-Hey gringo!
-Que te quieres? zapytałem wkurzony.
-Chupar tu madre gringo. To był duży, brzydki, pijany metys, w wypłowiałej koszulce Emelec’u. Roześmiał się głośno. Poczęty przez przypadek w kiblu, urodzony na schodach na zapleczu śmierdzącej kuchni trzeciorzędnej restauracji na wybrzeżu.
-Fuck off perro! odkrzyknąłem nie wiele myśląc. Twarz mu spochmurniała. Pełen pijackiej brawury postanowiłem pójść za ciosem i kontynuowałem.
-Just seen your puta mamacita fuckin’ with tres gringos, just by the corner… Nie dokończyłem. Wymierzył mi potężny cios w szczękę. W głowie zaszumiała wieczność i wypity alkohol. Poleciałem na jakąś wystraszoną turystkę, z twarzy wyglądającą na brytyjkę, musiała niedawno przyjechać bo jej licha opalenizna kolorem przypominała skórę prosiaka. Poczułem kapiącą z wargi krew, nim zdążyłem ją wytrzeć zobaczyłem jak metys wyciąga kieszonkowy nóż i zamachuje się w moim kierunku. Widziałem ostrze lecące prost w moje trzewia, to jeden z tych momentów, trwających bardzo krótko, kiedy wiesz, że popełniłeś potworny błąd, ale, chociaż bardzo tego żałujesz, jest za późno by go naprawić. Zrobiłem tylko paniczny krok w tył, potknąłem się i wywróciłem na ulicę. Napastnik z nożem również stracił równowagę i runął gdzieś obok mnie. Ostrze jakimś cudem mnie ominęło. Podbiegł ktoś, podał mi dłoń. Chwyciłem się jej jak tonący rozbitek. Pociągnął do góry i powiedział:
-Vamonos hombre, let’s go!
Posłuchałem rady i pobiegłem za moim ratownikiem.
-You better don’t mess with this maricon. He’s fuckin junkie and he’s quite loco, man. powiedział z mocnym australijskim akcentem, uśmiechając się przy tym i prezentując swój nieskazitelnie biały uśmiech.
-I’m Steven by the way.
-Cheers mate. I’m Lukas.
-Wanna drink man?
-Well sure I do! Wanna drink the world!
Steven był surferem, miał czterdzieści kilka lat, jeździł po świecie w poszukiwaniu idealnych fal. W domu, gdzieś na przedmieściach Brisbane nie było go od lat. W Montanicie siedzi już rok. Niewiem z czego żyje, ale wiem czym się zajmuje
-I’m just smokin, drinkin and surfin man…
Trafiliśmy do lokalnej speluny, w której pełno było podobnych jak on surferów-wykolejeńców i w odróżnieniu od innych lokali z głośników nie leciał ragaton tylko punk rock.
-We’re true rock’n’rollers, drinkers and losers. And we hate fuckin posers! przywitał mnie barman. Wanna whiskey?
Nim zdążyłem odpowiedzieć już lał mi bursztynowy trunek prosto z butelki do ust.
-Soy un perdedor man. powiedziałem przełknąwszy palący płyn.
-So it’s just the right place for you! I’m Manuel. Przywitał się i polał raz jeszcze. Faktycznie znalazłem się wreszcie we właściwym miejscu.
Wypiłem kilka piw. Ktoś postawił kilka kolejek tequili. Ktoś poczęstował kokainą, a jak można, będąc w Ameryce Południowej, nie spróbować najsłynniejszego towaru eksportowego regionu? Barman raz po raz puszczał w obieg coraz to kolejne butelki taniej whisky. Wyszedłem spłukany do ostatniego centa i totalnie nawalony. Nie chciałem iść do swojego pokoiku z niedziałającym wiatrakiem i zawszoną moskitierą. Poszedłem na plażę.
Minąłem beach bums grających na gitarze przy ognisku. Poczęstowali jointem. Odmówiłem. Koniecznie jednak chcieli mi coś dać, oferowali więc nie dopitą butelkę rumu 100 Fuegos i piwo. O dziwo piwo było zimne. Zgodziłem się przyjąć podarki od tych przećpanych nomadów. Podziękowałem i poszedłem zaopatrzony w butelki w jakiś ustronny zakątek plaży miejskiej w Montanicie.
Samotna noc nad Pacyfikiem, słychać tylko szum fal, co jakiś czas dobiega z oddali stłumiony dźwięk gitary i dogasającej zabawy. Nad głową gwieździste niebo, tak inne od tego nad twoim blokiem. W górze przepływa Krzyż Południa a po horyzoncie sunie statek, świecący lekko punkcik.
Zimne piwo i bezkres oceanu. Gdzieś tam daleko jest tajemnicza Wyspa Wielkanocna, gdzieś jeszcze dalej Australia i Japonia, w której niedługo zaczną kwitnąć wiśnie, a gdzieś tam jeszcze dalej jest dom i wy wszyscy. Ja tymczasem tułam się gdzieś samotnie na drugim końcu świata i tworzę po pijaku swoją własną żałosną mitologię. Wmawiam sobie, że nie mam domu, że jak ci australijscy surferzy, jestem XXI wiecznym wędrowcem, poszukującym… Właśnie, kurwa, sam nawet niewiem czego wiecznie próbuję szukać. Plączę się we własnych zeznaniach, sam przed sobą. Oni poszukują idealnej falii, a ja chcąc pójść na skróty do mgilistego celu zgubiłem najprostszą ścieżkę i teraz wierzgam jak żółw przewrócony na skorupę. Ale przecież gdzieś tam jest dom, na pewno. Daleko, ale jest. Jest to coś do czego ciągle wzdycham. Zakochany szaleńczo w tragizmie popijam piwo. Coś tam zacząłem pisać, jakieś pijackie wynurzenia. Zawstydzony wyrwałem zapisane kartki. Chciałem je spalić. Dopiłem jednak rum i pomięte zapiski wsunąłem do pustej butelki. Zakorkowałem ją. Wstałem, otrzepałem sie z piasku i ruszyłem w stronę wody. Był odpływ więc musiałem chwilę iść by dotrzeć nad wodę. Zdjąłem buty, zanurzyłem się po kolana w mrocznych wodach Pacyfiku. Wziąłem łyk wygazowanego już piwa. Wziąłem mocny zamach. Nagle coś musnęło mnie w łydkę. Boję sie morskich stworzeń więc podskoczyłem. Cisnąłem przed siebie z całej siły butelką zawierającą mój tropikalny skowyt do stwórcy. Fala odpływu pochłonęła ją. Może ktoś ją kiedyś wyłowi gdzieś jeszcze dalej. A może zginie w nicości jak setki jej podobnych zakorkowanych wiadomości. Tymczasem ja wystrasozny czymś nieznanym, odwróciłem się i zacząłem biec w stronę brzegu.
-Pierdolę ten realizm magiczny. Gadałem sam do siebie. W życiu nie ma żadnej magi. Dopiłem piwo. Pierdolę to, kurwa, pierdolę. . Spuchnięta warga zaczęła piec od słonej wody. Zasnąłem na plaży.
Obudziło mnie drapanie w stopę. Chodził po mnie mały krab. Nad głową latały sępy, widok dosyć przerażający, zupełnie jak z westernu. Jeden z nich mnie obsrał. Może to na szczęście.Trochę dalej na południe, na niebie, dużym stadem, krążyły rybitwy. Znak, że rybacy wracają z nocnego połowu do portu.
Kac na plaży nie różni się od kaca gdziekolwiek indziej. Poza tym tylko, że człowiek budzi się z piaskiem w zębach. Reszta podobna, ból głowy, opuchnięta gęba, flegma w gardle. Mgliste wspomnienie dobrze spędzonej nocy. Pierwsi surferzy już wyczekiwali swojej wymarzonej fali. Wstałem, z mozołem zacząłem pokonywać gorący piasek. W głowie zaświtała mi jedna, jedyna myśl: Nie potrzebne mi żadne szaleństwo, gdy w żyłach płynie alkohol. Nie wiem co chciałem przez to powiedzieć ale przez chwilę czułem się jak oświecony Budda. Potem wrócił kac. Splunołem gęstą, wstrętną śliną i powlokłem się przed siebie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz