sobota, 12 lutego 2011

Vamos a la selva

Wyjazd z Quito zdawał się trwać całą wieczność. Miasto ciągneło się w nieskończoność. Kilometry obrzydliwych przedmieść, osiedli. Lewe warsztaty samochodowe sklecone z blachy falistej, motele na godziny, burdele, domy z szarej cegły, setki domów z szarej cegły. Jeden na drugim, przytwierdzone do stromego zbocza, ledwo trzymające się kupy. Brak wentylacji, zwalisty sąsiad na fotelu obok. W telewizorze film o katastrofie kolejowej. Naszczęscie zasnąłem.

Obudziłem się gdy autobus kluczył już gdzieś wysoko w Andach. W ipodzie leciało The Cure – Just like heaven. A ja byłem w niebie, ponad chmurami. Lost and lonely. Just like heaven. Dookoła tylko wieczna szarzyzna i skarłowaciałe drzewa, a może to już krzewy, sam niewiem. Z pewnością zupełnie nie tak wyobrażasz sobie niebo. Samotność i zagubienie? To już prędzej, o to tutaj nie trudno.

Napis na mijanym przydrożnym kamieniu głosi – Altura – 3900m. Życie tu wymaga nadludzkiego wysiłku. A ludzie faktycznie tu żyją i mieszkają. Co rusz autobus zatrzymuje się pośrodku niczego, z jednej strony wielka przepaść, z drugiej gigantyczna chmura, wysiada indianin z kurami, wsiadają kolejni z workiem nawozu, chwile dalej dosiadają się dziewczynki w mundurkach szkolnych. Wysiadają staruszkowie w tradycyjnych kapeluszach z koszami pełnymi kukurydzy. Skąd oni się tu biorą?

Autobus po raz kolejny staje gdzieś tam. Wsiadają amerykańscy backpackerzy z wielkim ekwipunkiem. Brodaci, opaleni, a w zasadzie ogorzali od wysokogórskiego słońca, którego niby nigdy nie widać ale jednak jest i doskwiera, niedomyci, śmierdzący. I tylko śnieżnobiałe zęby, jak z reklamy telewizyjnej, zdradzają, że zdobycze cywilizacyjne nie są im obce. Zdystansowani i wyluzowani jak XX wieczni beatnicy, współcześni włóczędzy dharmy w swoich starych swetrach i znoszonych czapkach. Poszukujący sensu życia, ciagle w drodze, a może szczęśliwie go odnalazłszy powracający do swoich przedmieść.

Co chwila mijamy znaki drogowe Curva Peligrosa. Co chwila przydrożne krzyże, cmentarzyki, kapliczki z płonącymi świeczkami i świeżymi kwiatami.

W słuchawkach Jim Morisson śpiewa I’m gonna love you till the heaven stop to rain. Tu gdzie jestem deszcz nigdy nie przestaje padać. Leje 365 dni w roku. Jim wieszczy nam wieczną miłość na tych smutnych, pogrążonych w chmurach szczytach.

Powoli zaczynamy zjeżdzać w dół, wschodnimi zboczami, roślinność zaczyna się zmieniać z wysokogórskiej w tropikalną. Coraz więcej palm, dzikich bananowców, bambusów i eukaliptusów. Jesteśmy coraz niżej, majestat gór zaczyna powoli bujać w gęstych, ciężkich szarych obłokach. Nad Rio Guango mijamy osuwisko po lawinie błotnej, która spadła w nocy. Mój współtowarzysz podróży chrapie, z głośników leci ragaton a w telewizorze film sensacyjny ze Steavenm Seagalem. Straszliwie chce mi sie siku, niestety autobusy nie mają w zwyczaju robić przerw... Zjadłem ostatnie ciastko i wypiłem sok. Droga wije się po wzgórzach bardziej niż dotychczas. Chmury nie odstępują nas na metr, jak nisko byśmy nie zjechali, one są tam z nami. Wielkie, szare, cięzkie jak ołów. Przytłaczające. Bez ustanku kapie z nich woda, która chwile później w postaci pary z powrotem powróci do góry, potem znów spadnie i tak bez końca.

Niewiem ile już godzin jedziemy. Nie mogę usiedzieć, każdy zakręt to męczarnia. Ślizgam się na fotelu a gacie coraz mocniej i głębiej wpijają mi sie w dupe i jaja.

Wreszcie mijamy wielki napis Bienvenidos A La Amazonia. Dołem płynie szeroka rzeka, półnagi indianin zanurzony w wodzie łowi ryby na zarzutnię. Mijamy Rio Napo, jeden z największych dopływów Amazonki. Po chwili autobus dociera do Teny. Wita nas nieziemski upał i wilgotność. Oto przedsionek wielkiej Selvy, mitycznej, mistycznej, życiodajnej albo uśmiercającej , nieposkromionej dżungli. Albo to kochasz, albo nienawidzisz. Tu nie ma nic pomiędzy.

W ipodzie puszczam Run through the jungle w wersji Gun Club. Pasuje jak nigdy przedtem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz