środa, 20 kwietnia 2011

Ma pan problem.

Kupowałem piwa w sklepie. Stałem już przy kasie, gdy zaczepiła mnie jakaś kobieta.
-Usted tiene un problema.
-Que? Słucham? Spytałem troche zaskoczony.
-Dużo pan pije, ma pan problem z alkoholem. Odpowiedziała cichym, ale pewnym siebie głosem.
-Que? Spytałem jeszcze bardziej zaskoczony. Nie byłem pewny czy dobrze zrozumiałem.
-Mówię, że dużo pan pije alkoholu. Widzę codziennie jak pan kupuje alkohol.  Znów ten sam cichy,  dosyć wredny głos. Czułem jej ciepły, nieprzyjemny i niezbyt świeży oddech. Widziałem ją po raz pierwszy w życiu.
-To tylko piwo... powiedziałem,  sam niewiem czy speszony czy bardziej zdziwiony nieoczekiwaną konwersacją.
Zdecydowanie, ale nadal nie podnosząc głosu odrzekła bez namysłu
-Piwo to też alkohol, Pan Bóg potępia alkohol y borrachos.
-No soy borracho! Na sen, potrzebuje przed snem się napić. Tłumaczyłem się jak dzieciak kupujący pornosa w kiosku.
Pokręciła z dezaprobatą głową
-To choroba, będę się za pana modlić. Ripostowała niestrudzenie niczym hiszpański konkwistador nawracający niewiernych, który kilka wieków temu zgwałcił jej pra, pra, pra, pra babkęi tym samym dał początek tej bękarciej dynastii. W jej głosie słychać było swego rodzaju wyższość i pogardę.
-No te preocupes, to nie pani sprawa.  Odpowiedziałem zirytowany.
-Słucham?
-To nie pani sprawa! Krzyknąłem.
-Eh głupi gringo...Kompletne zepsucie. Będę się za pana modliła, a pan niech się zastanowi nad tym co robi. Może przyjdzie pan w niedzielę na msze świętą do kościoła, do nas do Świątyni Mormona...
Nie musiałem się dlugo zastanawiać. Powiedziałem do znudzonego chłopaka za kasą.
Sabes que, no tres, cinco cervezas por favor. Y marlboro blanco. Grande. 
Zapłaciłem, piwa schowałem do siatki i wyszedłem.
-Chico malo, chico malo... gadała sama do siebie gdy się oddalałem.
Odwróciłem się i krzyknąłem na pożegnanie
-Chao!
Westchnęła ciężko i z wyrazem dezaprobaty po raz pierwszy podniosła głos.
-¡Dios mío!  Wykrzyknęła. ¡Dios mío! ¡Dios mío! Que gringo malo… Brak wstydu…
Pomachałem jej z uśmiechem i zapaliłem papierosa.
Kocham obłudnych prawych i sprawiedliwych obywateli, którzy wierzą, że bóg ich posłał z misją by zbawili grzeszną ludzkość. Są wszędzie, na całym świecie, bez względu na szerokość geograficzną czy strefę klimatyczną. Czuję się jak w domu. Najpiękniejsze jest jednak to, że z każdym dniem robię się coraz bardziej obojętny, zdystansowany a może po prostu cyniczny wobec otaczającej mnie rzeczywistości. W coraz mniej rzeczy wierzę i coraz mniej rzeczy mnie wkurwia. Stresuję się czasami, wkurzam, owszem, ale może to przez te upały, może wypociłem to z siebie, ale pozbyłem się tego zła nagromadzonego w trzewiach, sercu czu głowie. Niech sie inni tłuką. Mogą się pozabijać. Ja wam tylko pomacham na pożegnanie. Nie mam kurwa ochoty się z niczego tłumaczyć. Chcę tylko w spokoju wypić swoje piwa. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz