Chcieć napisać coś ciekawego o Cuence, to tak jakby chcieć napisać coś ciekawego o Wiedniu. Może być ciężko. A naprawdę dużo spacerowałem po Cuence, to bardzo ładne miasto. Bardzo europejskie, jedyne europejsko wyglądające miasto w Ekwadorze. Kolonialna architektura, w miarę zadbane budynki, normalny układ ulic, skrzyżowania z sygnalizacją świetlną, brak tego typowego dla reszty kraju chaosu. Ludzie jakby ładniejsi. Porządne knajpy serwujące normalne jedzenie, nie tylko ryż z menestrą, normalne bary w których jest szansa dostać gin z prawdziwym tonikiem. Miałem dużo czasu na te spacery, śmiało mogę zatem stwierdzić, że jest to najładniejsze miasto w tym nie posiadającym ładnych miast kraju. I to nie jest tak, że nie doceniam piękna przyrody, owszem kurwa, doceniam, jaram się wodospadami, górami czy dżunglą. Po prostu urodziłem się, a jak bóg da to i umre w dużym mieście, podobno brzydkim. Natura, jak bardzo by się nie starała, niestety dla mnie zawsze będzie na drugim miejscu, za zurbanizowanym obszarem miejskim. Chodziłem po tych kolonialnych, pięknych uliczkach Cuenci, zwiedzałem te kościoły wszystkie, sklepy z kapeluszami z paja toquilla, które bardzo chciałem kupić, ale w końcu nie zdecydowałem się na wydatek 50$ na słomkowe nakrycie głowy. Obejrzałem paradę szkolnych orkiestr, która to była najsmutniejszym widowiskiem jakie w życiu dane mi było oglądać. Spocona młodzież licealna w mudnrukach maszerująca nierówno zatłoczonymi uliczkami do dźwięku werbli i bębnów z porwanymi membranami. Zamiast więc uderzać w naciąg znudzeni młodzieńcy uderzali w obudowy swych instrumentów. Efekt był zaprawdę żałosny. Upajałem się ślicznymi widokami starówki chodząc wzdłuż rzeki. Pod wieczór pojechałem nawet na punkt widokowy El Turi skąd rozciąga się piękna panorama miasta... Aż po kilku godzinach, gdy zorientowałem się, że krążę w kółko po tych samych ślicznych uliczkach, że mijam te same kościoły, kamienice... Zacząłem się upijać piwami w lokalnych knajpach. Cuenca jest naprawdę bardzo ładnym miastem, jak Wiedeń, z naprawdę bardzo miłymi mieszkańcami, być może jak w Wiedniu i naprawdę chętnie tu kiedyś wrócę, w Wiedniu nigdy nie byłem. Ma tylko jedną poważną wadę. Jest nudna, jak Wiedeń. To nawet nie jest zarzut, w porównianiu z resztą Ekwadoru, gdzie jest aż nadto naprawdę niskiego lotu rozrywek, można to uznać za swego rodzaju zaletę (w kwesti Wiednia wszystko uznaję za wadę, poza wiener kurwa schnitzlem). Jednak po niedługiej chwili nie pozostaje nic innego jak tylko się upić, zapomnieć i zasnąć. Spora ilość knajp pozwala kontynuować podobno dobre dla zdrowia spacery i przemieszczać się z jednego lokalu z wyszynkiem do kolejnego, i tak przez kilka kolejnych godzin. Cafe Austria (mówiłem, Wiedeń...) gdzie pracuje śliczna indiańska barmanka z różą wpiętą we włosy, wiecznie puste ale podobno kultowe Cafe Eucalyptus czy tandetne w wystroju ale z tanim piwem Monday Blue. Potem można pójść na imprezę do jednej ze znanych lokalnie salsotek, które sprawiają wrażenie trochę bardziej cywilizowanych niż w Quito czy na wybrzeżu. Ja wypiłem za dużo. Odpadłem. Złapałem taksówkę. Wracając do hoteliku kupiłem jeszcze flaszkę cañi. Zasnąłem oglądając The Simpsons z hiszpańskim dubbingiem. Bart mówiący Hola jest fatalny. Auf Wiedersehen.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz