środa, 23 lutego 2011

Lonely Planet

Do Baños przyjechałem z Teny autobusem. Kierowca był wariatem, wyprzedzał po nocy na zakrętach z dużą prędkością, a jego szczytowym osiągnięciem było wyprzedzanie na trzeciego w wąskim tunelu. Nawet ekwadorczycy zaczeli krzyczeć by zwolnił i wyzywać go od idiotów i innych takich. A oni maja naprawdę dużą tolerancję na umiejętności kierowców, zwykle im szybciej tym lepiej... W autobusie leciał film o zamachu na Hitlera. Jeżeli kiedykolwiek w życiu byłem naprawdę bliski śmierci, to właśnie podczas tej szleńczej jazdy.

Baños to kurort, jedno z najpopularniejszych miejsc w Ekwadorze. Leży na wchodnich zboczach Andów, jeszcze na tyle wysoko by były ładne widoki, na tyle już nisko by choroba wysokościowa nie była problemem. Słynne ze swoich gorących źródeł, bliskości wulkanu Tungurahua, pobliskich kaskad rzecznych. Mekka dla fanów sportów ekstremalnych, rafting, canyoning, downhill, bungee oraz pieszych wycieczek. Idealna miejsce na wypoczynek po zejściu z gór, albo przystanek przed dżunglą. Łatwo stąd dojechać do Puerto Misahualli czy Puyo, skąd można ruszyć w dzicz. Popularny przewodnik wymienia jeszcze jeden powód dla ktorego warto odwiedzić Baños – imprezy. Lokalne kluby co noc pełne są ludzi, tych co właśnie skończyli się wspinać, tych co chcą odetchnąć po przedzieraniu się z maczetą przez chaszcze oraz tych, takich jak ja, ktorzy po prostu chcą się najebać i tylko w tym celu przejechali kilkaset kilometrów z popierdolonym kierowcą psychopatom. Mieścina pełna jest turystów z całego świata, pełen przegląd nacji, grup społecznych i stylii podróżowania – australijscy backpackersi podróżujący najańszymi ciężarówkami vs niemieccy emeryci w wyczarterowanych autokarach z klimatyzacją. Rozwydrzone argentynki z kurestwem wypisanym na twarzy vs grzeczni studenci geologii z uniwersytetu w Virginii. Wszyscy oni spotykają się wieczorami na krótkiej, no niewiem, może 150 metrowej, uliczce w centrum. W ciągu dnia cicha i spokojna, wieczorami zamienia się w imprezowe centrum lokalnego wszechświata. Bar obok baru, klub na klubie. I tylko jeden minus, wszędzie taka sama gówniana muzyka. Ragaton, merengue, bachata, europejskie dyskotekowe hity plus jakieś kolejne lokalne dziwolągi, których nazw nawet niechcę znać. Siedziałem znudzony w jednym z lokali, piłem w kącie piwo. Nagle podeszła jakaś dziewczyna, szczupła, ciemne włosy, taka niebrzydka z twarzy. Stanęła obok, udawała zagubioną, zalotnie machała nóżką. Hola! wcale nie zalotnie powiedziałem, tak tylko by wyjaśnić tą sytuację. Hola! odpowiedziała wesolutko i zaczęła gadać i wypytywać. Skąd jestem. Polonia. Nie chciałem być gbórem, więc również spytalem skąd jest. Soy de Argentina. Sabes donde esta? Jasne, że wiem gdzie jest Argentyna. Me gusta futbol, tengo que saber donde esta... starałem się być dowcipny. A si, Messi... odpowiedziała ucieszona. Co robisz w Ekwadorze? Co robisz w Polsce? Okazało się, że oboje studiowaliśmy to samo, ona antropologię w Buenos Aires a ja w Warszawie. Przeznaczenie kurwa?! Dlaczego nie tańczysz? Bo nie lubię, nie podoba mi się muzyka, coś tam... Była niepocieszona. Próbowałem naprawić sytuację i zacząłem tłumaczyć, że w zasadzie muzyka jest ok, że mi nie przeszkadza i że po prostu nie potrafię tańczyć. No puedo bailar wydukałem zestresowany, że moje przeznaczenie się oddala, poszukiwana po całym świecie girl with a heart of gold zniechęci się do nudnego gringo nie chcącego tańczyć. Liczyłem, że ona powie Ale to nic trudnego, chodźmy, naucze cię! Jednak nie powiedziała tak. Spytała się tylko jakiego zespołu mam tiszert. Esto ed Jay Reatard, el musico de punk, de Estados Unidos... A więc tak, lubisz punk? spytała. Odpowiedziałem twierdząco. Me gusta bailar, me gusta ragaton. Przeznaczenie było coraz dalej, wcale jej o to nie pytałem, sama powiedziała. A sí, por supesto! Ratując się spytałem Quierez cerveza? Powiedziała, że lubi mojito. Miałem ostatnie 10$. Nie kontynuowałem więc tematu. Przeznaczenie poszło się pierdolić. Prawie jak w hip hopowej piosence z przed lat Choć byłem tak blisko to spierdoliłem wszystko, tylko dlatego, że nie umiem w takt disco. Parę godzin później widziałem ją z jakimś śniadym frajerem. ... Pamiętam, że miała ładne imie, ale wyleciało mi z głowy. Nieważne.

Potem podeszła do mnie blondynka, którą widziałem na dworcu autobusowym w Quito. Is it possible, that we’ve met in Puerto Rico? spytała. I’ve never been to Puerto Rico so no, but I’m pretty sure that I’ve seen in on the bus station in Quito. odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Coś odpowiedziała i sobie poszła. I to tyle jeśli chodzi o moje podboje. Kupiłem kolejne piwo i wróciłem do swojego kąta. Potem jeszcze jedno. Potem zmieniłem lokal na taki gdzie o dziwo leciało Ramones. Wypiłem kilka kolejnych piw, przegrałem w piłkarzyki z teksańczykiem o imieniu Khaleb. Poszedłem spać. Następnego dnia poszedłem na obiad do włoskiej knajpy, spotkałem polskiego konsula z grupką polaków. Knajpa jest spoko, mają świetną pizze i dobre spagetti Cuatro quessos. Zjadłem, wypiłem kilka piw i się pożegnałem. Wieczorem znów clubbing. W pierwszej knajpie z brzegu spotkałem 20 osobową grupę najebanych polaków. Wzieli mnie za norwega. Przyjechali do Ekwadoru wspinać się, parę dni wcześniej podczas wspinaczki na jakiś tam szczyt jeden z członków z ich ekipy spadł i się zabił. Czego słuchasz? Zapytał jeden z nich. Punk rocka. Znów odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Tak myślałem! Ucieszył się. Okazało się, że on także podziela moje zainteresowania muzyczne. Pogadaliśmy chwilę o kapelach, o warszawskich klubach. Otatnią rzeczą o którą przypuszczałem zostać zapytany w Ekwadorze, na drugiej półkuli, na drugim końcu świata był squat Elba. A jednak, świat jest mały, co? Potem znów się najebałem rumem i browarami.

Ostatniego dnia obudziły mnie hałasy, jakieś śpiewy. Okazało się, że w restauracji hostalu Erupcio, w którym pomieszkiwałem, odbywała sie indiańska stypa. Na środku stała sali stała otwarta trumna, wokół stoły zastawione jedzeniem pełne biesiadników. Stare indianki zawodziły jakąś pieśń, faceci pomimo wczesnej godziny pili alkohol. Chciałem sfotografować trupa, przegonili mnie. Na szczęście pozwolili skorzystać z komputera i sprawdzić mejla. Czytałem wiadomości sportowe a obok ktoś całował nieboszczyka w rękę. Godzinę później byłem w autobusie, z powrotem do swojej dupy świata.

Co do gorących źródeł to mam mieszane uczucia, z jednej strony to miło się tak pomoczyć w ciepłej wodzie, na świeżym powietrzu, z ładnymi widoczkami wokół. Z drugiej jednak strony ilość ludzi sprawiała, że czułem się jakbym znalazł się w zupie. Kolor wody również działał trochę odrażająco, i nasuwała myśli o higienie współkąpiącyh się. Wyobraźnia pracowała niezmordowanie i co rusz wizualizowała pływający naskórek, paznokcie, włosy lub różnorakie wydzieliny ludzkiego ciała, wszystkie jednakowo odrażające. Jednak moim ulubionym akwenem wodnym bezmiennie pozostaje moja własna wanna.

Aha, parę dni później zdałem sobie sprawę, że rozmawiając z argentynką użyłem zlego czasownika. Poder znaczy móc, a nie umieć. To tak tylko na marginesie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz