niedziela, 23 stycznia 2011

gringo por las calles

-Idź przeżywaj i doświadczaj.

-Ale ja lubie rozmyślać. To bardziej mój styl. Obserwacja i rozmyślanie.

-Obserwacja i rozmyślanie to właśnie przeżywanie.

-Ok, to w takim razie przeżywam cały czas!

Chodzę więc i obserwuję. I rozmyślam. I jedyne co mi się nasuwa na myśl to to, że nigdy w życiu nie byłem jeszcze w brzydszym miejscu. Wydaje mi się, że znalazłem się w absolutnej dupie świata. Mieście absolutnie zapomnianym nie tylko przez Boga, ale także przez innych ludzi. Bo nie jestem w stanie sobie wyobrazić powodu dla którego ktoś o zdrowych zmysłach miałby tu przyjechać. A jednak ktoś tu przyjeżdża, bo w miasteczku naliczyłem aż 5 hoteli. Zatem muszą tu być jacyś przyjezdni goście. Wszystkie zgodnie wymalowanych mają po kilka gwiazdek, może zatem powinienem był zapłacić za luksusowy apartament w jednym z nich, wynająć jakiś panthouse na ostatnim piętrze. Ale nie zdecydowałem się, to zbędny wydatek, a pozatym odczuwam swoistą potrzebę upodlenia się. Po przyjeździe w takie miejsce nie wypada opływać w luksusy. Miejscowi mogli by to źle odebrać. Już teraz wystarczy, że gdy idę kupić szlugi to okoliczne szemrane towarzystwo pogwizduje za mną i krzyczy Ey gringo! A donde vas? A ja tylko ich mijam szybkim krokiem i udaję, że wcale mnie to nie stresuje i staram się nie myśleć o tym, że w tej zatęchlej dziurze na końcu świata tygodniowo zabija się około 10 osób. Staram się asymilować, nie gadam do ludzi po angielsku, staram się jak mogę przypomnieć sobie cokolwiek z lekcji hiszpańskiego w liceum. Marlboro Blancos y six pack de Club por favore. Mam dobre chęci lecz nie zawsze mi wychodzi, zwykle nie rozumiem tego co mi odpowiadają i szybko zostaję zdekonspirowany. Niezrażony tym i starając się być przyjaźnie nastawionym odpowiadam Muchos Gracias señor po czym niepewnie rozglądając się na boki oddalam się do swojej noclegowni.

Zdaję sobie sprawę, jak wielkie musi być zaskoczenie tubylców, którzy widzą mnie idącego po ulicach z aparatem w ręku i robiącego zdjęcia zdychającemu z upału psu, świńskim łbom po których łazi stado much, czy brzydkim, obskurwiałym budynkom w upadłym centrum miasta. Niekiedy z ich twarzy wyziera niedowieżanie. Co, gdzie, jak, dlaczego, po co?! Prawdopodobnie sądzą, że nie jestem w pełni zdrowy na umyśle, albo w najlepszy wypadku, że jestem kolejnym pazernym na ich dolary ewangelickim kaznodzieją, wprost z jakieś równie zapadłej dziury, tylko, że gdzieś w Estados Unidos. To jedyni biali którzy się zapuszczają do takich miejsc. Backpackersi, pomimo swego upodobania dla niewydeptanych szklaków wybieraja jednak bardziej urokliwe miejsca.

Wszystko jest tu absolutnie brzydkie. Mało urokliwi są ludzie (gdzie te śliczne latynoski?). Wstrętna jest architektura, będąca w zasadzie raczej czymś w stylu anty-architektury. Totalne zaprzeczenie, nie tyle piękna, bo to zdecydowanie za mocne słowo w tym kontekście, ale jakiejkolwiek szeroko pojętej estetyki. Podstawowym budulcem jest blach falista, a w zasadzie jej ochłpy. Posiada bardzo duży szereg zastosowań. Brzydkie są zwierzęta, wychudzone, wyliniałe psy pokryte strupami i pchlami. Nawet owoce sprzedawane na straganach wyglądają paskudnie. Brzydkie banany, wstrętne pomarańcze. Nie tak wyglądają one na opakowaniu soku Multiwitamina.

A jednak w tych blokach, na tych ulicach żyją ludzie. Walczą o byt, przeżywają uniesienia, chwile rozpaczy. W swoich mieszkaniach łkają, srają i wydają na świat potomstwo. Kochają i nienawidzą, co dobitnie widać po napisach na murach. Te Amo Maria. Te amo ktoś tam. Melanie es puta! Życie kwitnie jak w każdym innym miejscu na ziemi.

Poza brzydotą doskwierać może również fakt, że wszędzie do okołą śmierdzi. Smród unosi się z nad rzeki, z ulicznych kramów ze smażonym na starym oleju wszelkiego rodzaju jedzeniem. Ze zwierzęcych ekstrementów, z gnijących odpadków zalegających na ulicach. Smród budzi człowieka wnikając do pokoju przez otwarte okno, wydobywa się z kibla, z rur kanalizacyjnych. Osiada na skórze i ubraniu i towarzyszy już do końca dnia, mieszając się z dziesiątkami innych woni... Jest wszechobecny.

Chodząc tak i obserwując nagle omal nie dostałem zawału z zachwytu, gdy na lokalnym bazarze zostałem przywołany przez piersiastą dziewczynę o kruczo czarnych włosach i indiańskej urodzie (co w tych stronach nie jest bardzo częste). Ey gringo, aqui, aqui! Wołała i zapraszała do swojego stoiska ze świeżym, ociekającym jeszcze krwią mięsem. Carne de chancho! Reklamowała towar. Uśmiechnąłem się i coś tam wybełkotałem. Chciałem zrobić zdjęcie ale sie wstydziłem. A pozatym staram się robić zdjęcia tylko szpetnym rzeczom, a ona zdecydowanie była piękną istotą. Nie pasowała by do mojej koncepcji. Mam nadziję, że już więcej jej nie spotkam, bo mi będzie smutno, że się boję zagadać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz