środa, 19 stycznia 2011

Tormenta Tropical

Cały dzień było potwornie gorąco, koło 40 stopni i strasznie duszno, że ciężko było oddychać. Pociłem się srając, jedząc obiad a nawet pod prysznicem, który brałem ze 4 razy i tyle samo razy musiałem zmieniać tiszert bo każdy po kolei był doszczętnie przepocony. Całe ciało pokryte lepką mieszaniną brudu i słonego potu. W takich warunkach przestajesz zwracać uwagę na to, że śmierdzisz. Siedziałem w pokoju i myślałem, że zdechne jak ten pies pod drzwiami. I nagle stało się. Najpierw zerwał się wiatr, a w chwile potem uderzył piorun.W przeciągu kilkudziesięciu sekund rozpętało się prawdziwe tropikalne piekło (a w zasadzie jego totalna odwrotność). Wyszedlem na taras by zaczerpnąć powietrza, przewietrzyć się i ochłodzić. Hektolitry wody lejące sie z nieba. Czuję się jakbym odwiedzil wodospad Niagara, przeraźliwy hałas miliarda kropli uderzających w blaszany dach (który okazuje się, wcale nie jest wodoszczelny!) powoduje, że niesłyszę nawet własnych myśli, silny wiatr tworzy bryzę, a ściana wody na horyzoncie zdecydowanie ogranicza widoczność. Całe życie nagle zamarło. Miasteczko ucichło i tylko chłopaki na boisku nie przestali grać, dalej biegają niezmordowanie w koszulkach Barcelony de Guayaquil, z logo najgorszego chyba browaru na świecie Pilsener. Nawet jakby żwawiej zaczęli się poruszać, ale w sumie dopiero teraz da się żyć. Nawet oni, przyzwyczajeni przecież do upału, leniwi z natury latynosi, byli dziś bardziej ospali niż na codzień. Deszcz zmył z nich pot, i resztki żelu ze starannie ułożonych fryzur. Gra nabrała tempa a oni życia. A ja kurwa zapomniałem, że moje łóżko stoi pod oknem, które zostawiłem otwarte na oścież. Wyjątkowo czeka mnie więc noc nie w kałuży własnego potu ale deszczówki. A jutro znowu solazo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz