poniedziałek, 17 stycznia 2011

Mango.

Za domem w którym mieszkam płynie rzeczka, ściek, odzielająca taką niby lepszą część miasteczka od tej gorszej, przeradzającej się w slums. Rzeczka nie jest pokaźnych rozmiarów, nurt ma dosyć rwący, ale jest wąska. Płynie za to w dosyć głębokim korycie. Po mojej stronie rosną nad nią drzewa mango, po drugiej, tej gorszej, tuż nad samym brzegiem, jakby wystawały pionowo wprost z wody, tak jak w Wenecji, stoją brzydkie, murowane domki. Jeden szczególnie rzuca się w oczy, gdyż pomalowany jest na jaskrawy pomarańczowy kolor i posiada balkonik, ganek czy też mini patio zawieszone parę metrów bezpośrednio nad nurtem wody. Na ganku zawsze kręcą się dwa psy. Brązowy, większy biegający wolno i drugi, mały kudłaty bialy kundelek na łańcuchu. Ilekroć spoglądałem w strone rzeki te psy tam były. Tam śpią w prowizorycznej budzie, jedzą, srają i bawią się. Te kilka metrów kwadratowych to cały ich świat.

Poszedłem dziś z nudów nad rzeczkę, pozrywać mango. W nocy mocno padało, więc śmierdziała bardziej niż zwykle i niosła ze sobą więcej śmieci. Butelki po piwie, plastikowe opakowania, stare klapki. Psy z naprzeciwka były żywo zainteresowane wszystkim co przepływało parę metrów pod nimi. Szczekały, piszczały, wierciły się rozentuzjazmowane. Zbierałem mango, spuściłem wzrok ze zwierząt, więc niewiem jak do tego doszło, ale nagle usłyszałem, żałosny pisk. Gdy się odwróciłem ujrzałem małego, białego kundelka zwisającego na łańcuchu z balkonu. Łańcuch był za krótki by pies dotknął powierzchni wody, a pies za mały i za lekki by spadając na łańcuchu skręcić sobie kark i ulżyć nadchodzącemu cierpieniu. Znalazłem się w nieciekawym położeniu, przez wstrętny zbieg okoliczności stałem się świadkiem śmierci przez powieszenie niewinnego zwierzęcia. W zasadzie można by powiedzieć, że była to przypadkowa próba samobójcza. Jednak jak kolwiek by na to nie spojrzeć, przykra sprawa. Chcąc zaalarmować mieszkańców domu zacząłem rzucać w drzwi kamieniami. W tym czasie przerażony kundel wierzgał nerwowo w powietrzu wszystkimi kończynami i beznadziejnie próbował złapać dech w piersi. Kamienie okazały się bezskuteczne. Zacząłem rzucać zebranymi owocami. Jedyny skutek jaki osiągnałem to watacha dzieci, która się zleciała i myśląc, że się dobrze bawię, ciesząc się niezmiernie zaczęła rzucać ze mną. Niestety prosto w psa, który z wywieszonym językiem wydawał z siebie coraz żałośniejsze dźwięki i którym telepały jakieś wewnętrzne przed śmiertne wstrzący. Jeden z ciskanych przez dzieciarnie kamieni trafił prosto w główe. Pies przestał skomleć, przestał się ruszać. Po śnieżnobiałej kręconej sierści popłynęła krew. Dzieci zaczęły krzyczeć i się rozpiechrzły. Ktoś niechcący ulżył mu w cierpieniach. Drugi pies leżał na balkonie, ze spuszczoną głową i spoglądał za swoim kompanem. -Lukas, Lukas! Mira, mira! Mangos para tí! Zaczepił mnie wesoło mały chłopiec w koszulce reprezentacji Hiszpanii. –Gracias odpowiedziałem i wziąłem owoce. Pies żałośnie dyndał kilkadziesiąt centrymetrów nad śmierdzącą wodą. Poszedłem umyć mango.

2 komentarze: