. Kończy opowieść, podwija nogawkę i prezentuję swoją gnijącą nogę. Z podniesioną w górę kończyną posuwa się mozolnie w głąb autobusu, w moim kierunku. Jest coraz bliżej, ekwadorczycy dają mu drobne dolary. Smród robi się nie do zniesienia, z nogi kapie ropa, odchodzi skóra, widać mięso. Gdy mnie mija wstrzymuję oddech i odwracam wzrok. Coś do mnie gada ale nie słucham, udaję, że śpię. Odszedł. Otwieram na oścież okno. Pełno tu takich handlarzy potwornością, własnym kalectwem. Im bardziej szpetni i powykręcani tym chętniej eksponują swoje ułomności i niezaleczone rany oczekując w zamian jałmużny. Poczciwi tubylcy, chętnie im ją wręczają.

Po drodze autobus potrącił psa. Usłyszałem przerażający skowyt, wyjrzałem przez okno, ale w ciemności nic nie ujrzałem. Nikt poza mną zdawał się tego nie słyszeć. O 5 rano wjeżdzamy do Quito. Położone w ogromnej dolinie, prawie 3 tyś metrów nad poziomem morza, rozpościera się na potężnych wulkanicznych zboczach Andów. Pierwsi osiedlili się tu setki lat temu indianie Quitu. Potem przybyli hiszpanie z ogniem i krzyżem, cywilizacją i chorobami. Dalszego ciągu łatwo się domyslić, po indianach została tylko nazwa. Wielkie miasto – pomyślałem idąc przez dworzec autobusowy –tego mi potrzeba. Potrzebuję nienawiści i konsumpcji – myślałem pijąc piwo w dworcowym barze. Wsiadłem w trolejbus, który piął się mozolnie w górę to znowu zjeżdzał w dół. Po dosyć długiej przejażdzcze dotarlem ze swoją walizeczką do znajomej. Wykąpałem się, przespałem jeszcze chwilę i wyruszyłem na spacer. Nie zwiedziłem starówki, pozostałości kolonialnej świetności pozostawiłem sobie na kolejną wizytę. Pojechałem zobaczyć miasto, nowoczesne, współczesne miasto. Takie jak każde inne wielkie miasto na całym świecie. Z wieżowcami, z sieciowymi fast foodami, ze studiami tatuażu. Nie przypuszczałem, że stanie się to tak szybko, ale tęskniłem się za tym. Nie wątpilem, że zabraknie mi motłochu miasta, homogeniczności metropolii, ale stalo się to szybciej niż przypuszczałem. Złakniony gwaru spacerowałem ulicami Quito. Po prostu chodziłem. Nic więcej. Widziałem bazar z pamiątkami dla turystów, widziałem plakaty reklamujące koncerty black metalowe, widziałem grafitti na murach, widziałem park w którym loklani punkowcy pili piwa. Najbardziej zafascynowała mnie jedna rzecz, piękne dziewczyny w szkolnych mundurkach. W całym Ekwadorze do szkoly chodzi się w mundurku, ale Quito to cudowne miasto ślicznych młodych dziewcząt o czarnych włosach i indiańskich, dumnych rysach! Wrócę tu dla nich. Obiecuję. A tymczasem wyruszam z walizeczką i zatwardzeniem (to podobno częsty problem wynikający z ciśnienia na takiej wysokości) dalej. Na wschód. Adios wiecznie pochmurne Quito.

niedziela, 6 lutego 2011

El Payaco

Dostałem ulotkę reklamującą przybycie cyrku. Circo Gigante Modelo – Vealo Hoy! Nigdy w życiu nie byłem jeszcze w cyrku. Ulotka zapowiadała śmiertelnie niebezpieczne popisy akrobatów z grupy Pendulo de la muerte, przebiegłe sztuczki wielkiego maga Sulimana oraz wyglądającego na ulotkowym zdjęciu dosyć makabrycznie i odstraszająco, clowna Pitito. Zachęcony czekającą mnie mocą atrakcji postanowiłem, że się wybiorę. Zapowiadał się cudownie absurdalny wieczór, Na szczęscie znajomy ekwadorczyk uświadomił mi, że będąc jedynym gringo w cyrkowym namiocie, do tego nie mówiącym po hiszpańsku, to ja stanę się głównym wydarzeniem wieczoru. Będzie to żałosne one-man-show. To ze mnie Pitito będzie stroił żarty, których nie będę rozumiał, to mnie Suliman pozbawi ostatniej jedno dolarówki, to mnie zebrana gawiedź będzie wytykała umazanymi tłustym jedzeniem paluchami i głośno wyśmiewała. Chyba jednak nie mam wystarczająco dużo dystansu do samego siebie by znieść taki wariacki seans w tropiku. Na pamiątkę pozostanie mi jedynie ulotka, brzydsza niż te reklamujące w Warszawie burdele.