Znudzony egzystencją w swojej zardzewiałej mieścinie wyruszyłem w podróż po Ekwadorze. W niedzielną noc poszedłem z walizką na kółkach na szose i złapałem autobus w stronę Quito. Zasnąłem. Obudziłem się w Santo Domingo gdzie czekała mnie przesiadka. Szybkie siku, kupno biletu na kolejną część trasy. W Santo Domingo nie dawno zabili w bardzo brutalny sposób, w nie wyjaśnionych okolicznościach polskiego misjonarza. W polskich gazetach pisali, że była to napaść czysto rabunkowa, tutaj okazuje się, że nie jest to wcale takie oczywiste. Tego typu historie są tu jednak na porządku dziennym, więc prawdopodobnie policja nie specjalnie zaangażowała się w rozwiązanie sprawy.
Wsiadam do kolejnego autobusu. Próbuję zasnąć. Do środka wsiada mężczyzna z plecakiem i zaczyna coś z ożywieniem opowiadać. Po autobusie rozchodzi się słodkawy, nie przyjemny zapach. Kończy opowieść, podwija nogawkę i prezentuję swoją gnijącą nogę. Z podniesioną w górę kończyną posuwa się mozolnie w głąb autobusu, w moim kierunku. Jest coraz bliżej, ekwadorczycy dają mu drobne dolary. Smród robi się nie do zniesienia, z nogi kapie ropa, odchodzi skóra, widać mięso. Gdy mnie mija wstrzymuję oddech i odwracam wzrok. Coś do mnie gada ale nie słucham, udaję, że śpię. Odszedł. Otwieram na oścież okno. Pełno tu takich handlarzy potwornością, własnym kalectwem. Im bardziej szpetni i powykręcani tym chętniej eksponują swoje ułomności i niezaleczone rany oczekując w zamian jałmużny. Poczciwi tubylcy, chętnie im ją wręczają.
Po drodze autobus potrącił psa. Usłyszałem przerażający skowyt, wyjrzałem przez okno, ale w ciemności nic nie ujrzałem. Nikt poza mną zdawał się tego nie słyszeć. O 5 rano wjeżdzamy do Quito. Położone w ogromnej dolinie, prawie 3 tyś metrów nad poziomem morza, rozpościera się na potężnych wulkanicznych zboczach Andów. Pierwsi osiedlili się tu setki lat temu indianie Quitu. Potem przybyli hiszpanie z ogniem i krzyżem, cywilizacją i chorobami. Dalszego ciągu łatwo się domyslić, po indianach została tylko nazwa. Wielkie miasto – pomyślałem idąc przez dworzec autobusowy –tego mi potrzeba. Potrzebuję nienawiści i konsumpcji – myślałem pijąc piwo w dworcowym barze. Wsiadłem w trolejbus, który piął się mozolnie w górę to znowu zjeżdzał w dół. Po dosyć długiej przejażdzcze dotarlem ze swoją walizeczką do znajomej. Wykąpałem się, przespałem jeszcze chwilę i wyruszyłem na spacer. Nie zwiedziłem starówki, pozostałości kolonialnej świetności pozostawiłem sobie na kolejną wizytę. Pojechałem zobaczyć miasto, nowoczesne, współczesne miasto. Takie jak każde inne wielkie miasto na całym świecie. Z wieżowcami, z sieciowymi fast foodami, ze studiami tatuażu. Nie przypuszczałem, że stanie się to tak szybko, ale tęskniłem się za tym. Nie wątpilem, że zabraknie mi motłochu miasta, homogeniczności metropolii, ale stalo się to szybciej niż przypuszczałem. Złakniony gwaru spacerowałem ulicami Quito. Po prostu chodziłem. Nic więcej. Widziałem bazar z pamiątkami dla turystów, widziałem plakaty reklamujące koncerty black metalowe, widziałem grafitti na murach, widziałem park w którym loklani punkowcy pili piwa. Najbardziej zafascynowała mnie jedna rzecz, piękne dziewczyny w szkolnych mundurkach. W całym Ekwadorze do szkoly chodzi się w mundurku, ale Quito to cudowne miasto ślicznych młodych dziewcząt o czarnych włosach i indiańskich, dumnych rysach! Wrócę tu dla nich. Obiecuję. A tymczasem wyruszam z walizeczką i zatwardzeniem (to podobno częsty problem wynikający z ciśnienia na takiej wysokości) dalej. Na wschód. Adios wiecznie pochmurne Quito.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz