40 stopni, od tygodnia nie padało, a żrące ścierwo ptaki latają coraz niżej. Co z tą porą deszczową? Gdzie te tropikalne ulewne deszcze? Pogoda jest nie do zniesienia. Ciągły upał, na niebie ani jednej chmury zwiastującej opady albo choćby dającej odrobinę cienia. W rzece za domem widać już dno i kilka razy dziennie przepływają cuchnące zwłoki jakiegoś zdechłego zwierzaka, które ktoś wyrzucił w ramach domowych porządków. Wszystko jest tak gorące, że aż parzy. Nawet ściany w moim pokoju są ciepłe. Zimna woda jest ciepła, zimne piwo jest ciepłe.
Najgorsze są noce. Nie przynoszą wytchnienia tylko kumulują cierpienie. Tropikalna noc, kurwa, nie jestem w stanie oddychać. Duszę się i wiercę w łóżku pełnym potu. Chciałbym spać na podłodze, ale nie ma miejsca, wszędzie walają się puste puszki i butelki po piwie. A tam gdzie ich jeszcze nie ma są jaszczurki (dzięki bogu za jaszczurki, dzięki nim nie mam w pokoju karaluchów, które królują na korytarzu…). Zaraz oszaleję…
Pocę się jak świnia opiekana na rożnie a dookoła latają najwredniejsze stworzenia świata, które wielu już doprowadziły do obłędu albo do długiej, bolesnej śmierci – moskity. Gryzą, ssą i przeraźliwie bzzz-zz-zzzyczą. Kurwa! Jak ja nieznoszę tego bzyczenia!! Nie chcę sobie nawet wyobrażać, jak się musieli czuć XIX wieczni odkrywcy przemierzający dżunglę amazońską, ginący w męczarniach, na straszne choroby, spowodowane przez te potwory. Układam się na drugi bok, próbuję zasnąć. Nie jest łatwo. Naprawdę, czuję, że zaraz oszaleję!
Nawet pijaństwo nie pomaga, wypiłem kilka piwna sen i nic. Jest wręcz gorzej, bo się bardziej pocę. Ale chciałbym jeszcze jedno, oddałbym wiele za jeszcze jedno, bardzo zimne piwo. Niestety już więcej nie ma. Wychodzę zapalić na dach, wypatruję burzy. W oddali widać tylko świecący na niebiesko krzyż kościoła, w którym podobno służy ładna zakonnica z Brazylii. Pora deszczowa na równiku, do kurwy nędzy!! Dlaczego nie pada od tygodnia?! Wracam do pokoju, kładę się na mokrym materacu, poduszka jest jak śmierdząca gąbka. Wciąż nie mogę usnąć. Komary atakują jeszcze zażarciej. Mosquitos locos zaczynam jak obłękany nucić pod nosem wymyśloną na prędce pioseneczkę na zasłyszaną gdzieś latynoską melodię. Wiercę się. Wciąż nie pada. Boże! Ale gorąco! Oszalałem.
Nadchodzi kolejny, upalny dzień. Muszę odtańczyć Taniec deszczu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz