Próbowalem zasnąć, przez otwarte okno wdzierał się dławiący smród kloaki z nad rzeki i skomlenie szczeniaka, którego ktoś przywiązał do drzewa nieopodal. Podjechał motor. Callate cabrón! Dźwięk roztszaskiwanej czaszki rozszedł się po całej okolicy. Hijo de puta! Motor odjechał. Kundle zaczęły smętnie zawodzić. Rankiem nie było śladu. Jest pora deszczowa, wszystko płynie. Nic nie trwa wiecznie.
Poznałem indiankę, młodą, góra 17 letnią. Mieszka z babcią, wychowuje 3 letniego syna. Starsze dziecko straciła, utopiło się w ścieku. Marzy o wyprowadzce od babci i własnym domku z bambusa. Dała mi całusa na pożegnanie.
Pod drzwiami zdechł pies. Zobaczyłem go rano, koło 10. Myślalem, że śpi. Gadałem coś do niego. Gdy wróciłem pare godzin później pies już zaczął gnić i śmierdzieć. W oku zalęgły się czerwie. Natura w tropikach działa szybko i okrutnie.
Musiałem się go pozbyć. Założyłem rękawiczki i wziąłem worek na śmieci. Za mały. Znalazłem poszewke na kołdre, okazała się pasować. Gdy mnie nie było truchłem zaczęły bawić się okoliczne dzieci. Wsadzały mu kije w oko, pluły na niego, kopały. Zabily wielką ćmę i wsadziły mu ją do pyska. Przegoniłem rozbestwioną czeredę. Chwyciłem kundla za łapy, poderwało się stado much i wrzuciłem do poszewki. Na ziemi została lepka plama. Głowa psa tępo uderzyła o posadzkę. Zawiązałem pakunek i odniosłem na śmietnik. Zdjąłem rękawiczki, wrzuciłem do śmieci. Splunąłem. Poszedłem się umyć i wyrzygać. Po kwadransie przyjechała śmieciarka. Aqui sabes, perro muerto es nada mas que basura.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz