Irish Pub na Mariscal w Quito, Twój pub z dala od domu, tak brzmi motto. Idzie się tam upić, ale nie nazwę go swoim. Irlandczycy, wędrowna nacja, jak bezdomne psy, więcej ich na świecie niż na tej małej wysepce. Oni wszędzie się czują jak u siebie w domu. Wystarczy im beczka Guinessa i telewizor z kanałem sportowym. Dziś zdecydowanie nie jest mój dzień w Quito. Nie chcę tu być. Pierdolę cię Quito, pierdolę cię Ekwadorze. Zniknijcie raz na zawsze! Jedyne co mogę zrobić to się nawalić. Jutro St.Paddys, wszyscy przez jeden dzień będziemy Irlandczykami (celebracja dnia Św.Patryka na równiku, wysoko w Andach, wydaje mi się tak absurdalna, że nie przepuszczę sobie tego przeżycia). Założę zielony tiszert The Smiths, żeby dostać darmowego (zielonego) szota i będę śpiewał szlagiery The Pogues. Dla Polaka każda okazja jest dobra by się napić. So, kiss me, I'm Irish.
Ahh, fuck it. Who am I shitting?
I'm a pitiful sight, and I ain't all that bright
I'm definitely not chiseled from stone
I'm a cheat and a liar, no woman's desire
I'll probably die cold and alone ...
I'm a pitiful sight, and I ain't all that bright
I'm definitely not chiseled from stone
I'm a cheat and a liar, no woman's desire
I'll probably die cold and alone ...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz