środa, 23 marca 2011

Imię róży


Niewiem jak miała na imię, pewno mało kto to naprawdę wie. Pewno mało kogo to obchodzi. Zwyczajna dziwka. Zaczepiła mnie gdzieś na starówce w Quito, podobno najładniejszej w całej post kolonialnej ameryce. Ona do najładniejszych z całą pewnością nie należała. Zniszczoną cerę usiłowała maskować ordynarnym makijażem, łapiącym się w konwencji wykonywanego zawodu. Brzydka twarz, koślawe nogi w przechodzonych szpilkach. Niezgrabna figura w obcisłej różowej sukience, w takich strojach latynoskie dziewczynki w wieku lat 15 zgodnie z tradycją stają się kobietami, Quinceañera, tak to się nazywa. Złapała mnie za ramię. Musnęła palcami po policzku. Padało. Było szaro. Na tym tle wypadała, nie że zaraz korzystnie, bo co to, to nie. Ale wybijała się z szarości. To na pewno. Spojrzałem na nią. Uśmiechnęła się szeroko, poczułem ciężki, niezdrowy, alkoholowy oddech. Trudno stwierdzić ile miała lat, być może sama już się w tym pogubiła. Nie była indianką, indianki żyją w nędzy ale się nie kurwią. Jakaś nie udana mieszanka ras. Hola... wyszeptała mi do ucha głosem, który próbował być zalotny. Nie był. Jedyna reakcja jaką u mnie wywołała to obrzydzenie, gdy poczułem zapach wymiocin dobiegający z jej ust. Quieres divertirse caballero? Były to ostatnie słowa jakie zrozumiałem. Reszta jej monologu zamieniła się w ciężki do rozszyfrowania pijacki bełkot. Uśmiechała się ale miała najsmutniejsze na świecie oczy. Ciężkie deszczowe chmury dryfowały tuż nad dachami budynków. Mrugnęła do mnie. W jej oczach nie było ani krzty sexu, tylko rezygnacja i przejmujący spokój. Odsunąłem się na bok i powiedziałem No, gracias. Mrugnęła ponownie i znów chwyciła mnie za ramie, strzepnołem jej dłoń z siebie, tak jak strzepuje się robactwo albo popiół z papierosa, który nieopatrznie na nas spadł i powtórzyłem No, no, gracias! Wybełkotała coś w swoim pijackim języku. Zaczęło padać. Po raz kolejny chciała mnie złapać za ramię, ale się odsunąłem. Muchos gracias, no tengo tiempo, necesito ir! Przyspieszyłem kroku. Wyprzedziłem ją o metr czy dwa, gdy krzyknęła za mną Ey caballero! i cmoknęła, w ten charakterystyczny, ekwadorski sposób, takim cmoknięciem można tu wszystko załatwić, kupić gumę do żucia od indiańskiego dziecka na ulicy albo wynająć płatnego zabójcę.
Odwróciłem się i spojrzałem na nią. Nic więcej już nie powiedziała. A ja widziałem tylko te jej wielkie beznadziejnie smutne oczy. Splunęła, na tyle nie udolnie, że opluła sobie swoją różową suknię, pamiętającą być może lepsze czasy. Otarła resztkę śliny z ust i sukienki, odwróciła się i odeszła chwiejnym krokiem w swoją podróż do kresu nocy. Na łydce miała wytatuowaną czerwoną różę. Stałem moknąc w deszczu i nie mogłem od niej oderwać wzroku.
Wiem jak miała na imię, bardzo ładne imię. Poznałem ją w jakiejś knajpie w Warszawie. Niepamiętam, może do mnie mrugnęła. Piękna, młoda dziewczyna, to raczej ja mogłem ją odstraszać niezdrowym alkoholowym oddechem po kilkudniowym piciu. Śliczne piersi, biała pościel w jej łóżku i czerwona róża wytatuowana na łydce. Za oknem padał obficie śnieg, bo to była jedna z tych ciężkich, polskich zim. Niedługo potem wyjechałem.
Jadąc myślałem, że będę bardzo tęsknił. W zasadzie byłem o tym przekonany, że umrę z tęsknoty za tymi piersiami, za Warszawą i wogóle za wszystkim co zostawiam. Okazało się jednak, że nie tęsknię. Chciałbym tęsknić, ale nie tęsknie za nikim i za niczym. Probuję w sobie chyba wzmóc tęsknotę, wywołać ją jak rzyganie, ale palce wetknięte w gardło nie działają. Niewiem dlaczego. Wypełnia mnie uczucie pustki i to chyba ono zastąpiło mi tęsknotę. Jakkolwiek chujowe, to chyba jednak wygodniejsze.
I dopiero na starówce w Quito, ta czerwona róża, wytatuowana na niezgrabnej łydce, przypomniała mi o tych przyjemnych momentach.  To chyba nie tęsknota, ale to całkiem miłe uczucie. Na twarzy pojawił mi się krępujący uśmiech. Moknąc w deszczu, obserwowałem jak idzie przez kałuże, potykając się na kolonialnym bruku. Odprowadziłem ją wzrokiem. Vaya con dios!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz