sobota, 29 stycznia 2011

Guayakill city.

Wyrabiając wizę pobytową (180 $) w ambasadzie Ekwadoru w Warszawie, pani konsul powiedziała, że jeszcze tylko będę musiał dostać pieczątkę w urzędzie w Quito lub w Guayaquil żeby wizę aktywować. Dostałem karteczkę z dokładnymi adresami. Wszystko miało pójść gładko, szybko i sprawnie.

Pierwszy raz w tym celu do Guayaquil wybrałem się któregoś piątku. Z dworca autobusowego pojechałem taksówką pod wskazany adres (3$). Przed budynkiem, który jest jakimś rządowym urzędem, do spraw zagranicznych stała olbrzymia kolejka. Wokół jak zawsze tutaj kwitł handel, nie tylko smażonym jedzeniem, ale także obwolutami na paszporty, a swoje usługi za drobą opłatą świadczyli także uliczni tłumacze (najpopularniejsze języki to angielski i włoski). Wszedłem bocznym wejściem, unikając tym samym wielogodzinnego stania na słońcu. Podszedłem do informacji. Miła pani poinformowała mnie, że owszem, dobrze trafiłem, ale rzeczoną pieczątkę mogę dostać od poniedziałku do piątku w godzinach 8:30-10:00. W piątki usługa ta nie jest świadczona. Podziękowałem miłej pani. Złapałem kolejna taksówkę (2.5$)i pojechałem do największego centrum handlowego w Ekwadorze Mall del Sol. Na obiad zjadlem zestaw w Taco Bell, żeby poczuć koloryt latynoskiego jedzenia a z tęsknoty za ojczyzną na dokładkę wziąłem zestaw w Burger Kingu (razem około 10$). Po czym wróciłem do swojej 40 tysięcznej wioski.

W poniedziałek kolejna pobódka o 4 rano. Deszcz. Autobus. Dworzec autobusowy w Guayaquil. Kolejna taksówka (3$). Punkt 8:30 rano. Kolejka do informacji. Miła pani daje mi numerek i wysyła do odpowiedniego okienka. Kolejna kolejka. Miła pani w okienku A18 informuje mnie jednak, że nie, u niej pieczątki pod wizą nie dostane, muszę jechać zupełnie gdzie indziej. Zapisuje adres, życzy miłego dnia po czym zamyka okienko i odchodzi. Podziekowałem miłej pani również. Przed udaniem się na poszukiwanie nowego adresu postanowiłem na zapas pójść do toalety. Podążając bardziej za głosem intuicji niż za strzałkami informacyjnymi dotarlem do schodów, przy których stał uzbrojony w karabin maszynowy strażnik. Powiedziałem, że ja do toalety. Kazał się wylegitymować, zostawić paszport, na koniec przeszukał plecak i wręczył przepustkę. Po 5 minutach byłem z powrotem a chwile później mknąłem znów taksówką przez zalane deszczem ulice Guayaquil. Nie tylko zresztą ulice spływały deszczem. Ja także, dach taksówki przeciekał, drzwi przeciekały, woda zdawała się kapać na mnie zewsząd. Dodawszy do tego że wnętrze pojazdu było całe poklejone taśma klejącą, spaliny jakimś trafem trafiały do środka nie na zewnątrz, wszystkie szyby zaparowane a styl jazdy prędkość jaką rozwijał szofer były imponujące, muszę uznać, że była to emocjonująca przejażdzka (2.5$). Dotarłem do samego centrum miasta, na główną ulicę 9 de Octubre, tuż przy Maleconie. Szary budynek ze złotym napisem Registro Civil. Kolejny ochroniarz uzbrojony w broń ostrą przeszukał mi plecak i skierował do piwnicy, gdzie zajmowano się obcokrajowcami. Kolejna miła pani, kolejny numerek i kolejne złe stanowisko. Na szczęscie tym razem niemiły pan skierował mnie do okienka tuż obok. Dobrym okienkiem okazało się okienko numer 5 w budynku Registro Civil na skrzyżowaniu 9 de Octubre i Pichincha. Uff, nareszcie! Pan był oschle miły, trzymał dystans, miał finezyjnie przycięty wąsik, włosy zaczesane na brylantyne do tyłu i duży zloty sygnet. Rzeczowo wyjaśnił na czym stoję. Potrzebne mi podanie o pieczątkę, koperta numer 5, teczka, kopia paszportu i opłata w wysokości 10$... Na szczęscię pomgół mi napisać urzędowe pismo, wskazał gdzie kupić kopertę, teczkę i zrobić xero (za pierwszym razem zapomniałem o kopercie, więc musiałem łazić dwa razy). Podał też wytyczne jak trafić do odpowiedniego banku wypisał kwitek (w którym z Łukasza zostałem przemianowany na Tukasza...). W banku nie było kolejki, było za to okolo 10 uzbrojonych ochroniarzy. I mimo, że wszystkie okienka były wolne i nikt niestał przedemną w kolejce nie kazali mi czekać do póki łaskawie nie pozwolili podejść. Miałem drobne perypetie, ale udało się uiścić opłatę. Jestem co raz bliżej! Wróciłem do mojego pana z okienka numer 5. Pan się szelmowsko usmiechnął, poprosił o dowód wpłaty i paszport. Oczyma wyobraźni widziałem jak zamaszystym ruchem wbija mi upragnioną pieczątkę a ja zadowolony odchodzę... Jak zwykle to bywa marzenia okazały się odległe od rzeczywistości. Pan schował paszport do teczki i zaprosił do odbioru następnego dnia... Wracając zorientowałem się, że zostawiłem mój jedyny obowiązujący w Ekwadorze dokument bez żadnego pokwitowania. Stres.

Do Guayaquil powróciłem w środę. Znowu z samego rana. Znowu padał deszcz. Mimo, że byłem na czas, urząd był jeszcze zamknięty. Poszedłem więc na kawę (1,5$). Potem kupiłem papierosa u dziecka z gazetami (0.25$) i poszedłem pospacerować po Maleconie. Wracając rozbolał mnie brzuch, na szczęscie lokalny Malecon jest cywilizowaną, jedną z głównych inwestycji miasta i wyposażony jest w toalety. Cały szalet jest nie oświetlony, na dodatek niestety w kabinach niedość, że nie ma desek, to także nie ma papieru toaletowego. Papier należy kupić w maszynie przy wejściu (0,05$). Walczyłem ze zlośliwym urządzeniem gdy podszedł do mnie staruszek, pokazał na świecącą się czerwoną lampke i wycharchał Muchacho, no funciona po czym wręczył mi swój własny, prywatny plik zmiętego papieru… Muchos gracias señor! Odkrzyknąłem pośpiesznie. Wybrałem kabinę sprawiającą w miarę higieniczne wrażenie a zarazem jako tako oświetloną. Przez chwilę zastanawiałem się jak podejść do tematu. Brak deski, ciemność, wizja ludzi używających kibla przedemną w niewiadomych celach sprawiły, że wybrałem pozycję pół stojącą. Jednak jedyne co osiągnałem to zlanie się potem i atak histerycznego śmiechu, gdy zdałem sobie sprawę jak musze właśnie wyglądać. Nie wysrałem się. Nie dałem rady. Jak słyszałem sąsiad z kabiny obok nie miał problemów. Poszło mu całkiem imponująco.

Poszedłem po pieczątke. Pan w okienku numer 5 przywitał mnie gromkim Buenos dias Polaco! Uśmiechnąłem się, przywitałem i usiadłem na krzesełku. Pan wręczył mi paszport. Schowałem go głęboko i odetchnałem z ulgą. Podpisałem się w jakiejś grubej księdze, spisie obcokrajowców, którzy musieli przejść tą samą drogę co i ja. W grupie raźniej. Wreszcie czuję z kimś wspólnotę. Jestem jednym z was! Extranjeros of the world united! Przed 10 byłem w autobusie z powrotem na zadupie. Kawa i papieros na śniadanie znów dały o sobie znać. Na swój pokrętny sposób fasynujesz mnie Ekwadorze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz