Za małe kalosze i woda z kranu wypita rano dawały o sobie znać. Spuchły mi stopy i coraz bardziej zaczynał boleć brzuch.Czułem się jakbym miał zaraz wykitować.
Przewodnik miał na prawym ramieniu wytuauowaną czaszkę w wojskowym berecie po której pełzał wąż. Od niechcenia zagaiłem go o pochodzenie dziary. Widocznie przeszedł mu kac, bo nagle się rozgadał. Opowiedział, że służył w specjalnej jednostce wojskowej wyszkolonej do działań w dżungli i brał udział w wojnie przeciwko Peru jakoś w latach 90. Wzór ten tatuowali sobie wszyscy żołnierze z tego elitarnego oddziału walczący w tym konflikcie. Opowiadał o różnych przygodach, mniej lub bardziej ekstremalnych, które przeżył na pograniczu ekwadorsko-peruwiańskim. Gdy spytałem go ilu ludzi zabił zamilkł. Gdy spytałem go czy wogóle zabił kiedykolwiek człowieka, spojrzał na mnie takim wzrokiem, że niemam wątpliwości co do tego, że niczym John Rambo, podrzynał z zimną krwią gardła swoim wrogom. Nie kontynuowałem tematu. Resztę drogi przeszliśmy w milczeniu. Przestałem się zastanawiać jak długo idziemy, od myślenia było mi tylko ciężej. Co ciekawe, za wczasu zapomniałem się dowiedzieć ile będzie trwała nasza wyprawa. Zaczęło mi świtać, że nie wrócimy do Teny tego samego dnia...
W końcu dotarliśmy do celu. Mała drewniana chatka, na małej wykarczowanej polanie. Obok jakiś mały ogródek z roślinami i zagroda z kurami i jedną czarną świnią, także małą. Rozciągnięte liany na których suszyły się przeróżne liście. Żadnych mistycznych atrybutów oznajmiających, że trafiliśmy do siedziby Curandero – szamana. Żadnej trupiej czaszki, żadnych skrzyżowanych piszczeli. Żadnej chatki na kórzej nóżce, żadnych czarnych kruków. Tylko klatka z wężami i dziwny, niepokojący zapach unoszący się w powietrzu mogły powodować zastanowienie. Mój przewodnik zatrzymał mnie i podszedł w stronę chaty. Krzyknął coś niezrozumiałego, zapewne w Kichwa. Po chwili ze środka odpowiedział mu chrapliwy głos, równie niezrozumiały. Ahora vamos a comer algo y despues puedes descansar un poquito powiedział uśmiechając się do mnie. Vamos a entrar. Zacząłem się stresować. Jestem z dala od cywilizacji, sam z jakimiś zupełnie obcymi ludźmi, pół dzikusami, uzbrojonymi w maczety i bóg wie co jeszcze. Jeden z nich włada magią, drugi jest wyszkoloną maszyną do zabijania. Już po mnie. Zostane otruty i poćwiartowany. Ale teraz już za późno Weszliśmy do wnętrza chaty, miała kilka metrów kwadratowych, na środku znajdowało się palenisko, z którego tlił się lekki dym. Jedynym wyposażeniem była mata leżąca na ziemi i dwa koszyki stojące obok ogniska. W środku panował pół mrok, dopiero po chwili dojrzalem więc siedzącego w kucki obok ognia zgarbionego staruszka. Ubrany w biały tiszert i bawełniane, połatane spodnie. Na stopach miał gumowe japonki. Gdy spostrzegł, że go zauważyłem uśmiechnął się szeroko prezentując szczerbaty uśmiech. Emanował spokojem i radością. Mimowolnie również szeroko się uśmiechnąłem i przywitałem. Bezzębny starzec chwycił moją dłoń i przywitał mnie w swoim narzeczu. Mimo, że był chudy to miał mocny i pewny uścisk. Wskazał, żebym usiadł na macie. Powiedział coś do przewodnika. Ten wyszedł i po chwili wrócił z jakimiś liśćmi. Okazało się, że stary Curandero wyczuł, że boli mnie brzuch i poprosił mojego towarzysza, żeby przyniósł mi lekarstwo na tę dolegliwość. Byłem zaskoczony, niewspominałem nikomu ani słowem o trapiących mnie problemach. Zgodnie ze wskazówkami zjadłem liście. Jeszcze bardziej byłem zaskoczony, gdy okazało się, że po kilku minutach ból ustał. Szaman uśmiechnął się szeroko po raz kolejny. W tym czasie pojawił się posiłek. Pieczona ryba, zawinięta w liście bananowca czy jakiejś tam palmy. Nadal trochę się bałem, że jako extranjero mogę stać się ofiarą spisku i machlojki (dlaczego nie pomyślałem o tym poprzedniego wieczora, gdy umawiałem się na tą eskapadę?!) i wpaść w sidła ozustów i szalbierzy. Głód jednak zwyciężył. Odpakowałem zawiniątko i pożarłem wszystko. Tilapia z plackami z manioku. Popiłem jakimś dziwnym napojem, chyba lekko alkoholowym. Zapaliłem papierosa. Szaman popatrzył na mnie zamyślony. Po chwili spytał, tym razem po hiszpańsku A donde va? Dokąd zmierzam? Dobre pytanie, chciałbym znać na nie odpowiedź. No se odrzekłem i zaciągnąłem się. Uśmiechnął się tajemniczo. Así odpowiedział po chwili. Naszła mnie senność. Trucizna zaczęła działać? To koniec! pomyślałem. Zasnąłem.
Gdy się obudziłem było już ciemno i padał deszcz. Byłem sam w hacie. Dzięki bogu, nadal żywy. Wyszedłem się rozejrzeć. Dżungla nocą wypełniona była mnóstwem nieznanych mi odgłosów. Mrok rozświetlał jedyie księżyc w pełni, którego blask nadawał pociągającej tajemniczości. Nagle, bezszelestnie, wprost z nicości wyłonił się mój indiański towarzysz Vamonos! zakomenderował Todo listo. Kiwnąłem głową. Kilkaset metrów dalej czekał curandero. Siedział przy małym ognisku, osłoniętym przed padającym deszczem konstrukcją z liści.Tym razem bardziej wyglądał jak szaman. Ubrany w przepaskę biodrową oraz skórę jaguara zarzuconą na plecy. Na głowie miał korono-piuropusz z liści i ptasich piór. Na szyji zawieszone talizmany i różne paciorki. Kazał mi się rozebrać do pasa. Na mym ciele i twarzy wymalował rytualne wzory. Chwycił mnie oburącz za dłonie i zamknąwszy oczy zaczął coś szeptać.
Usadził mnie na macie obok ognia, do którego wrzucił jakieś zioła. Buchnął biały, słodkawy dym. Trwały ostatnie przygotowania. Oto nadchodzi. Mityczna yage. Poszukiwana przez Burroughsa i Ginsberga. Wino duszy jak nazywają ją indianie.
Szaman nucił jakąś melodię paląc tytoń, zwinięty jak niechlujne cygaro. Rozkładał wokół mnie różne talizmany okopcając dymem. Zaciągnął się mocno, podniósł butelkę z brunatną cieczą i dmuchnął do środka. Podał mi ją. Przewodnik powiedział Esto es ayahuasca. Puedes tomar. Serce mi zaczęło szybciej bić, siedziałem pośrodku dżunglii, w nocy, przy świetle księżyca, w towarzystwie szamana i poukrywanych dzikich bestii, których ja nie dostrzegałem, ale one z pewnością śledziły każdy mój ruch. W dłoniach trzymałem plastikową butelkę po wodzie mineralnej pełną płynu o obrzydliwym kolorze. Serce biło coraz szybciej. Wstrzymałem oddech. Wypiłem duży łyk. Smakowało jak, sam niewiem, tak jakoś ziemiście. Jak błoto wymieszane z chwastami, czy coś, dosyć odrażający smak. Uno mas powiedział przewodnik. Łyknąłem po raz drugi. Przełknąłem wszystko dokładnie, próbując się pozbyć smaku z ust, oddychałem powoli i glęboko, żeby się przewietrzyć. Deszcz przestał padać. Zrobiło się duszno. Czekałem. Curandero zaczął śpiewać icaros, obrzędowe pieśni, akompaniując sobie na prymitywnej grzechotce.
Ciągle nic. Kolejne minuty mijają i nadal żadnego efektu i tylko mocny i głęboki, gardłowy, jednsotajny śpiew sprawił, że zacząłem wpadać w lekki trans. Pierwsze efekty pojawiły się po około godzinie. Zaczęło się od mrowienia nóg. Początkowo sądziłem, że to od długotrwałego siedzenia w tej samej pozycji, ale chwile później poczułem jak rozluźniaja mi się wszystkie mięśnie, czułem jakbym się zapadał sam w siebie. Zaczęło się dziwne bzyczenie za oczami a ilekroć mrugałem pojawiały sie wielokolorowe plamy zamieniające się w figury geometryczne. Świat zaczął wirować. Czułem się dziwnie, kręciło mi sie w głowie, ale nie było mi niedobrze. Z głębi lasu zaczęły wypełzać upiorne postaci, chude, wysokie, zbudowane tylko z kości. Miały świecące oczodoły. Gdy były już blisko mnie zaczynały się szczerzyć. Były przerażające, ale się nie bałem. Siedziałem i je chłonołem, czułem jak mnie przenikają. Próbowałem znaleźć w tym wszystkim jakiś sens, bo ayahuasca ma być lekarstwem duszy i pomóc nam znaleźć ostateczną prawdę o sobie, ale nie potrafiłem.
Czytałem, że amazońscy szamani to coś więcej niż tylko zwykli dilerzy zielska, potrafią się komunikować z osobami, których wprowadzili w trans. I nagle poczułem, że mój Curandero znajduje sie w mojej głowie, i mnie prowadzi. Widziałem go jednocześnie w sobie, będącego moim wewnętrznym przewodnikiem, oraz siedzącego na przeciwko mnie, zawodzącego obrzędową, uzdrawiającą pieśń. Może to kurwa schizofrenia pomyślałem. Odezwał się głos za oczami No te preocupes amigo, todo está bien. Spojrzałem na siedzącego starca. Patrzył się na mnie śmiejącymi się oczami. Wiedział, że wiem. Cielo cielo Ayahuascacitoini słowa pieśni brzmaiły jak mantra. Cielo cielo Ayahuascacitoini. Cielo cielo Ayahuascacitoini…
Obserwowałem twarze pojawiające się i znikające pośród drzew. Próbowałem wyszukiwać znajomych. Niektórzy pojawiali się jako niemowlaki, inni w podeszłym wieku. Niektórzy byli oszpeceni. Wyrywkowo oglądałem sceny z mojego doczesnego życia, raz przyspieszone, raz zwolnione. Nie jakieś ważne przełomowe momenty, ale jakieś najdziwniejsze, zupełnie błache sprawy. Nie widziałem porodu, szkoda. Ayahuasca daje również możliwość jasnowidzenia, niestety swojej śmierci czy pogrzebu również nie widziałem, też szkoda, z próżności chciałbym wiedzieć kto się na nim zjawi i czy dużo osób przyjdzie. Widziałem za to kilka innych śmierci, ale nie będe o tym wspominał, żeby nie zapeszać. Nagle zachciało mi się rzygać. Zacząłem wymiotować. Rzygałem kilka minut. Skończywszy czułem się jakbym był bardzo lekki. Miałem wrażenie, że pozbyłem się wszystkich problemów. To było miłe rzyganie. Szaman poczęstował mnie papierosem. Zapaliłem, zaciągnałem się i ponownie zacząłem się zapadać i falować. Położyłem się, a w zasadzie opadłem bezwładnie na matę. Wokół mnie pojawiały się duchy roślin i tropikalnych zwierząt. Rozmawiałem z nimi a głowa zamieniła się w balon, który chciał odlecieć. Znów się zrzygałem. Zostałem zaatakowany przez stado rozwścieczonych mrówek, które zaciekle szarżowały na moje stopy, potem zjawiły się postaci wyglądające jak pre-kolumbijskie rzeźby i odpędziły intruzów. Ich głowy również rosły, w pewnym momencie wszystkie wybuchły i zalały mnie ciepłym światłem. Skulilem się, szaman w głowie powiedział żebym głęboko oddychał. Było mi dobrze. Zapadłem się ostatecznie. Byłem spokojny jak nigdy wcześniej. Przestałem stawiać jakikolwiek opór działaniu ayahuasci. Pozwoliłem jej krążyć po moim wnętrzu. Przelewała się przezemnie jak Amazonka przez gęstwine lasu. Wypłukiwała to co stare, nanosiła nowe. Nie miałem wrażenia, że stał się jakiś cud, że doznałem olśnienia a raczej, że odnalazłem coś pierwotnie oczywistego. Co takiego, tego niestety nie wiem do dziś… Zaczęły ciec mi łzy a jednocześnie nie mogłem przestać się śmiać.
Po kilku godzinach, a może minutach, niewiem, wizje zaczęły się rozmywać. Ayahuasca przestawała działać. Curandero, ten mały stary człowieczek, podszedł i podniósł mnie z ziemi i przytulił. Szeptał coś. Plamy po rzygach świeciły. Ognisko się dopalało.
Ponownie obudziłem się w chatce. Obok mnie siedział przewodnik. Uśmiechał się. Dał mi butelkę wody. Łapczywie wypiłem całą. Zjadłem jakieś owoce. Ahora podemos volver amigo powiedział. Wyszliśmy na zewnątrz, rozejrzałem sie wokoło. Nigdzie nie mogłem dostrzec szamana. Chciałem się o niego spytać ale wewnątrz siebie usłyszałem głos, już po raz ostatni, żegnający mnie. Pożegnałem się również, też w myślach. Spojrzałem na przewodnika. Uśmiechnął się. Wiedziałem, że wie…
Doszliśmy do jakiejś rzeki. Wróciliśmy motorowym czułnem. Przez całą drogę powrotną milczeliśmy. Paliłem papierosy i myślałem. Było mi troche głupio, czułem się jak nawiedzony hipis, fan new age’u, maniak pozytywnego myślenia. Ale czułem się bardzo dobrze, jakoś inaczej. Nie żebym odczuwał wielką, głęboką zmianę. To była taka delikatna, ale znacząca róznica. Wyciszony, połączony z rzeczywistością (znów to new agowe pierdolenie). Płynęliśmy dosyć szybko, wiatr rozwiewał włosy, chłodna bryza rozpryskującej się wody przyjemnie chlapała mi na twarz, trzeźwiałem. Przypomniało mi się pytanie, które zadał mi Curandero – Dokąd zmierzasz? Tego niestety w dalszym ciągu niewiem. Ale w chwili obecnej nie obawaiłem się tego aż tak bardzo.
Tena…kurwa, znów jestem w Tenie.. Poszedłem na piwo do tego zagubionego, obskurwiałego baru. Rano znów obudzę się z kacem i obolałymi stopami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz