Wiatrak pod sufitem w klaustroboficznym pokoiku z warkotem systematycznie ciął gęste i lepkie powietrze. Nie dawało to jednak żadnego wytchnienia, a wręcz przeciwnie, przeraźliwe skrzypienie nie pozwalało spać i potęgowało kaca, pociłem się więc podwójnie a głowa pękała na drobne cząsteczki.
Tena... kurwa, ciągle jestem w Tenie... Za każdym razem gdy myślę, że obudzę się z powrotem w dżunglii. Wstałem, wziąłem aspirynę i leki na serce. Popiłem je wodą z kranu, wiem, tak nie można, nawet tubylcy nie pija tu wody z kranu, ale po prostu kurwa nie miałem siły iść po cokolwiek innego. Otowrzyłem okno, do pokoju wdarło się gorące powietrze i słabe odgłosy miasta. W Tenie nie ma zbyt dużego ruchu na ulicach. Papieros na czczo i reszta wczorajszego piwa. Pilsener i świeżo otwarty, wyjęty z lodówki smakuje paskudnie. Ciepły i wygazowany smakuje jak szczyny. Zrzygałem się. Zegarek wskazywał 7 rano. Została mi jeszcze godzina do umówionego spotkania z indianinem, który miał mnie zabrać do dżungli na spotkanie z szamanem i ayahuascą. Wyszedłem z hotelu, poszedłem coś zjeść. Złapałem taksowkę i pojechałem na przedmieścia gdzie mieszkał mój przewodnik. Fryzura jak amerykański marines, krzywy, wielokrotnie łamany i źle zrośnięty nos, niski i przysadzisty. Dumne oczy i tajemniczy uśmiech. Ubrany w spodnie dresowe i wojskową kamizelkę. Czystej krwi Kichwa, jego przodkowie żyli tu przed tysiącem lat. Mieli szczęście, przetrwali zapędy Inków i barbarzyństwo Hiszpanów. Nie przestraszyli się poszukiwaczy złota, poszukiwaczy kauczuku i ropy naftowej, wyrębu lasu deszczowego. Nie zabiły ich choroby weneryczne, epidemie cholery, dżumy, alkoholizm. Poznałem go poprzedniej nocy w knajpie, jedynej czynnej w środku tygodnia spelunie w Tenie, przyciągającej, tak jak światło latarni przyciąga ćmy, poza znużonymi tubylcami, przede wszystkim wszystkich białych, zagubionych na tym odludziu, złaknionych towarzystwa innych białych i taniego alkoholu. Podłe szumowiny z całego świata, uciekające przed samymi sobą i grzeczne dziewczynki z dobrych domów podróżujące w celu zdobycia doświadczenia i interesującego wpisu do cv o odbytym wolontariacie w kraju trzeciego świata oraz moralnego upadku o którym nie wspomną rodzicom a z wypiekami będą opowiadać znajomym w domu. Każdy z nich zastanawia się Co ja tu kurwa robię? ale nikt nie daje tego po sobie poznać, wszyscy udają, że się dobrze bawią i ruszają się w rytm latynoskiej muzyki popijając rum z colą. Już niewiem czy to ja zaczepiłem jego (co jest mało prawdopodobne, ale po pijaku możliwe) czy on mnie. To w sumie nieważne. Dogadaliśmy się jakoś, że zabierze mnie w głąb dżungli, pozna mnie z szamanem i mityczną ayahuascą. Oczywiście wiele jest takich wycieczek dla naiwnych turystów, podczas których obiecują ci, że zobaczysz prawdziwych dzikich, staniesz oko w oko z niebezpieczeństwem, jaguarem, anakondą albo łowcą głów, a jedyne co widzisz to znudzeni indianie w czapkach chicago bulls i plastikowych koralikach udający, że sa groźni i zlękniona kapibara przywiązana do drzewa. Mimo wszystko, pewno za sprawą nadmiaru alkoholu albo jakiejś plemiennej magii, zdecydowałem się na wycieczkę.
Dostałem parę kaloszy, o rozmiar za małych i ruszyliśmy. Mój przewodnik nie był zbyt wygadany, ale w sumie mi to odpowiadało, nie władam na tyle biegle hiszpańskim by móc sobie pozwolić na niezobowiązującą pogawędkę z indianinem. Co jakiś czas tylko przystawał i opowiadał o mijanych roslinach Esto es coś tam, esto es coś tam innego prezentował lokalną florę i po krótce wyjaśniał do czego dane okazy były stosowane przez jego pobratymców od setek lat. Jedno leczy kaszel, inne działa na korzonki, coś innego jeszcze jest afrodyzjakiem. Z uznaniem kiwałem głową i odpowiadałem A si, si. Claro, por su puesto! Po jakiejś godzinie marszu nie czułem się specjalnie podekscytowany tym co widzę, w zoo w Pradze widziałem bardziej emocjonującą inscenizacje lasu tropikalnego, na dodatek z dziką zwierzyną, tu jedyne żywe stworzenia jakie widziałem to motyle i smutni indianie z końmi objuczonymi workami z jakimiś owocami na handel, którzy nas co jakiś czas mijali w milczeniu. Po kolejnych 30 minutach natrafiliśmy na mroczną jaskinie. Przewodnik stanął i zaczął zdejmować spodnie, mnie poprosił o to samo. Zostałem w tiszercie bokserkach i kaloszach sięgających kolan. Indianin dał mi latarkę i powiedział, że wchodzimy do jaskini. Opowiedział przy okazji, że jest to święta jaskinia dla indian Kichwa, ukrywał sie w niej przed hiszpanami jakiś wielki wódz i była ona przed wiekami miejscem kultu, składano w niej ofiary matce ziemi Pacha Mama. Pozwolił sobie również na wylewność, i przeprosił, że mało mówi, ale upił się wczoraj i ma kaca. Uśmiechając sie ze zrozumieniem pokiwałem głową i znowu powiedziałem A si, si. Claro, por su puesto. Odwzajemnił uśmiech, machnął ręka i krzyknął Vamos! Zapaliliśmy latarki i ruszyliśmy w głąb czeluści, ku trzewiom matki ziemi. Wewnątrz plynęła rwąca rzeka, a jedyna droga wiodła środkiem jej koryta. Brnęliśmy więc w zanurzeni po pas w lodowatej wodzie. Kalosze pełne wody nie dawały się ruszyć z miejsca. Co chwile przelatywały nietoperze a zapach guana unosił się w powietrzu i powodował odruch wymiotny. Szliśmy tak, czasami plyneliśmy a czasami pełzneliśmy, sam niewiem jak długo. Po pewnym czasie zaczęło się robić bardzo duszno i gorąco. W oddali pojawiła się jasna smuga światła. Wyjście z tunelu było dosyć wąskie, wygramolilem się stamtąd z niemałym wysiłkiem. Przedarliśmy się przez zwoje pnączy i znaleźlismy się na niewielkiej polance. Wycieńczony zacząłem łapczywie oddychać. Powietrze ostro pachniało ziemią, przesycone zapachem śmierci i narodzin, wonią roślinności i mocno wyczuwalnym, pierwotnym zapachem zgnilizny. Indianin uśmiechnął się, powiedział, że robimy przerwe. Zapaliłem papierosa. Zakręciło mi się w głowie, musiałem usiąść. W miedzyczasie przewodnik odszedł na bok, wyjął maczetę, wdrapał się na drzewo i po chwili wrócił z jakimiś owocami, których nazwy nie pamięta, a może nigdy nawet nie poznałem. Były smaczne. Było strasznie gorąco, duszno i parno, cały się kleiłem, wymazany mieszaniną potu i błota, które podobno doskonale zabezpiecza przed muszkami i moskitami latającymi jak szalone wokół mojej głowy. Ruszyliśmy w dalszą drogę. Zaczęliśmy się wspinać w górę, po błotnistym zboczu. Nogi grzęzły po kolana, co chwila ześlizgiwałem się z powrotem w dół. Wspinaczka zdawała się nie mieć końca, czułem się jak Syzyf, bez głazu, ale taplający się po pas w gównie całego świata. Z każdym krokiem było coraz ciężej, zrobiło mi się słabo, miałem mroczki przed oczami. Ledwo oddychałem, papieros chyba nie był najlepszym pomysłem... Ta męczarnia trwała ponad godzinę, niewiem na jaką wysokość weszliśmy, pewno dosyć nisko, ale dla mnie było to jak jakieś pieprzone Kilimanjaro. Na szczycie zrobilismy przerwę. Przewodnik poklepał mnie po ramieniu. Muy bien powiedział. Czułem, że jestem cały blady. Wypiłem całą butelke wody, którą miałem w plecaku. Pierdolę wodę, pierdolę ayahuascę. Oddał bym życie za butelkę piwa pomyślałem i w tym samym momencie się zrzygałem. Niewiem czy ze zmęczenia, czy na wpsomnienie wczorajszego pijaństwa, czy może z powodu wciąż męczącego kaca (a może bylo to spowodowane wszystkimi powyższymi powodami). Mój towarzysz popatrzył na mnie dobrotliwie swoimi dużymi czarnymi oczami i znów sie odezwał No te preocupes, estamos cerca! Ocierając usta brudną koszulką pokiwałem tylko głową i resztką sił wybełkotalem Yhy, si, si...
Znowu ruszyliśmy, dżungla była gęstsza niż do tej pory, szliśmy po płaskim, ale gęsta plątanina roślinności powodowała, że przemieszczaliśmy się z prędkością mniejszą niż pod tą zasraną górę. Przewodnik wyjął z plecaka maczete i torował przejście. Wlokłem się za nim resztką sił. Niewiem jak daleko jeszcze do końca, a przed nami przecież jeszcze droga powrotna... Byłem przerażony. Z drugiej jednak strony to była właśnie dżungla o jakiej całe życie myślalem, tak to sobie zawsze wyborażałem i kurwa, właśnie czegoś takiego chcialem doświadczyć. Komary, latające kolibry, dzikie rwące rzeki, plątanina pnączy, nietoperze w niebezpiecnzych jaskiniach. Brakuje tylko kanibalii i dzikiej zwierzyny. Ale jedno i drugie już dawno zostało przetrzebione, nawrócone albo ucieklo gdzieś bardzo daleko w głąb dżunglii, gdzieś gdzie prawdopodobnie nigdy, będąc o zdrowych zmyslach, nie zdecyduję sie wybrać. Chyba, że znów się najebię i spotkam przekonującego przewodnika.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz