poniedziałek, 28 marca 2011

Pod wulkanem


  W Quito, tak jak w San Francisco, wszędzie mamy pod górę. Górki, pagórki, rozmaite wzniesienia. Są wszędzie. Główna różnica to położenie, prawie 3 tysiące metrów nad poziomem morza robi wrażenie. Chodzenie po San Fran to przyjemność, wycieczka po Quito z papierosem w ustach to nie lada wyczyn. Po krótkiej chwili zaczyna brakować tchu i kręci się w głowie. Oficjalna nazwa miasta brzmi San Francisco de Quito. Patron i góry to jedyne co łączy te dwa miasta. Może, jeszcze latynoska społeczność kalifornijskiego miasta to jakiś element wspólny, ale to zupełnie nie istotne.

  Nad miastem góruje wulkan Pichincha, majestatycznie wznoczący się na wschodzie na 4789 metrów. Ostatnia erupcja miała miejsce w 1999 roku, całe miasto zostało przykryte grubą warstwą popiołu na wiele tygodnii.
Na ulicach, wszędzie dookoła widać ciężko objuczone indianki z długimi warkoczami, w tradycyjnych strojach przemieszczające się drobnymi kroczkami, z czeredą dzieci uczepioną spódnicy. Ciągną do stolicy w poszukiwaniu zarobku i lepszego życia. Handlują owocami, słodyczami, sprzedają papierosy na sztuki. Nie wyglądają na potomków wielkich Inków. Dzieci wychowane na ulicach, bawiące się na wysypiskach będą jeszcze odleglejsze od dziedzictwa swych przodków.

  Południe miasta zamieszkuje biedota. Jest tam wiecznie zimno, przemoczone na deszczu ubrania nigdy nie schną. Północ jest bogatsza i bardziej słoneczna. Turyści nie zapuszczają się na południe, wszystko czego potrzebują, poza dworcem autobusowym znajduje się na północy.
Quito, wiecznie pogrążone w deszczu, przykryte ciężkimi chmurami. Przejaśnia się na chwilę, robi się ciepło, ale to tylko po to by za chwile zrobiło sie jeszcze pochmurniej i spadło jeszcze więcej deszczu. Uczennice w mundurkach szkolnych nic sobie z deszczu nie robią, stoją wesołymi grupkami na przystankach autobusowych i żują gumy. Mało kto tu używa parasolek czy kurtek przeciwdeszczowych. Deszcz to normalna sprawa, nikt sobie nim nie zaprząta głowy.

  Starówka pełna jest szumowin. Zjeżdzają z całego miasta, polują na gringos. Na chodniku leży nieprzytomny człowiek, mija go dwóch policjantów, jeden dotyka go kilkakrotnie butem w brzuch. Stoją nad nim krótką chwilę i niespecjalnie przejęci odchodzą. Powyginani żebracy proszą o jałmużnę. Rzucam jednemu 50 centów, w zamian daje mi medalik Św. Judy, patrona spraw beznadziejnych. Trafił idealnie, jestem sprawą bezniadziejną. Przyda się z pewnością.
Niedaleko placu Św. Franciszka, który wygląda jakby był świadkiem krwawych łaźni urządzanych na indiańskich władcach, znajduje się Café Modelo. Podupadła na świetności, tak jak całe miasto, niegdyś perła hiszpańskich kolonii, staromodna kawiarnia. Atmosfera rezygnacji, przegrana klientela, składająca się z upadłej arystokracji i lokalnych pijaczków, piwo za 1.5$ i orkiestra grająca smutne tanga i szlagiery Julio Jaramillo sprawiają, że lokal ten idealnie nadaje się na spędzenie w nim ostatnich chwil przed ostatetczną próbą odebrania sobie życia, w ciasnym i dusznym pokoiku w którymś z obskurnych hotelików nieopodal. Ewentualnie, będąc w zaopatrzonym w wystarczającą ilość gotówki, można spróbować zapić się na śmierc we wnętrzach Café Modelo. Wieczorami starówka wymiera, zostają tylko bezpańskie psy poszukujące resztek jedzenia w śmietnikach i bezdomni konkurujący w tej dyscyplinie ze zdziczałymi zwierzętami.

  Kolejne miejsce do którego prędzej czy później zawita każdy gringo to Mariscal. Imprezowe centrum miasta. To tutaj skupiona jest większość klubów, knajp, barów, pubów i innych przybytków potrzebnych turystom do dobrej zabawy w chłodne noce w Quito. Raptem kilka krótkich uliczek skupionych wokół nowoczesnego, nowo bogackiego Plaza Foch. Im dalej od epicentrum zabawy tym jej poziom staje się niższy, chociaż prawda jest taka, że nawet najpopularniejsze i podobno najlepsze kluby prezentują poziom porównywalny z wiejską dyskoteką na podlasiu. Zamiast swojskiego disco, w pseudo światowych wnętrzach leci regeton i salsa, to jedyna różnica.
Na chodniku leży zarzygana dziewczyna z Anglii, próbują ją ratować dwie koleżanki, same są w stanie świadczącym o tym że zaraz skończą jak ona. Turn on, tune in, pass out. Przegrały tę noc. Rano lekko zażenowane z podnieceniem wspominać będą zeszły wieczór. Co się działo? Spyta zarzygana.  Nie pamiętasz? odpowiedzą również pytająco, zatroskane koleżanki.  Nie, niezbyt wiele… wyzna zarzygana.  My też nie!! Przyznają się koleżanki. Było suuuper! Stwierdzi ostatecznie zarzygana, poczym zacznie prać w zlewie zniszczoną kreację, strzepując najpierw resztki zaschniętej już, wczorajszej kolacji. Koleżanki tym czasem zajęte będą wyczesywaniem wymiocin z włosów. Było super… tęsknie wspomni ruda (no co, na pewno któraś z nich będzie ruda). Czują się jak królowe.
W centralnym miejscu Mariscalu jest arabska knajpa Persepolis. Podły dive-bar o złej reputacji. 3 duże piwa kosztują 3,5$, 3$ kosztuje fajka wodna z ochydnym tytoniem, niewiem natomiast ile kosztuje kebab, nie interesowałem się tym. Piwo, shisha i kebab to jedyny asortyment Persepolis. Co oczywiste w sobotni wieczór lokal jest pełny. Lokalne szumowiny, dziwki z alfonsami, trudna młodzież. Jako jedyny bialy wzbudzam niezdrowe zainteresowanie, dostaję kolejne piwa i różne dziwne propozycje. Palę z kimś pipę. Z głośników leci bachata, ze względu na smutne teksty utworów, traktujące zwykle o smutku i złamanym sercu, porównywana jest do bluesa. Starszy człowiek w podniszczonym garniturze i włosami zaczesanymi na brylantynę rozsuwa stoliki, wyciąga swoją towarzyszkę zza stolika i zaczyna tańczyć. Nikt nie zwraca na nich uwagi. Do stolika dosiada się bezzębny menel, częstuje piwem i przestrzega Aqui, nesecitas estar cuidado hombre, esta peligroso. Cuidado! Zaleca ostrożność. Kończę piwo, wychodzę. Skrzyżowanie Calama i Juan Leon Mera. Zaczepia mnie gość w skórzanej kurtce, widziałem go z godzinę wcześniej w Persepolis. Proponuje dziewczyny, nie ekwadorki, te może mieć każdy, jego specjalnością są kolumbijskie dziewice. Specjalnie dla ciebie kolego, tylko dla ciebie. Kolumbijskie dziewice są najlepsze na świecie, dla ciebie zrobią wszystko! Kochają gringos! Lubię cię, dostaniesz zniżke na ciasną kolumbijską cipke… Parę metrów dalej postawny murzyn szepcze mi do ucha swoją oferte. Trawa, haszysz, czysta kolumbijska kokaina (stopniowanie jak na lekcji polskiego w podstawówce)! A może chcesz heroine, mam heroine, tylko ja w Quito mam najlepszą heroine. Amigo, dla ciebie dam specjalną cene, chcesz heroine czy nie, wszyscy biorą, szybko idzie i mocno działa, spróbuj. Metr od nas stoi czterech uzbrojonych po zęby policjantów na koniach, palą papierosy, mają wszystko w dupie, jestem cuidado. A dzięki policji czuję się seguro.

  Lotnisko Mariscal Sucre znajduje się w zasadzie w środku miasta. Całą dobę na niebie widać nisko przelatujące samoloty. Wieczorami siadam ciepło ubrany na tarasie i paląc papierosa obserwuję świecące i hałasujące maszyny wyłaniające się majestatycznie z pomiędzy gęstych czarnych chmur. Minąwszy groźne, ponure szczyty Andów, obniżają ostatecznie swój lot i przelatują bardzo nisko nad domami, prawie na wyciągnięcie ręki. To najładniejszy widok w Quito.

1 komentarz: